La force

To się dzieje zawsze kiedy słyszę jakiś jednostajny szum tła. Pracujący wentylator. Brzęczenie radia.

I nagle jestem prawie pewna, że słyszę płacz mojego dziecka. Chociaż tak wiele razy już tego doświadczałam i wiem, że na 98% dziecko wcale nie płacze, niepokój zawsze jest ten sam. A potem płacz dziecka przeradza się w inny dźwięk.

W zwierzęce wycie z bólu rodzących kobiet, które słyszałam na porodówce. Ba, które sama z siebie wydawałam, choć zapomniałam już, że umiem wydawać takie dźwięki. Po pierwszym porodzie też prześladował mnie ten krzyk, który niesie się przez okna aż do sal, w których śpią pacjentki z urodzonymi już dziećmi. Rozdzierający krzyk, przepełniony siłą i cierpieniem, niczym zniekształcony jakąś złośliwą mocą okrzyk rozkoszy wydawany przy poczęciu dzieci, które teraz przychodzą na świat. Oczywiście wiem, że wcale go nie słyszę,że za kilka tygodni znów o nim zapomnę i przestanie mnie prześladować. A jednocześnie przecież jest prawdziwy, rozlega się nieustannie w różnych miejscach na ziemi, zwiastując nowe życie.

Jest w nas element zwierzęcy, który przez większość życia spychamy do podświadomości, ignorujemy, próbujemy okiełznać, stłumić. Podczas porodu właśnie ta część nas dochodzi do głosu. Pierwotna i przerażająca, ale też czyniąca nas potężniejszymi niż kiedykolwiek mogłybyśmy przypuszczać.

numéro deux

W dniu egzaminu poznałam A.N.

A.N. jest bardzo inteligentną młodą dziewczyną, znakomitą rozmówczynią ze świetnym poczuciem humoru. Czekając przed salą egzaminacyjną szybko nawiązałyśmy kontakt. Ładna, elegancko ubrana, z dobrze dobranym makijażem. Ale to nie jej uroda, i nie jej elokwencja przyciągały uwagę w pierwszej chwili. Tą szczególną cechą była… Normalność? Bezpośredniość? Śmiałość? Odwaga? Szukam odpowiedniego słowa i nie znajduję. Rzecz w tym, że moja nowa znajoma jeździ na wózku inwalidzkim, a jej ciało jest w znacznej mierze zniekształcone. W zasadzie ma w pełni sprawną tylko jedną rękę. Tyle, że ona nic sobie z tego nie robi.

Skończyła studia, teraz podeszła do egzaminu na studia podyplomowe. Pracuje w kilku różnych miejscach. Niedawno otworzyła agencję zajmującą się szkoleniami, np. szkoleniem dla firm z obsługi klienta niepełnosprawnego. Podróżuje. Jest otwarta na ludzi. Ma w sobie mnóstwo energii i radości.

W przerwie pomiędzy egzaminem pisemnym a ustnym wybrałyśmy się do pobliskiego sklepu. Po drodze potrójne przejście dla pieszych. Kiedy byłyśmy jeszcze w pewnej odległości od niego, zapaliły się zielone światła.

-Zdążymy? – Zapytałam niepewnie.

-Pewnie, że zdążymy! – Odparła A.N. rozbawionym głosem, po czym przyśpieszyła do takiego tempa, że ledwo za nią nadążyłam.

Kiedy dotarłyśmy do sklepu natknęłyśmy się jednak na prowadzące do niego dwa wysokie schody. A.N. uśmiechnęła się z wdziękiem.

-Zaczekam na Ciebie tutaj.

To chyba zrobiło na mnie największe wrażenie. Ani słowa narzekania czy protestu. Właściwie przez cały czas naszego spotkania ani razu nie odniosła się do swojej niepełnosprawności, do utrudnień (czy też braku ułatwień) jakie w swoim życiu napotyka. Raz jeden, kiedy oddała swoją pracę pisemną, poprosiła wykładowczynię o otwarcie drzwi do sali, żeby mogła wyjść. W jej głosie nie było ani cienia irytacji czy ponaglenia, a przecież ktoś mógł się domyślić, że sama sobie tych drzwi nie da rady otworzyć.

Kiedy się rozstawałyśmy na przystanku tramwajowym miałam ochotę ją uściskać. Powiedzieć jej, że jest niespotykanie piękną osobą. Że jest taka dzielna. Ale zdałam sobie sprawę, że gdyby była zdrową, nowo poznaną osobą nigdy nie zdecydowałabym się na takie słowa. A ona wkładała tyle pracy w to, żeby postrzegać ją normalnie, na równi z innymi. Moje słowa w jednej chwili zburzyłyby ten obraz. Uśmiechnęłam się więc tylko najbardziej serdecznie jak umiałam i wyraziłam nadzieję, że spotkamy się wkrótce na studiach.

W drodze powrotnej do domu karciłam się w duchu za każdą chwilę użalania się nad sobą.