Bonne nuit

Po ostatnim wpisie dostałam wiele pytań od zaniepokojonej rodziny i znajomych na temat moich problemów ze snem, więc czym prędzej uspokajam: wszystko jest w porządku. Szczerze mówiąc, kiedy pomyślę o ciążach wielu znanych mi kobiet, jest wręcz rewelacyjnie! Żadnych żylaków, obrzęków, migren, problemów żołądkowych, problemów skórnych, boleści – jest naprawdę wspaniale. Czasem tylko bolą mnie plecy i czasem nie mogę spać w środku nocy, ale to doprawdy niska cena za cud nowego życia!

A skoro rozpoczęłam już temat spania, który jest mi zresztą bardzo bliski, postanowiłam polecić Wam nasze ulubione książeczki do czytania przed snem.

1. Jörg Mühle „Śpij króliczku”, wyd. Dwie Siostry, twarde strony, mały format – w sam raz do dziecięcych rączek

IMG_20170425_192128Przez dłuższy czas był to nasz absolutny numer jeden, czytany co najmniej dwa razy każdego wieczoru. Bohaterem książeczki jest mały króliczek, któremu należy pomóc ułożyć się do snu poprzez proste czynności takie jak „poprawienie” poduszki, „okrycie” kołderką, czy „zgaszenie” światła. Bardzo sympatyczna lektura angażująca dziecko w proces czytania.

2. Sam McBratney „Nawet nie wiesz jak bardzo cię kocham”, wyd. Egmont, miękkie strony, duży format – w sam raz do pokazywania ilustracji w czasie czytania

IMG_20170425_192149Ta pięknie ilustrowana i miła w dotyku książka z 1994 roku od razu wpadła mi w oko. Duży Zając przekomarza się przed snem z Małym Zajączkiem kto kogo bardziej kocha, w prostych słowach ujmując ważne uczucia. Uwaga: ma działanie silnie łzawiące!

3. Przemysław Wechterowicz i Emilia Dziubak „Proszę mnie przytulić”, wyd. Ezop, miękkie strony, duży format – w sam raz do pokazywania ilustracji w czasie czytania

IMG_20170425_191927Mały niedźwiadek i tata niedźwiedź wyruszają na wyprawę przez las, aby przytulić każde napotkane zwierzę – bez względu na jego gatunek, wiek, czy osobowość – i w ten sposób dawać innym radość. Podoba mi się, że autorzy poważnie potraktowali najmłodszych odbiorców i pojawiają się tu słowa, których ze świecą by szukać we współczesnej literaturze dziecięcej, takie jak: wrzosowy miód, piruet, ekscentryczny, wzruszenie, pogrążona w lekturze, konsumpcja, ochoczo, poufałość, oszołomienie, itp. Książka zdobyła Nagrodę Literacką Miasta Stołecznego Warszawy 2014 i została wpisana do Katalogu Białych Kruków 2014.

4. Astrid Desbordes i Pauline Martin „Miłość”, wyd. Entliczek, miękkie strony, duży format – w sam raz do pokazywania ilustracji w czasie czytania

IMG_20170425_192139Mały Archibald (przyznaję, niezbyt popularne imię dla bohatera książeczki dla dzieci!) kładąc się spać, zadaje mamie bardzo ważne pytanie: „Powiedz, mamo, czy będziesz mnie kochać całe życie?” a mama rozwiewa jego wątpliwości, opowiadając w rozczulający i przystępny dla maluchów sposób o rodzicielskiej miłości. Tę pozycję chyba ja lubię nawet bardziej niż mój synek ;-) .

5. zbiór opowiadań różnych autorów „With lots of love at bedtime”, wyd. Little Tiger Press, miękkie strony, duży format – w sam raz do pokazywania ilustracji w czasie czytania

IMG_20170425_191944Pięknie wydana książka anglojęzyczna z uroczymi ilustracjami zawiera cztery opowiadania:

  • o potworach mieszkających pod łóżkiem (które okazują się wcale nie być straszne),
  • o małym kotku szukającym wygodnego miejsca na sen,
  • o psie, który podzielił się swoim ulubionym pluszakiem z młodszymi,
  • o małej myszce i czuwającej nad jej snem mamie.

Aż chce się brać ją w ręce i oglądać! Zobaczcie sami:

IMG_20170425_192043IMG_20170425_192112Życzę wszystkim Wam, i sobie także, dobrych snów!

Dans la nuit

źródło: http://www.canalvie.com

źródło: http://www.canalvie.com

Kolejny wpis nocny. Czy to ze względu na ekscytację zbliżającym się już wielkimi krokami porodem, czy też stres przed zbliżającymi się – jakby się wydawało – jeszcze większymi krokami egzaminami końcowymi na studiach, ciągłe spanie przez całą noc zaczyna mnie przerastać. Na ironię zakrawa fakt, że dzieje się tak akurat teraz, kiedy moje pierwsze dziecko grzecznie przesypia większość nocy, a drugie – nawet jeśli nie śpi – to i tak nie jest jeszcze w stanie nikogo obudzić. A może to taka rozgrzewka przed nieprzespanymi nocami z noworodkiem? Przypominam sobie, że na końcowym etapie pierwszej ciąży też miałam podobny problem.

Swoją drogą, czytałam kiedyś artykuł, którego autor dowodził, że spanie przez całą noc jest stosunkowo nowym wynalazkiem, związanym z industrializacją społeczeństwa i potrzebą większej wydajności pracy w ciągu dnia. Podobno jeszcze kilkaset lat temu powszechnym zwyczajem było przesypianie kilku godzin po zapadnięciu zmroku, po którym następowało ożywione nocne życie towarzyskie, i znów parę godzin snu aż do świtu. Rzekomo jest to bliższe naturalnemu rytmowi naszych organizmów. Słowem – jestem bliżej natury niż mój chrapiący właśnie w najlepsze mąż, i jak zwykle leżący w poprzek łóżka synek.

Sen i bezsenność to zresztą obszar znaczących różnic kulturowych oraz obszernych prac badawczych. Dowiedziałam się ostatnio na przykład, że Japończycy wcale nie postrzegają snu jako czegoś pozytywnego. Wręcz przeciwnie, uznają go za bezsensowne marnotrawstwo cennego czasu. Ponadto, jako naród o silnym poczuciu przynależności do grupy, postrzegają sen, czynność ze swej natury indywidualną, jako powód do poczucia winy. Zresztą Japończycy wcale nie są odosobnieni w swoim upodobaniu do pozostawania w nieustannym kontakcie z innymi członkami społeczności.

W książce, którą właśnie czytam, „Jak Eskimosi ogrzewają swoje dzieci? Rodzicielskie przygody z całego świata” Mei-Ling Hopgood (polecam, chociaż polskie tłumaczenie i korekta pozostawiają nieco do życzenia – ale to staje się niestety normą wśród współcześnie wydawanych książek) autorka pisze na przykład:

„W państwach takich jak Argentyna, Hiszpania i Egipt rodziny wolą przedłużyć dzień, zjeść obiad kiedy jest chłodniej, być może ucinając sobie drzemkę w czasie gorącego dnia. U afrykańskich plemion takich jak !Kung i Efe, sen jest przerywany spotkaniami towarzyskimi, opieką nad niemowlęciem, dokładaniem do ognia i odstraszaniem drapieżników. (…) W wielu kulturach dorośli i dzieci rzadko, jeśli w ogóle śpią samotnie. Robią to w chatkach, namiotach, na matach, w zatłoczonych mieszkaniach, przytulone do rodziców, sióstr, braci, psa (kota, kur, itd.). Ludzie na przemian zasypiają i budzą się podczas rozmów przy ognisku, nocnych rytuałów religijnych, rodzinnych uroczystości.”

Taka perspektywa rzuca nowe światło na niekończące się dyskusje rodziców na forach internetowych i placach zabaw pt. „Ratunku! Moje dziecko JESZCZE nie przesypia całych nocy!” i „Spać z dzieckiem, czy od razu umieścić je w osobnym pokoju?”, oraz poradników typu „10 prostych kroków do przespanej nocy twojego dziecka”. Przy pierwszym dziecku wydawało mi się, że muszę OD RAZU znać odpowiedzi na wszystkie pytania, zdecydować się na JEDYNĄ SŁUSZNĄ opcję i KONSEKWENTNIE się jej trzymać – w przeciwnym razie wyrządzę dziecku równie wielką, co nieodwracalną, krzywdę. Teraz, nauczona doświadczeniem z naszym kochanym W., trochę zmądrzałam.

Jak można znać wszystkie odpowiedzi, robiąc coś po raz pierwszy? Błędy są nieuniknione. Na szczęście noworodki mają krótką pamięć (no, to oczywiście żart!). Można, o ile wręcz nie trzeba, wypróbować różne opcje i dopasować je do indywidualnych potrzeb swojej wyjątkowej rodziny, nie oglądając się przy tym na innych. Przecież tak często powtarzamy, że każde dziecko jest inne, a jednak oczekujemy, że w kwestii snu wszystkie będą takie same. Spodobał mi się komentarz pediatry do autorki wspomnianej książki, gdy ta zamartwiała się niestarczającą ilością snu swojej córki:

„On tylko uśmiechnął się i powiedział: – Po prostu tym razem przypadło ci dziecko, które nie śpi zbyt wiele.” i dalej: ” Musimy przestać myśleć, że istnieje tylko jeden słuszny sposób na sen. (…) Możemy stwierdzić, że chcemy aby niemowlęta spały w taki albo inny sposób, ale one wcale nie są do tego zaprojektowane. (…) Niemowlęta śpią wtedy, kiedy tego potrzebują, tyle że mogą nie chcieć robić tego wtedy, kiedy nam się wydaje, że powinny. (…) Gdybyśmy tylko mogli wyluzować i pozwolić niemowlętom być sobą, koniec końców spałyby dużo lepiej, a razem z nimi rodzice.”

Oczywiście łatwiej powiedzieć, niż zrobić. Jestem nadspodziewanie spokojną osobą, ale pamiętam, że gdy byłam skrajnie zmęczona po PONAD ROKU przerywanego snu, rada typu „wyluzuj” mogłaby sprowokować mnie do wszczęcia bójki. Mimo to, niezwykle wyzwalająca jest myśl, że w obliczu ciągłego wpędzania rodziców w poczucie winy (od pierwszych dni  życia dziecko jest: za grube/ za chude/ za głośne/ za ciche/ zbyt strachliwe/ zbyt marudne, itp., itd., i to PRZEZ CIEBIE!) w porządku jest stwierdzenie, że niektóre sprawy zwyczajnie od nas nie zależą.

Tymczasem nasz mały W. kila razy obudził się z płaczem (czy to też ekscytacja zbliżającym się porodem?) i domagał się przeszukania pokoju w celu przegonienia nieistniejącego pająka, albo odbywał z nami rozmowy w stylu:

- Chcę, żeby mama tu była!

- Synku, jest bardzo późno. Pora spać.

- A jak coś tam znowu będzie chrobotać w kuchni?

- Słyszałeś jakiś hałas? – (nasłuchuję uważnie) – Nic tam nie chrobocze. Jest cisza, wszyscy śpią.

(z pełnym przekonaniem) – Chrobotało, bo chlebek chodził po zamrażarce!

Cóż rzec? Każdy ma koszmary na swoją miarę… Co nie czyni ich wcale mniej strasznymi!

En cadeau (7)

U progu weekendu pragnę poświęcić kilka słów wspaniałemu prezentowi, który co tydzień jest w zasięgu każdego mężczyzny, a jednak nie każdego na niego stać. Żadnymi kwiatami, czekoladkami, ani biżuterią (choć oczywiście będą mile widziane) nie zdoła zaskarbić sobie takich pokładów wdzięczności małżonki, co tym wspaniałomyślnym gestem. Rzecz o spaniu. I od razu ubiegam wszelkie domysły – chodzi o błogi stan nieświadomości, jeśli już w czyichś ramionach, to zapewne Morfeusza.

Wyobraźmy sobie następującą sytuację: żona zmęczona całym tygodniem opieki nad swoim ukochanym, acz niebywale uzdolnionym akustycznie, dziecięciem, wielokrotnie wstaje w nocy – a to żeby nakarmić, a to przewinąć, a to znów tylko przytulić. Gdzieś pomiędzy 5.00 a 7.00 następuje ów krytyczny moment, w którym dziecię oświadcza kategorycznie, że za żadne, ale to żadne skarby świata nie zaśnie ponownie. Jest gotowe do figli i harców, absolutnie zaś odmawia spokojnego leżenia w łóżeczku, ewentualnie wpatrywania się w karuzelkę, czy zabawy w oglądanie po raz milionowy tych samych książeczek. I w tym momencie do akcji wkracza ON, Mąż Nad Męże.

Nie dość, że przejmuje Młodego Nieśpiącego pod swoją pieczę, to jeszcze wychodzi z sypialni pozostawiając swej pozwijanej-całą-noc-w-dziwacznych-pozycjach żonie do dyspozycji CAŁE WIELKIE ŁOŻE. Żona mruczy coś na temat zamiaru rychłego dołączenia do rodziny w kuchni, po czym sama nie wiedząc nawet jak ani kiedy zapada w głęboki sen. Budzi się po około godzinie z tym wspaniałym, dawno już zapomnianym uczuciem – czy to możliwe? – tak, ona jest wyspana! Czuje jak ogarnia ją fala euforii! Jest pełna energii, od stóp do głów przepełniona wdzięcznością oraz miłością do męża, do dziecka, do ludzkości, do świata!!! W radosnych podskokach rusza w kierunku kuchni, gdzie czeka na nią smakowite śniadanie i mąż bawiący się w najlepsze z dzieckiem. Żonie nie pozostaje już nic innego jak tylko omdleć w ramionach swego wybawcy, z okrzykiem „Och, Mężu Nad Męże!” na drżących ze wzruszenia ustach.

Mniej więcej taka sytuacja miała miejsce w naszym domu którejś soboty. Istnieje tylko jeden słaby punkt takiego postępowania: gdy już raz Szanowny Małżonek się poświęci, żona będzie po cichu liczyć na powtórkę tego cudownego zdarzenia… (W tym miejscu ślę uroczy, niewinny uśmiech w kierunku Mojego Wspaniałego Męża).

A w dzisiejszym teledysku ilustracja do fali euforii ogarniającej wyspaną żonę. Udanego weekendu życzę!


La maison

Wracamy do siebie po podróży. Mam cudownego, najlepszego na świecie Męża! Dzisiaj rano zajął się cichutko naszą pociechą, a ja mogłam w tym czasie zdrzemnąć się jeszcze godzinkę po raz pierwszy od… w zasadzie nie pamiętam od kiedy! Obudziłam się wypoczęta i przepełniona bezbrzeżną wręcz miłością do Współmałżonka. Polecam na zacieśnienie więzi!

A po wyjeździe pozostały mi takie refleksje:

1. nie ma osoby zdolnej nie uśmiechać się w towarzystwie niemowlęcia. Nasz mały W. działa na atmosferę niezawodnie niczym promień słońca wpadający do pokoju.

2. nowy członek rodziny bardzo ją integruje. Wszystkie babcie i ciocie chcą koniecznie zobaczyć maleństwo, oraz nadzwyczaj zgodnie rozpływają się nad jego urodą :-)

Le sourire

Wczesny ranek. Śnię. Śnią mi się studia. Czegoś nie umiem. To jakaś oczywista umiejętność niezbędna na moim kierunku i wszyscy się ze mnie wyśmiewają. Zniecierpliwiony wykładowca czyni mi złośliwe uwagi. Odpowiadam, że nie rozumiem o co chodzi. „Jeśli pani nie rozumie, to w ogóle nie powinno pani tu być!” – wykrzykuje rozzłoszczony profesor. I nagle rzeczywiście mnie tam nie ma.

Znów ktoś się ze mnie śmieje, a ja uświadamiam sobie, że mam nałożonego pampersa…

Gdzieś na granicy między jawą i snem czuję nagle uporczywe poszturchiwanie. Odsuwam się, ale poszturchiwanie jeszcze się wzmaga. Daję za wygraną i unoszę zaspane powieki.

Przed sobą dostrzegam wpatrzone we mnie ogromne, błękitne oczy, osadzone w maleńkiej, uroczej twarzyczce. Poniżej, maleńkie rączki i nóżki wymachują energicznie na wszystkie strony. A pisząc „na wszystkie strony” mam na myśli przede wszystkim „w kierunku moich ramion, piersi i brzucha”. Konstatuję, że znów zasnęłam przy karmieniu, a Młody załapał się na kilka godzin snu w naszym małżeńskim łożu, do którego tak bardzo chcieliśmy go nie przyzwyczajać.

„A co to, już się wyspałeś?” – wydobywam z siebie zachrypnięte powitanie. Na dźwięk mojego głosu nóżki i rączki nieruchomieją, a twarzyczka cała się rozpromienia w rozbrajającym uśmiechu. „Gu!” oświadcza dumnie mój Synek. I możecie powtarzać bezustannie, że to tylko nic nie znaczące ćwiczenia mimiki, próba zmanipulowania dorosłych do zajęcia się nim, lub nierozumne naśladownictwo. W moim sercu i tak wzbiera fala miłości i dumy. Synek uśmiecha się do mnie. Co za wspaniały początek dnia!

Już po chwili nachylamy się nad rozanielonym W. razem z mężem. „Gu!” powtarza maluch raz po raz. „Gu!” odpowiadamy mu zgodnym chórem, po czym wymieniamy rozbawione spojrzenia i śmiejemy się w głos – z samych siebie, i ze szczęścia.

Wam też życzę pełnego radości dnia :)

La nuit

images

Noc. Pora strachu, duchów, maratonów filmowych, szalonych imprez… i pora karmienia. A dokładniej trzy, w porywach do pięciu pór karmienia – przynajmniej w naszym wypadku. No, chyba, że akurat W. nie może zasnąć. Wtedy noc przechodzi w zasadzie w jedną niekończącą się porę naprzemiennego karmienia, przewijania i noszenia. A że Synek waży już ponad 7 kg, jest co nosić.

Dość szybko zauważam, że nocą czas płynie inaczej. Po raz kolejny wyrwany ze snu organizm usiłuje nawiązać kontakt z rzeczywistością, i po raz kolejny ponosi porażkę. Zaspane powieki nie chcą się rozkleić. Czy to już jutro, czy jeszcze wczoraj? Wskazówki zegarka rozmazują się i tańczą przed półprzytomnymi oczami. Spoglądam i jest 24:00. Po chwili jest już 3:05. Myślę, że teraz to już z pewnością noszę W. co najmniej od dwudziestu minut – gdy sprawdzam upłynęły zaledwie dwie. Przemierzam mieszkanie wzdłuż i wszerz, czekając aż mu się w końcu odbije i będziemy mogli wracać do łóżek. Wyglądam przez okno. Widzę księżyc w nowiu. Wyglądam ponownie – jest pełnia.

Podczas tych samotnych godzin czuwania, przemierzając całe kilometry i (z pewnością!) wydeptując ścieżki na podłodze pogrążonych w mroku pokoi przytulam do siebie ciepłe, bezwładne ciałko dziecka. Czasem krzyczy wniebogłosy i się wyrywa. Innym razem oddycha miarowo na moją szyję, działając silniej niż jakikolwiek środek usypiający. Myślę sobie, że chyba już mu się odbiło, pewnie nie usłyszałam. Zasnął tak mocno, i chyba nawet mu się coś śni, bo się uśmiecha. Odkładam go do łóżeczka najdelikatniej jak potrafię. Kiedy tylko jego ciało styka się z materacem, natychmiast szeroko otwiera oczy i patrzy na mnie z wyrzutem, zupełnie trzeźwym spojrzeniem.

Zaczynamy od początku. Znów przewijanie. Znów karmienie. Znów noszenie. Patrzę na blok naprzeciwko, szukam jasnych okien jak iskierek nadziei. Nie tylko ja nie śpię. Przez te prawie dwa miesiące poznałam już mapę rozmieszczenia nocnych marków w okolicy. Może też mają małe dzieci? – zastanawiam się. Może lubią siedzieć do późna. Cierpią na bezsenność. Prowadzą ożywione życie towarzyskie i odwiedzają ich znajomi. Czytają wciągającą powieść, od której nie mogą się oderwać. Zakuwają po nocach do poprawki egzaminu. A może zwyczajnie zapomnieli zgasić światło. Nawet jeśli, i tak te zapalone światła dodają mi otuchy.

Czasem Synek zasypia natychmiast, i ja również mogę się wyspać. Choć, rzecz jasna, jest to zupełnie inne „wyspanie”, niż to, którego doświadczałam kiedyś. Po pełnych czterech godzinach niezakłóconego snu kręci mi się w głowie i muszę przez dłuższą chwilę zastanawiać się gdzie właściwie jestem.

Kiedy w swobodnej rozmowie szwagierka wspomniała lekko o przespaniu ciągiem ośmiu godzin, osłupiałam. Podczas gdy rozmowa potoczyła się dalej swoim torem, mój mózg nadal rozważał tą koncepcję. Osiem godzin… bez przerwy… Nie, w tym zdaniu musi kryć się jakiś błąd logiczny.

Parę minut po czwartej, po którymś karmieniu z kolei, odkładam wreszcie synka i wychodzę na balkon. Miasto leży u moich stóp. Ta chwila ciszy, zawieszenia między nocą a dniem, należy tylko do mnie. Moi dwaj mężczyźni chrapią w najlepsze w sypialni, zupełnie nieświadomi mojego małego zwycięstwa. Przetrwałam kolejną noc. Świętuję ten fakt sam na sam z Poznaniem i z kubkiem herbaty. Powietrze niesie jeszcze przyjemny chłód poranka, który wkrótce zmieni się w nieznośny upał. Nad dachami wschodzi słońce i odbija się w szybach budynków pomarańczowym blaskiem. Oddycham głęboko, pociągam ostatni łyk mocnej herbaty. Potem wślizguję się cichutko do łóżka i liczę jeszcze na jakąś godzinkę snu.

L’anniversaire

gorgeous newborn baby sleeping

Kilka dni temu świętowaliśmy z T. pierwszą rocznicę ślubu. Nie do wiary jak szybko minął ten czas. Odczucia z dnia ślubu – nadziei, obawy, podekscytowania, szczęścia – są w mojej pamięci tak żywe, a zarazem wydają się należeć do zupełnie innego życia, oddalonego o całe eony od naszej współczesności. Tamta naiwna dziewczyna w nowych butach do tańca skoczyła na główkę na głębokie wody dorosłości i zniknęła.

Teraz jest nas już troje. W. towarzyszy nam po tej stronie brzucha zaledwie od 1,5 miesiąca, a już nie potrafię sobie wyobrazić życia bez niego. Nie chcę sobie wyobrażać.

Obserwuję mojego kochanego T., jak stoi w drzwiach sypialni i z czułością wpatruje się w rozkosznie śpiącego w łóżeczku synka. Podchodzę i obejmuję męża w pasie.

- A więc tak wygląda nasza miłość – szepczę mu do ucha.

-Jest piękny.

-Jest cudowny.

W. porusza się niespokojnie przez sen i wydaje z siebie jęcząco-mruczące gardłowe dźwięki, które nauczyliśmy się już rozpoznawać jako wyraz zniecierpliwienia. T. uśmiecha się łobuzersko i mówi:

-Chodźmy, bo zaraz nasza miłość się obudzi.

Scènes de la vie privée

Stałam się ostatnio strasznym śpiochem. Włącznie z popołudniową drzemką potrafię przespać w sumie nawet 10-11 godzin dziennie. Do tego sen mam tak mocny, że niewiele jest mnie w stanie z niego wyrwać (czyżby przygotowania organizmu do bezsennych nocy po porodzie?). Jednak dziś wcześnie rano obudził mnie skurcz łydki tak silny, że natychmiast wyskoczyłam z łóżka jak oparzona, wykrzykując szaleńczo: „Magnez! Magnez!!!”.

Gdy już doszłam do siebie, zabrałam się do czytania. Aktualnie intensywnie czytam „Ucztę dla wron” George’a R. R. Martina. Intensywnie, to znaczy: po obudzeniu, przed snem, przy śniadaniu, obiedzie i kolacji, w tramwaju, na balkonie, w wannie, a także jednym okiem podczas gotowania i sprzątania. Powieść jest wciągająca, owszem, ale prawdziwym motorem tej nagłej fascynacji jest mój mąż. A było to tak:

Siedzieliśmy sobie niedawno na kanapie, każde zatopione w swojej lekturze – ja w sadze G.R.R. Martina, on w kolejnej już powieści z cyklu „Diuna” Franka Herberta – ot, ciche, spokojne popołudnie. Nagle, ni z tego, ni z owego, T. zapuścił żurawia w moją książkę, sprawdził, na której stronie jestem, po czym porównał wynik z numerem strony we własnej powieści. Wyraźnie ukontentowany, uniósł jedną brew w geście wyzwania i zapytał z cwanym uśmieszkiem: „Ścigamy się?”.

Z pewnością zrozumiecie, że nie mogę mu dać satysfakcji wygranej, więc wracam do powieści! Książkowego dnia życzę!

Quatre heures du matin

Czwarta rano. Po kolejnym nocnym kursie do toalety nie mogę zasnąć, co jest dla mnie, osoby genetycznie uwarunkowanej do zasypiania o każdej porze i w dowolnych warunkach (tak, tak, tato, ma się to szczęście!), absolutną nowością. Stwierdzam, że może przy tej częstotliwości wydalania płynów chce mi się pić. Szklanka wody – powrót do łóżka – parę minut wiercenia się – nie, to nie to. Nos mam lekko zablokowany, co obecnie jest standardem (jedna z najbardziej niewinnie brzmiących częstych przypadłości kobiet w ciąży: „niedrożność nosa”, bardzo chce mi udowodnić, że taka niewinna wcale nie jest), więc już nie przywiązuję do tego większej wagi, ale w tych okolicznościach przyrody gramolę się z powrotem z ciepłego łóżka po kafelkach do kuchni. Wyszukuję wodę morską (zwykłych kropli do nosa w ciąży brać nie wolno, podobnie jak większości innych leków – zastanawiam się, czy wobec tego poza ciążą również powinno się je przyjmować…), odczekuję dłuższą chwilę nim zadziała i znów szukam dogodnej pozycji w łóżku, tylko po to, by ponownie stwierdzić, że nic z tego. A przecież wieczorem już o 20.00 tak bardzo chciało mi się spać! Dziecko trochę się kręci – czy to możliwe, żebym dostała kopniaka w nadnercza, który wywołałby wyrzut adrenaliny? Uparcie zaciskam powieki i wtulam się w nagrzane snem, kochane ciało męża. Próbuję oddychać jego sennym rytmem, jednak całe moje ciało ogłosiło bunt wobec woli. Koniec spania!

Przypomniały mi się słowa z książki, którą obecnie czytam, „Życie i los” Grossmana:

„Poczucie, że ma swoje własne, odrębne życie, na chwilę przysłoniło jej teraźniejszość – skraj życiowej przepaści.

Najdziwniejsze ze wszystkich uczuć! Nie można go przekazać, nie można się nim podzielić z najbliższym człowiekiem, żoną, matką, ojcem, bratem, synem, przyjacielem; jest tajemnicą duszy, ta zaś, nawet jeśli ogromnie tego pragnie, nie może swojej tajemnicy zdradzić. Człowiek zabierze to uczucie, nie podzieli go z nikim. Cud odrębności, oddzielności człowieka, w którego świadomości i podświadomości zebrało się wszystko, co dobre i złe, śmieszne, miłe, wstydliwe, żałosne, haniebne, uprzejme, nieśmiałe, zdziwione, co istniało od dzieciństwa aż po starość – zlepione, złączone w niemym i tajemniczym, samotnym poczuciu własnego życia.”

W nocy, pośród ciszy i ciemności śpiącego mieszkania to uczucie narasta, i choć bywa piękne – bo ja, to ja, a nikt inny, bo moich wspomnień i przeżyć nie da się odtworzyć w cudzym życiu – przytłacza mnie teraz z ogromną siłą fali samotności. Myślę, że ludzka odrębność staje się najbardziej odczuwalna w obliczu skrajnych sytuacji życia i śmierci. Nikt za mnie nie umrze, nikt nie poczuje jak czuje się osoba chora, nawet drugi chory na tą samą chorobę, nikt inny nie urodzi mojego dziecka.

Mimo, że oczywiście jest to nasza ciąża, nasze dziecko i nasze ogromne szczęście, to zarazem, choćby T. był ze mną w każdej sekundzie porodu, nigdy nie będą to nasze bóle porodowe, nasze nacięte krocze, czy nasze rozstępy na brzuchu, że o mniej estetycznych dolegliwościach poporodowych nie wspomnę. On jest dla mnie najbliższą osobą, ogromnym wsparciem, oraz morzem cierpliwości wobec moich zmiennych nastrojów, zachcianek i frustracji – a jednak… W obliczu największych wyzwań swojego człowieczeństwa pozostajemy zupełnie sami. Tak, jak teraz, gdy przytłoczona całą mocą słowa „odrębność” popijam herbatkę ziołową w niespotykanie cichej kuchni gdzieś pośrodku sennego osiedla, a mój ukochany najspokojniej w świecie cicho pochrapuje.