Fauteuil roulant

Będąc na spacerze z dziećmi spotkałam ciężko chorego mężczyznę na wózku inwalidzkim. To spotkanie zrobiło ogromne wrażenie na W., który jeszcze nigdy nie widział takiej osoby. Tego samego dnia wieczorem, po bajeczce na dobranoc zapytał mnie swoim słodkim głosikiem:

- Mamo, a co ten pan miał chorego, że był na wózku inwalidzkim?

- Chyba nóżki. – Odpowiedziałam niepewnie.

- A jak sobie trochę na tym wózku posiedzi, to już mu nóżki wyzdrowieją! – Radośnie stwierdził, bardziej niż zapytał, synek.

- Hmmm… Nie jestem tego taka pewna. – Westchnęłam, wahając się ile prawdy mogę mu powiedzieć. – Czasami, jak ktoś jest bardzo chory, to nawet wózek inwalidzki nie pomoże.

- To wtedy trzeba zadzwonić po karetkę! – Zdecydował po dłuższej chwili namysłu.

- Tak myślisz? – Grałam na czas. – Właściwie to karetkę się wzywa do nagłych przypadków.

- Na przykład do wypadków drogowych! – Dorzucił z entuzjazmem nasz motomaniak.

- No właśnie. – Skwitowałam z ulgą, że kończymy już rozmowę.

- Temu panu wyzdrowieją nóżki. – Oświadczył synek z nowo odzyskanym przekonaniem (skąd? jak? dlaczego?) – Pojeździ trochę na wózku i już będzie zdrowy.

- Emm… Wiesz… Może…

- Jak następnym razem go spotkamy na spacerku, to będzie sobie szedł na nóżkach. I nie będzie już na wózku! – Coraz bardziej rozkręcał się W.

- Może tak się zdarzyć. – Skapitulowałam pod naporem jego radości z wyobrażonego ozdrowienia. – Kocham cię, synku.

La bande dessinée

Zaczęłam ostatnio bardzo ciekawą lekturę „Pilules polonaises” Fanny Vaucher – pozycja autorstwa blogerki wydana w patchworkowej formie komiksu w języku francuskim przetłumaczonego na sąsiednich stronach na angielski i polski. W mojej głowie pojawiła się inspiracja stworzenia krótkiego komiksu, na tyle kusząca, że nawet mój absolutny brak zdolności plastycznych nie przeszkodził w jego realizacji. Efekt zamieszczam poniżej….

DSC_0052DSC_0053DSC_0054DSC_0055DSC_0056DSC_0057DSC_0058

Le petit enfant

Dzieci są niesamowite! Spędziliśmy weekend u teściów, z pięcioletnim bratankiem męża. Należałoby może zacząć od tego, że do całkiem niedawna słowo „ciocia” było w moim umyśle nierozerwalnie połączone z postaciami postawnych kobiet w wieku średnim, rozsiewających wokół zapach mocnych perfum oraz pudru, a także o intensywnie uszminkowanych ustach, które to usta zamykają się li i jedynie w celu złożenia soczystego pocałunku na moim policzku (czasem połączonego z drapaniem pojedynczych sztywnych włosków usytuowanych złośliwie na górnych wargach cioć).

A tu proszę, ni stąd, ni zowąd ja – niedawna studentka, początkująca pracownica i świeżo upieczona żona – młoda, nieomal gibka, z delikatnym makijażem (i wydepilowanym ciałem) wraz z mężem dostałam w pakiecie rodzinnym trójkę młodych osobników, które zgodnym chórem orzekły na mój widok: „CIOCIA!” Wyobrażacie sobie mój wstrząs? Z trudem powstrzymałam odruch pognania do lustra!

Wracając do minionej soboty i niedzieli. Kiedy chłopiec nie chciał jeść kolacji, stwierdził krótko:

-A ciocia nie je!

Teściowa na to:

-Ciocia już się wcześniej najadła w domu.

Ja (skwapliwie) – Tak, zobacz, tak się najadłam, że aż mi taki duży brzuch urósł!

Bratanek – Wcale nie! Ja wiem co tam jest!

Ja – A co?

B – Mała Dzidzia! Ciekawe czy to będzie chłopiec czy dziewczynka…

J – Nie wiem. A jak Ty myślisz?

B – Chłopiec! Bawiłby się ze mną samolotami… (Po chwili głębokiego zamyślenia z palcem w nosie) Byle tylko nie dziewczyna! A dzidzia ma już żołądek?

J (zaskoczona nagłą zmianą tematu) – Tak, ma.

Tu bratanek zapadł w jeszcze głębszą zadumę, a jego palec trafił jeszcze głębiej w odmęty nosa (zaczynam podejrzewać, że są to zachowania sprzężone). Kiedy za jakiś czas wyszłam do toalety, dobiegł mnie jego piskliwy głosik:

B – A jak ciocia sika, to Mała Dzidzia też sika?

Teściowa (zakłopotana) – Nie, dzidzia sika cioci do brzucha.

B (z namysłem) – A potem ciocia to wysikuje?

Teściowa (głosem wibrującym od rozbawienia) – Tak, a potem ciocia to wysikuje.

Rozmowa ta okazała się zaledwie preludium do kolejnych dociekań. Systematycznie byłam odpytywana np. czy Mała Dzidzia kopie? A teraz? A w nocy? A czy jak ja się śmieję „ha,ha,ha”, to dzidzia też się śmieje „hi, hi, hi”? A czy teraz kopie? A czy jak ja jem, to dzidzia też je? Otrzymałam również propozycję połknięcia gigantycznych rozmiarów pluszaka oraz poduszki, w celu zapewnienia potomkowi rozrywki i wygody. Kiedy zaproponowałam, że mogę zamiast tego połknąć bratanka, aby osobiście zabawiał Małą Dzidzię, po chwili wahania odparł rzeczowo, że niestety nie jest to możliwe, bo musiałabym go pogryźć na kawałki, a w kawałkach nie na wiele by się przydał.

Wbrew moim oczekiwaniom, upływ dnia wcale nie zmniejszył zainteresowania chłopca kwestiami ciąży i porodu. Grzejąc się w słońcu na ławce ogrodowej ze mną i Teściem, niestrudzenie kontynuował swoje interrogacje.

B – A kiedy dzidzia wyjdzie?

J – Nie wiem.

B – Szkoda, że jeszcze nie wyszła. (Mój Boże! Czy on liczył, że dziecko urodzi się podczas naszego wspólnego weekendu?! – przemknęło mi przez myśl)

J – Teraz jest jeszcze za wcześnie. Dzidzia miałaby problemy z oddychaniem i byłoby jej ciągle zimno. Musiałaby leżeć w inkubatorze. Wiesz co to jest inkubator?

B – Nie.

J (no to teraz się wpakowałam) – Eeeee… To taki specjalny szklany pojemnik, w którym leżą dzidzie, które się urodziły za wcześnie. Nie mogą się przytulić do mamy i jest im bardzo smutno. Dlatego lepiej, żeby dzidzia jeszcze się teraz nie urodziła.

B – A którędy ona wyjdzie? Bo ja wiem, ale nie powiem!

J – A dlaczego nie powiesz?

B – Bo nie. Ty powiedz.

J (z wahaniem, oglądając się na Teścia) – Między moimi nogami.

B – Pupą?

J (ze śmiechem) – Nie!

B (marszcząc brew) – Bo ja mam taką książeczkę i tam na rysunku było widać, że dzidzia wychodzi pupą!

Teść (z zakłopotaniem) – No widzę, że ty jesteś już prawie ekspertem!

J (próbując wybrnąć z sytuacji) – Nie, dzidzia wyjdzie przodem, a pupą to wychodzi wiesz co – kupa!

Śmiejemy się razem. Ufff… W tym momencie postanawiam sobie solennie, że z własnymi dziećmi porozmawiam na ten temat wcześniej i bez świadków, aby uniknąć tego typu niezręczności. Swoją drogą, ile powiedzieć, żeby wyjaśnić, ale nie przeładować dziecka zbędnymi informacjami, na które nie jest jeszcze gotowe? Muszę to przemyśleć.

La cravate

Najdziwniejsza rozmowa w życiu na temat wiary.

Dopadła mnie gorączka wiosennych porządków, więc pucuję, szoruję i układam jak szalona póki ból pleców nie uświadomi mi, że muszę trochę zwolnić tempo, bo teraz pora na akrobatykę gimnastyczną w wykonaniu potomka. Ledwo znalazłam dogodną pozycję na kanapie (nogi do góry, ręka, wciąż dzierżąca szmatkę do kurzu, w dramatycznym zwisie do podłogi), ledwo mój brzuch zaczął podrygiwać i odkształcać się na najdziwniejsze sposoby, gdy wtem rozległ się dźwięk domofonu. Resztką siły woli, jaka mi jeszcze została po doprowadzeniu mieszkania do standardu czystości  sali operacyjnej, zwlekłam się z legowiska i pokuśtykałam do drzwi, powyginana w najbardziej niespodziewanych miejscach.

W wizjerze ukazał mi się błękitny krawat w srebrne prążki, w otoczeniu białej koszuli oraz srebrnej marynarki.

- Kto tam? – rzuciłam standardowo, podczas gdy do mojego odurzonego środkami czyszczącymi umysłu powoli docierało, że nie jest to oczekiwany kurier z paczką akcesoriów niemowlęcych.

- Dzień dobry. Nazywam się XYZ, – przedstawił się uprzejmie krawat. – Chciałem zaprosić panią na spotkanie, które odbędzie się wtedy-a-wtedy, tam-i-tam, o godzinie takiej-a-takiej. Będzie tam mowa o Jezusie Chrystusie jako Zbawicielu i o tym, co On może zrobić dla pani. Mogę doręczyć pani zaproszenie osobiście lub wrzucić do skrzynki. – Dla podkreślenia siły swoich słów w tym momencie krawat przesunął się na dół, ustępując miejsca gładko ogolonej twarzy starszego mężczyzny ze znakami zapytania zamiast oczu.

- Eeee…Dziękuję, nie jestem zainteresowana, – stanowiło w tym momencie szczyt mojej elokwencji. W odpowiedzi krawat powrócił na swoją pozycję i pożegnał się, życząc mi miłego dnia.

Gdy tylko obraz w wizjerze zniknął, dotarł do mnie sens moich słów. „Dziękuję, nie jestem zainteresowana”??? Czy naprawdę to powiedziałam? Całkiem jakby chodziło o wyprzedaż dywanów, albo promocję przy kasie w Rossmannie. W rzeczywistości jestem bardzo zainteresowana zbawieniem, wiarą i Jezusem. Nie jestem za to zainteresowana rekrutacją do Chrześcijańskiego Zboru Świadków Jehowy. Mam wiele podziwu dla ich wytrwałości oraz odwagi w głoszeniu swoich przekonań. Myślę, że katolicy mogliby się wiele od nich nauczyć pod tym względem. Zastanawia mnie jednak, na ile skuteczna jest taka metoda „na domofon”. Ostatecznie, jeśli ktoś posługuje się chwytami marketingowymi w celu propagowania wiary, nie powinien czuć się zaskoczony gdy usłyszy odpowiedź przeznaczoną dla roznosiciela ulotek.

Enjoy the silence

Żeby nie trzymać Was dłużej w niepewności śpieszę z informacją, że przyznałam się do błędu. I wiecie co? Nikt tego nie skomentował, nikt nie czynił mi uwag, wszyscy przeszli nad sprawą do porządku dziennego. Najwyraźniej wcześniej ode mnie doszli do wniosku, że nie jestem idealna i mam prawo się pomylić. Dacie wiarę?

Dziś spotkało mnie coś pięknego. Siedziałam właśnie rozkoszując się chwilą przerwy w jednym z miejsc, w których pracuję, gdy przysiadła się do mnie osoba, o której dotąd potrafiłam powiedzieć tylko tyle, że widuję ją czasem i zawsze sprawia wrażenie niezwykle sympatycznej oraz przyjaznej ludziom kobiety. Najwyraźniej miała ochotę z kimś porozmawiać, czy może raczej coś komuś powiedzieć. Mój dziadek mawiał, że każdy ma swoją piosenkę. Myślę, że wielu z nas wręcz desperacko potrzebuje kogoś, kto zechce tej piosenki wysłuchać. Może stąd tak wiele blogów?

Tak czy inaczej, dowiedziałam się o niezwykle bolesnych przeżyciach mojej rozmówczyni związanych z ciężką, wieloletnią chorobą jej dziecka, zakończoną śmiercią. Nigdy bym nie podejrzewała, że można tak wiele unieść a przy tym zachować tak wiele łagodności, tyle uśmiechu, tyle pogody ducha. Odniosłam wrażenie, że w tym jednym momencie rozmowy stałyśmy się sobie bliskie, znacznie bliższe niż przez cały rok wspólnej pracy.

Wyszłam z pracy, ale słowa, które usłyszałam pozostały we mnie. Przeczytałam kiedyś, że chrześcijanie powinni być dla ludzi Niebem tu, na ziemi. Bardzo spodobał mi się ten pomysł. A jeśli, jak chce O. Adam Szustak OP, Niebo będzie całą wiecznością pełnego wzajemnego poznawania wszystkich, którzy tam trafią, wzajemnej miłości i zachwytu? Czemu by nie stworzyć sobie kawałka Nieba? Wystarczą oczy, które widzą i uszy, które słyszą. I może jeszcze odrobina ciszy.

„T [ty]„

Jesteś moim niebem

bezchmurnym błękitem

za zasłoną złotych rzęs.

jesteś Moim niebem

cichym kołysaniem

kiedy znów mnie dławi lęk.

jesteś moim Niebem

całkowitym rozgrzeszeniem

scałowaniem łez.

 

Matrix

Wczoraj mój mąż kupił mi nowy telefon komórkowy. Posiada on wszystkie zaawansowane funkcje, z których absolutnie nie umiem i nie mam zamiaru korzystać, a które podbijają wartość rynkową tego typu sprzętu. Urządzenie, które potrafi nieomal wszystko prócz prania i mycia naczyń (a szkoda!) będzie mi służyło do dzwonienia, wysyłania SMS-ów oraz (okazjonalnie) robienia zdjęć. Jest przy tym tak zgrabnie i elegancko zaprojektowane, że nie byłabym kobietą, gdybym powiedziała, że mi się nie podoba. Może ze względu na ten właśnie zakup zaczęłam wyraźniej dostrzegać coś, co na własny użytek nazwałam „społecznym ukomórkowieniem”.

Wsiadam do tramwaju. Na mój widok rozpromienia się jakiś młody, przystojny i kompletnie nieznany mi mężczyzna. „Hej! Co tam słychać?”. Rzuca przyjaźnie. Zdezorientowana, już, już mam odpowiedzieć coś niezobowiązującego, gdy nagle tknięta przeczuciem, spostrzegam słuchawkę wystającą mu z ucha oraz niewidzący mnie wcale wzrok przeznaczony dla rozmówcy na drugim końcu linii. Nie raz i nie dwa już dałam się na to nabrać. Inna wersja to człowiek idący samotnie ulicą, wykrzykujący co chwilę, wyraziście przy tym gestykulując. Jak rozpoznać czy jest to osoba niezrównoważona psychicznie, czy użytkownik zestawu słuchawkowego? W miarę postępu techniki jest to coraz trudniejsze.

Inna sytuacja, tak zwany „Trójkąt Bermudzki”. Bogu ducha winna wsiadam do tramwaju, kiedy obok mnie osoba z lekkimi ubytkami słuchu na skutek nadmiernego korzystania ze słuchawek wykrzykuje: „No czeeść! Jak tam, jak tam??”. Tym razem niezatopiona jeszcze we własnych myślach, spodziewałam się tego ataku, więc zadowolona ze swojej przenikliwości milczę spokojnie. Tymczasem z drugiej strony rozlega się, wcale nie ciszej „No wiesz, dzwonię z tramwaju, bo mam taką sprawę..”, i gdy próbuję znieczulić swoje receptory również i na ten dźwięk, tuż za mną rozlega się ustawiczne tłumaczenie: „Ale nie, nie, nie, nie nie. Aha. Aha. A! Tak, tak, tak, tak, tak!”. Jestem w pułapce. Znikam, ponieważ dla tych trzech użytkowniczek telefonii komórkowej jestem znacznie mniej realna stojąc z nimi nieomal nos w nos (te nasze wspaniałe remonty!) niż ich rozmówcy oddaleni może i o całe kilometry. Przyjrzyjcie się czym się zajmują Wasi współpasażerowie. Niektórzy czytają książki. Niektórzy patrzą przed siebie zamyśleni. Zdecydowana większość zrasta się ze swoimi komórkami (w tym kontekście brzmi to nieomal makabrycznie): słuchają muzyki, wysyłają SMS-y, grają w gierki, uaktualniają kalendarze, a nade wszystko dzwonią, dzwonią, dzwonią…

Dziś napotkałam taki obrazek: młody chłopak trzyma w każdej dłoni po komórce, na każdej z nich wyświetla się jakiś tekst, a on zdaje się ogromnie pochłonięty czymś co z tymi komórkami robi. Moje pierwsze skojarzenie brzmiało: „sam ze sobą SMS-uje?”.

Zdanie, które często można usłyszeć z ust otoczenia brzmi: „Bądźmy w kontakcie!”. Czasem wydaje mi się, że tak bardzo koncentrujemy się na kontakcie, że zapominamy o człowieku.