L’inspiration pour un printemps (2)

W związku z tym, że u nas dziś pochmurno i deszczowo, zamieszczam kolejną inspirację domową. Zwykły karton przy odrobinie wyobraźni może stać się domkiem, rakietą, lub samochodem – to, jak sądzę, większość z nas pamięta jeszcze z czasów gdy sami takie zabawki tworzyliśmy. Tymczasem wokół namnożyło się pięknych kolorowych zabawek: zabawki edukacyjne, zabawki ekologiczne, zabawki elektroniczne, zabawki do kąpieli i piaskownicy, osobne dla dziewczynek i chłopców, zabawki interaktywne, zabawki kreatywne, gadżety z bajek, dodatki do posiłków w barach szybkiej obsługi, itp., itd. Część z nich niewątpliwie jest warta naszej uwagi, ale gdy spod stosu zabawek wystaje już tylko głowa naszej pociechy, może to być dobry sygnał do refleksji. Czy współczesne dziecko jest w stanie docenić i pokochać swoje zabawki, tak jak my uwielbialiśmy kiedyś tego szczególnego misia, albo tę ulubioną szmacianą lalkę? Myślę, że tak – pod warunkiem, że damy mu na to szansę.

Pomysł na naszego kartonowego Mercedesa zrodził się spontanicznie, gdy do naszego domu trafił karton o odpowiednich gabarytach. Jako pierwsi wnuczka zaczęli w nim pchać dziadkowie. Z czasem tata W. udoskonalił projekt: razem z synkiem wycięli z papieru i przykleili w odpowiednich miejscach światła, emblemat Mercedesa, a nawet personalizowaną tablicę rejestracyjną. Na długi czas ten kartonowy pojazd w zestawie z frisbee w roli kierownicy stał się ulubioną zabawką naszego dziecka. Pakował do niego wszystkie miśki, „odpalał silnik” i domagał się, żeby obwozić go po domu.

Mercedes - widok z przodu

Mercedes – widok z przodu

widok z boku

widok z boku

W pewnym momencie W. zaczął się intensywnie interesować naszymi dokumentami i wtedy też wpadłam na pomysł, by z kawałka różowej tektury stworzyć jego własne prawo jazdy. Zawiera ono zdjęcie i wszystkie dane osobowe w odpowiednich miejscach (organ wydający: mama i tata), więc niestety nie załączę zdjęcia tego dokumentu. Dość rzec, że za każdym razem kiedy gdzieś jedziemy samochodem W. zabiera swoje prawo jazdy, a żeby je dostać musiał zdać przeprowadzony przez nas egzamin. Składały się na niego m.in. informacje o tym na jakim świetle jedziemy, na jakim stoimy, co trzeba mieć zapięte w samochodzie, gdzie jest silnik, gdzie rura wydechowa, itp. Do tego oczywiście egzamin praktyczny, wraz z parkowaniem równoległym i prostopadłym. Szczerze mówiąc, sama nie wiem kto z naszej trójki miał przy tym największy ubaw!

Obecnie, niestety, po 1,5 roku wiernej służby Mercedes przeszedł do historii, ponieważ jego właściciel przekroczył liczbę kilogramów, która umożliwiłaby nam dalsze ciągnięcie go po domu (zresztą wielokrotnie linka się urywała i zmienialiśmy jej ułożenie). Spodziewam się jednak, że w pamięci synka pozostanie znacznie dłużej niż wiele nowych pięknych zabawek ze sklepu.

L’échange

20-Stylish-Celebrity-MomsZ okazji nadchodzącego wiadomego konkursu zaczęłam pilniej śledzić blogi innych (nie ma to jak wybrać się na przeszpiegi do konkurencji) i przy okazji natknęłam się na tekst „mamy w trampkach” na temat stereotypu, według którego stając się rodzicem trzeba zrezygnować z szeroko rozumianego życia społeczno-kulturalnego. Autorka posiłkując się osobistym przykładem dowodzi, że samozaparcie wespół z dobrymi chęciami wystarczy w zupełności aby połączyć opiekę nad niemowlęciem z intensywnym życiem towarzyskim, podróżami, czy wyjściami do kina. Im dłużej czytałam słowa tej nierezygnującej, jak się zdaje, z niczego kobiety, która potrafi czerpać najlepsze z macierzyństwa i własnego życia, zaczęłam się zastanawiać, czy to ona ma wyjątkowo spokojne dziecko, czy to ja nie potrafię sobie wszystkiego zorganizować jak należy.

Od ośmiu (już!) miesięcy nie byłam w kinie, na koncercie ani imprezie (chyba, że urodziny babci liczymy jako imprezę?). Jedyne podróże jakie udało nam się odbyć we trójkę obejmowały wizyty u rodziców, mieszkających odpowiednio 100 i 250 km od Poznania. I nie były to najszczęśliwsze chwile mojego macierzyństwa. Cóż zrobić, przewijanie na tylnym siedzeniu samochodu, między fotelikiem a wanienką nie należy do moich ulubionych rozrywek. Pomyślałam sobie jednak, że nadeszła pora aby wziąć się w garść, pociecha ma już 10,5 kg, osiem miesięcy (bez kilku dni) i czas wreszcie powrócić do świata żywych. Będę mamą, ale także spełnioną kobietą. Tak, przecież potrafię! Poczułam to wyraźnie. Mama w trampkach stała się moją inspiracją.

Okazja nadarzyła się niebawem. Wyjechaliśmy na weekend z Synkiem. Podczas podróży w jedną stronę nasze słodkie dzieciątko nie wiedzieć czemu (nowy fotelik? zmęczenie? ząbkowanie? gubiliśmy się w domysłach) dostawało ataku krzyku i płaczu za każdym razem gdy tylko zostawało umieszczone w foteliku. W rezultacie wysłuchaliśmy około godzinnego koncertu wycia, nasze próby uspokojenia młodego-wrzeszczącego spełzły na niczym, mój nowo odzyskany optymizm ulotnił się niczym kamfora i w połowie drogi zaczęliśmy poważnie rozważać powrót do domu. Nie poddaliśmy się jednak, Synek wywrzeszczawszy się należycie zasnął kamiennym snem i udało nam się dotrzeć do celu podróży bez dalszych komplikacji.

Droga powrotna zapowiadała się znakomicie. Dziecię zasnęło już na samym początku wyjazdu, my gwarzyliśmy półgłosem, istna sielanka, aż tu nagle… Maluch pokasłuje, krztusi się i ni stąd ni zowąd zaczyna gwałtownie wymiotować. Byliśmy akurat na drodze szybkiego ruchu, więc nagły postój był wyjątkowo ryzykowny, ale co robić? Mąż włączył światła awaryjne, stanął na poboczu, a ja w tym czasie drżącymi rękami uwolniłam W. od fotelika i pochyliłam go, aby ułatwić mu oczyszczenie dróg oddechowych. Gdy niebezpieczeństwo minęło, rozejrzałam się po pobojowisku: fotelik, ubrania Małego i moje, siedzenie samochodowe – oto ofiary marchewki, która powróciła aby się mścić za zjedzenie jej na obiad. Wyczyściłam Synka na ile to było możliwe, zapięłam go ponownie w foteliku i ruszyliśmy w dalszą drogę… Tylko po to, żeby za pięć minut powtórzyć całą sekwencję. I za dziesięć. Jak i za dwadzieścia. Suma summarum spędziliśmy w trasie nadliczbowe pół godziny próbując opanować fale mdłości tak, aby nie dać się jednocześnie zdmuchnąć z drogi mijającym nas tirom. I znów domysły: czy to choroba lokomocyjna? zbyt szybka jazda? zbyt peny brzuszek? wirus? ząbkowanie? (ząbkowanie w życiu rodzica jest niczym toczeń w serii „Dr House”: zawsze je podejrzewasz, ale nigdy nie możesz go dowieść).

Gdy moje pobladłe Dziecko zasnęło ponownie ze zmęczenia, Mąż pędził w kierunku domu, a ja co chwilę sprawdzałam, czy Synek na pewno się nie dławi, na pewno nie traci przytomności i na pewno oddycha – doznałam olśnienia. Ani „mama w trampkach” nie ma nad wyraz spokojnego dziecka, ani ja nie jestem fatalną organizatorką. Ja po prostu wcale nie chcę podróżować, wychodzić, czy uspołeczniać się. Przez całe osiem miesięcy mylnie sądziłam, że brak mi wszystkich tych rzeczy, tymczasem aktualnie przeżywam absolutnie wyjątkowy czas w życiu moim i mojego dziecka. Czas na ciszę i spokój, na czytanie bajeczek, spacery z wózkiem, przytulanki i kołysanki. Czas, który nigdy się już nie powtórzy. Czy gdy ten czas przeminie, na świecie będą jeszcze miejsca, filmy i koncerty warte zobaczenia? Ludzie warci poznania? Podejrzewam, że tak. Podejrzewam, że mam rację.

Ostatnimi czasy świat celebrytów zaroił się matkami, które żyją na pełnych obrotach, odżywiają się ekologicznie, udzielają się społecznie, są zawsze piękne i pachnące, i z uporem godnym lepszej sprawy dowodzą, że macierzyństwo niczego w życiu nie zmienia. Tyle tylko, że stoi za nimi sztab opiekunek do dzieci, osobistych trenerów, wizażystów, sprzątaczek, szoferów i kucharek. Jak się nad tym zastanowić, to można i do czterdziestki udawać nastolatkę (chyba, że masz na imię Madonna, wtedy do sześćdziesiątki). Można ciągle biec bez tchu, opierać się zmianom i prasować zmarszczki. Tylko, na Boga, po co, po co, po co?

Voyage, voyage…

IMG_0229

Nie jest z nami tak źle! Są tacy, którzy mają większy bagaż. Co prawda do samolotu i tylko nieznacznie większy… Ale zawsze!

Jechaliśmy, jechaliśmy i… Dojechaliśmy! Po brawurowym przewijaniu na tylnym siedzeniu samochodu, gdzieś pomiędzy fotelikiem a wanienką i przy zamkniętych drzwiach, żeby pupci Maluchowi nie przewiało; po karmieniu na tymże siedzeniu w odległym zakątku parkingu; po wymyślaniu głupawych piosenek i robieniu miliona min na minutę, żeby tylko zapobiec wybuchowi płaczu – mogę z dumą oznajmić, że przetrwaliśmy trasę. W. jest trochę skołowany ciągłymi zmianami miejsca, rozgląda się na wszystkie strony i domaga się naszej stałej obecności, ale nawet w tym stanie bez problemu podbija serca wszystkich osób w zasięgu 3 metrów. Szczerze powiedziawszy spodziewałam się większych trudności. Teraz przeraża mnie już tylko jedno – w niedzielę ruszamy w drogę powrotną…

En route!

IMAG1370Stało się! Po ponad czteromiesięcznym przymusowym pobycie w domu wyruszyliśmy z naszym Maluszkiem przetrzeć szlaki. Co prawda wyjazd do teściów i do rodziców trudno nazwać ekstremalnym (no, zależy jeszcze jakich ma się teściów – my akurat mamy szczęście), ale przejazd 250 km rozłożony na dwa etapy to już wyzwanie dla początkujących rodziców.

Pierwsze przeszkody pojawiły się jeszcze na etapie planowania, bo okazało się, że W. jest zbyt pulchny aby przypiąć jego fotelik pasami samochodowymi. Synku, synku! Gdzie te czasy, kiedy dosłownie tonąłeś w tym samym foteliku, a gondola od wózka zdawała się bezmiarem przestworzy! Teraz wózek jest szczelnie wypełniony, a do fotelika trzeba było dokupić bazę ISOFIX, żebyśmy mogli rozważyć ponownie wyjazd. Apetyt ma po mamusi, jak nic! (Swoją drogą – czy chwaliłam się już, że jeszcze tylko 1kg dzieli mnie od osiągnięcia wagi sprzed ciąży? Nigdy jeszcze tak dużo nie jadłam i nie chudłam w takim tempie!)

Kiedy już ustaliliśmy, że małemu podróżnikowi będzie wygodnie, zabraliśmy się za pakowanie. I tu zaczęły się schody (dosłownie i w przenośni, T. znosił wszystko do auta, co chwila coś spadało i trzeba było to umyć i wyparzyć – bo przecież W. wszystko pakuje do buzi). Bardzo szybko przekonaliśmy się, że potrzebujemy absolutnie WSZYSTKIEGO. Bujaczek? Jak najbardziej. Mata edukacyjna? No jasne! Wanienka? Koniecznie!!

Na wstępie wózek zajął cały bagażnik, a gdzie upchnąć jeszcze pieluchy i stos ubranek zapasowych na wypadek oślinienia/ ulania/ osikania/ okupkania? Podobny zapas koszulek na wymienione powyżej okoliczności dla mnie i dla T. A do samochodu jeszcze przecież trzeba wziąć na drogę książeczki, grzechotki, gryzaczki, żel na bolące dziąsła, śliniaczki, nawilżane chusteczki, sprzęt do przewijania, kocyk…. Uffff…. Cały wieczór zajęło nam pakowanie i upychanie w torbach a następnie w samochodzie ekwipunku naszego Synka i nie mogliśmy się nadziwić, że taki mały człowiek generuje taki duży bagaż.

A teraz W. właśnie się obudził, zarządzając zarazem, że dalsza część relacji nastąpi w innym terminie. Bajo, szerokości!

In memoriam

139367_sportowy_kabriolet_ferrari_california

Jeśli spotkacie gdzieś to auto, wiedzcie, że to nasz Polonez na emeryturze ;)

W ferworze wydarzeń związanych z narodzinami Synka umknęło mi bardzo ważne wydarzenie. A mianowicie, sprzedaż Poloneza. Polonez Caro w kolorze budyniowym przez 21 lat wiernie służył najpierw rodzicom mojego męża, a następnie jemu samemu. Wyczyn ów, godny podziwu, plasuje auto w ścisłej czołówce najbardziej żywotnych pojazdów, tuż za lektykami i powozami, pozostawiając daleko w tyle współczesne, wysoce skomputeryzowane, samochody.

Cóż rzec o tym cudzie techniki? Swojska, gryząca tapicerka na straży przyzwoitości, uniemożliwiała nieskromny ubiór pasażerów. Temperatura wewnątrz pozostawała zgodna z tą na zewnątrz, dogodnie przemieniając Poloneza w urządzenie wielofunkcyjne, tj. w piekarnik latem, a zimą w zamrażarkę. Zarazem, w przeciwieństwie do burżuazyjnie klimatyzowanych aut, nasz weteran szos nie stwarzał obawy przeziębienia na skutek szoku termicznego po wyjściu na dwór. Ponadto, pełnił funkcję łamacza lodów, zachęcając nieznajomych na parkingach i stacjach paliw do nawiązywania z nami rozmów o starych, dobrych czasach.

Owszem, jak każdy staruszek, miewał swoje urocze słabostki. Czasem, dla żartu, wyrzucał jeden kierunkowskaz i bawił się nim podczas jazdy niczym jojo, ku uciesze mijanych aut i ich kierowców, którzy wyrażali swoje uznanie dla tej sztuczki licznymi gestami oraz mruganiem światłami. Kiedy zostawał zbyt długo pozostawiony bez towarzystwa ludzkiego, obrażał się, odmawiał współpracy i strzelał czarnymi kłębami pogardy z rury wydechowej. W kwestii wymiany części, bywał rozrzutny ponad wszelką miarę. Niemniej dostarczył nam wielu dobrych wspomnień.

To w nim T. zabierał mnie na randki. Nim wybraliśmy się nad morze i do Częstochowy, a w końcu na ślub i w podróż poślubną. Polonezem uczył się jeździć T., a następnie ja. Urwane przypadkowo lusterko odkupiliśmy za 5 zł. Na autostradzie osiągnęliśmy szalone 150 km/h (wg GPS-u, wg licznika było to 165 km/h), a samochód trząsł się przy tym tak bardzo, że spodziewaliśmy się w każdej chwili, że wzniesie się w przestworza niczym Ford Anglia Artura Weasleya, lub przeniesie nas w przyszłość pozostawiając za sobą ogniste ślady opon. Podczas ulewnego deszczu dzielnie przebrnął gigantyczną kałużę, która powstrzymała przejazd wszystkich innych samochodów, poza terenowymi.

Dobrze nam służył, a rozstanie nie było łatwe. Tym bardziej, że nikt nie chciał go kupić.

Nadciągnęło mroczne widmo złomowiska… Niestety, w projekcie Poldka nie uwzględniono możliwości montowania dziecięcych fotelików, więc musiał odejść. Sytuacja w domu zrobiła się napięta.

W końcu, gdy straciliśmy już całą nadzieję, pojawił się kupiec. I to nie byle jaki – kupiec, który chciał gruntownie wyremontować staruszka i przerobić go na kabriolet. To się nazywa emerytura! Baw się dobrze, Polonezie z wiatrem we włosach. Będzie nam cię brak.

La voiture

Wpadłam wczoraj z wizytą do Pani S. Ta urocza starsza dama opowiadała mi z przejęciem o problemie alkoholowym jednego z członków swojego najbliższego otoczenia. Po kilku mrożących krew w żyłach historiach oraz niemałej ilości łez westchnęła w końcu:

„Dobrze, że przynajmniej jak sobie wypije to nie siada za kierownicą.” A po chwili ciszy dodała: „Szkoda samochodu.”