j’ai besoin de toi

„Wsi spokojna, wsi wesoła…”.

Dziś rano krążyłam po domu rodziców w poszukiwaniu zasięgu, z wstukanym w komórce tekstem, który uparcie nie chciał się wysłać. Za mną, krok w krok, człapał W. Zdziwionej naszym małym pochodem mamie rzuciłam w locie, że muszę odpisać na SMS od męża. Ledwo wypowiedziałam te słowa, kiedy uświadomiłam sobie, że właśnie tego wyrażenia użyłam: „muszę odpisać” – a przecież jeszcze nic do mnie nie doszło. Mamy z T. taką niepisaną umowę, że codziennie rano wysyłamy sobie wiadomość na dobry początek dnia.

Niespodziewanie dla samej siebie pomyślałam, że takie graniczące z pewnością przekonanie o czyimś zaangażowaniu przypomina relację człowiek – Bóg. To, że nie jest się w stanie odebrać czyjejś wiadomości, nie oznacza wcale,  że po drugiej stronie nikt nie nadaje. Uśmiechnęłam się do tej myśli.

Kiedy wreszcie udało mi się znaleźć zasięg, wysłałam SMS, a kilka sekund później odebrałam zaległą wiadomość od męża.

Matrix

Wczoraj mój mąż kupił mi nowy telefon komórkowy. Posiada on wszystkie zaawansowane funkcje, z których absolutnie nie umiem i nie mam zamiaru korzystać, a które podbijają wartość rynkową tego typu sprzętu. Urządzenie, które potrafi nieomal wszystko prócz prania i mycia naczyń (a szkoda!) będzie mi służyło do dzwonienia, wysyłania SMS-ów oraz (okazjonalnie) robienia zdjęć. Jest przy tym tak zgrabnie i elegancko zaprojektowane, że nie byłabym kobietą, gdybym powiedziała, że mi się nie podoba. Może ze względu na ten właśnie zakup zaczęłam wyraźniej dostrzegać coś, co na własny użytek nazwałam „społecznym ukomórkowieniem”.

Wsiadam do tramwaju. Na mój widok rozpromienia się jakiś młody, przystojny i kompletnie nieznany mi mężczyzna. „Hej! Co tam słychać?”. Rzuca przyjaźnie. Zdezorientowana, już, już mam odpowiedzieć coś niezobowiązującego, gdy nagle tknięta przeczuciem, spostrzegam słuchawkę wystającą mu z ucha oraz niewidzący mnie wcale wzrok przeznaczony dla rozmówcy na drugim końcu linii. Nie raz i nie dwa już dałam się na to nabrać. Inna wersja to człowiek idący samotnie ulicą, wykrzykujący co chwilę, wyraziście przy tym gestykulując. Jak rozpoznać czy jest to osoba niezrównoważona psychicznie, czy użytkownik zestawu słuchawkowego? W miarę postępu techniki jest to coraz trudniejsze.

Inna sytuacja, tak zwany „Trójkąt Bermudzki”. Bogu ducha winna wsiadam do tramwaju, kiedy obok mnie osoba z lekkimi ubytkami słuchu na skutek nadmiernego korzystania ze słuchawek wykrzykuje: „No czeeść! Jak tam, jak tam??”. Tym razem niezatopiona jeszcze we własnych myślach, spodziewałam się tego ataku, więc zadowolona ze swojej przenikliwości milczę spokojnie. Tymczasem z drugiej strony rozlega się, wcale nie ciszej „No wiesz, dzwonię z tramwaju, bo mam taką sprawę..”, i gdy próbuję znieczulić swoje receptory również i na ten dźwięk, tuż za mną rozlega się ustawiczne tłumaczenie: „Ale nie, nie, nie, nie nie. Aha. Aha. A! Tak, tak, tak, tak, tak!”. Jestem w pułapce. Znikam, ponieważ dla tych trzech użytkowniczek telefonii komórkowej jestem znacznie mniej realna stojąc z nimi nieomal nos w nos (te nasze wspaniałe remonty!) niż ich rozmówcy oddaleni może i o całe kilometry. Przyjrzyjcie się czym się zajmują Wasi współpasażerowie. Niektórzy czytają książki. Niektórzy patrzą przed siebie zamyśleni. Zdecydowana większość zrasta się ze swoimi komórkami (w tym kontekście brzmi to nieomal makabrycznie): słuchają muzyki, wysyłają SMS-y, grają w gierki, uaktualniają kalendarze, a nade wszystko dzwonią, dzwonią, dzwonią…

Dziś napotkałam taki obrazek: młody chłopak trzyma w każdej dłoni po komórce, na każdej z nich wyświetla się jakiś tekst, a on zdaje się ogromnie pochłonięty czymś co z tymi komórkami robi. Moje pierwsze skojarzenie brzmiało: „sam ze sobą SMS-uje?”.

Zdanie, które często można usłyszeć z ust otoczenia brzmi: „Bądźmy w kontakcie!”. Czasem wydaje mi się, że tak bardzo koncentrujemy się na kontakcie, że zapominamy o człowieku.