un chien avec une femme

Orange Lutheran vs Banning at OCC

Chodnikiem kłusuje czterołape uosobienie radości. Mały, uroczy szczeniaczek emanuje szczęściem od wyszczerzonego w uśmiechu pyszczka, po koniuszek merdającego w dzikim tempie ogona. Rozgląda się ciekawie na wszystkie strony, obwąchuje co tylko się da i zabawnie podskakuje. Obdarza wszystkich przechodniów bez wyjątku ufnym spojrzeniem wielkich oczu. Aż przyjemnie popatrzeć.

Na drugim końcu smyczy znajduje się chmura gradowa. Chmura przybrała postać kobiety w średnim wieku z twarzą zastygłą w posępnym grymasie. Nie darząc psiaka nawet przelotnym spojrzeniem, prze przed siebie w tempie, które wyraźnie jest dla niego zbyt szybkie. Szarpie za smycz. Obdarza przechodniów kwaśną miną pt. „Nie, nie możesz pogłaskać. Spływaj.”

Jaka szkoda, że człowiek może sobie wybrać psa, ale pies nie może sobie wybrać człowieka.

La liberté!

w-_czym_do_spaniaWczoraj wieczorem, gdy nasz Maluch już zasnął, zostawiłam go z Tatą i wybrałam się na dwudziestominutowy spacer. Natychmiast po przekroczeniu drzwi domu ogarnęła mnie fala euforii, porównywalna chyba tylko z tą , jaką czuje dziecko wypuszczone na dwór po raz pierwszy bez nadzoru dorosłych. Do woli chodziłam po wysokich krawężnikach, schodach i wszelkich wertepach. Wolne od wózka ręce włożyłam najpierw do kieszeni, a po chwili zaczęłam energicznie nimi wymachiwać, bo dziwacznie się czułam mając je znów do własnej dyspozycji. Uzmysłowiłam sobie nagle, że od narodzin W. ani razu nie miałam dla siebie tyle czasu w samotności. Nie musiałam myśleć o kolejnej zmianie pieluchy, karmieniu, nie nasłuchiwałam płaczu ani gaworzenia, a wieczorne odgłosy miasta wydały mi się doskonałą ciszą… Wręcz fizycznie czułam jak oczyszcza się mój umysł. A gdy do reszty już odurzyła mnie swoboda, wyobraziłam sobie nagle mojego maleńkiego Synka śpiącego, dokładnie tak, jak go zostawiłam w łóżeczku: ciepłe pulchne rączki rozrzucone w górze, różowe policzki, słodka minka, głęboki, spokojny oddech i nieporównywalny z niczym innym, piękny zapach niemowlęcia. Zapragnęłam go przytulić. A może już się zbudził i płacze, a mnie tam nie ma? Wykonałam natychmiastowy w tył zwrot i popędziłam co sił do domu.

La promenade

159108_dziecko_wozek_wiklinowy

Młoda mama bardzo szybko poznaje na nowo topografię swojego najbliższego otoczenia. Gdzie są dziurawe chodniki, gdzie wysoki krawężnik, gdzie strome schody, gdzie pokoje do karmienia i łazienki z przewijakiem, a gdzie sklepy, w których odległości między regałami są zbyt wąskie nawet dla spacerówki, że o gondoli nie wspomnę (nigdy nie zrozumiem zostawiania przed wejściem do sklepu wózka z dzieckiem w środku – przecież każdy może podejść i z nim odjechać, nim ktokolwiek się zorientuje!).

Zarazem, poruszanie się po mieście z dzieckiem pozwala odkryć pokłady życzliwości w przypadkowo napotkanych ludziach.

Poszliśmy z W. na spacer nad Maltę. Pamiętałam niejasno, że w miejscu, w którym planowałam zejść na ścieżkę wokół jeziora, są podjazdy dla wózków. Kiedy jednak znaleźliśmy się przy schodach, okazało się, że podjazdy projektował ktoś, kto z pewnością nigdy nie musiał z nich korzystać. Stromo, to mało powiedziane. Oczyma wyobraźni już widziałam rozpędzony wózek, ze mną powiewającą u poręczy, wpadający wprost na znajdującą się poniżej betonową ścianę. Właśnie zabierałam się za obmyślanie alternatywnej trasy, gdy nabiegł młody chłopak ze słuchawkami w uszach. Uśmiechnął się szeroko i zaproponował pomoc. „Tak, proszę!” – wyrzuciłam z siebie, nieomal dodając: „Mój Wybawco!”. We dwójkę jako-tako udało nam się sprowadzić wózek. Na koniec życzyliśmy sobie miłego dnia. 

Innym razem podeszliśmy do przejścia dla pieszych na trzypasmowej w tym miejscu ulicy (dwa pasy w jedną stronę, jeden w przeciwną). Z jednej strony nadjeżdżał elegancki samochód osobowy (nie znam się na markach, ale był bardzo ładny i czerwony :-D) oraz autobus. Kierowca autobusu na nasz widok zaczął zwalniać, ale kierowca samochodu osobowego nie wykazywał najmniejszej ochoty do przepuszczenia pieszych. Powoli, wykorzystując „prawo silniejszego” autobus wyprzedził osobowy, po czym zatrzymał się dla nas przed pasami, zmuszając do tego samego jadące za nim auto.

I jeszcze jedna scena, tym razem anty-stereotypowa: przechodziliśmy nieopodal wypasionego (nie lubię tego słowa, jednak żadne inne nie oddaje w tym miejscu istoty rzeczy) czarnego BMW, ze wszystkimi bajerami jakie możecie sobie wyobrazić i dwoma młodymi chłopakami w środku. Opuszczone maksymalnie szyby ukazywały skrzętnie wygolone głowy kierowcy i pasażera, które to z wyraźnym upodobaniem bujały się do rytmu basu płynącego z ryczących hip-hopem głośników. Nagle, gdy byłam już całkiem blisko, padło jakieś zdanie okraszone kilkoma paniami lekkich obyczajów i nagle… Muzyka ucichła. Gdy tylko znaleźliśmy się kilka kroków za samochodem, melodia (?) popłynęła znów z wcześniejszą intensywnością.

Małe dzieci rzeczywiście są nadzieją dla tego zwariowanego świata.

La canicule de la ville

Upał. A że kobiecie na finiszu ciąży zawsze jest gorąco, to upał podwójny. (Uwielbiam oglądać reakcje ludzi, którym zdradzam z emfazą, że właściwie to według lekarza poród może już być w KAŻDYM momencie. Prawie każdy słysząc te słowa cofa się o pół kroku i obrzuca mój brzuch podejrzliwym spojrzeniem, jakby zaraz miał wybuchnąć.)

Przymierzam letnią sukienkę ciążową numer jeden – pięknie, całkiem jakbym narzuciła na plecy prześcieradło rozpościerające się swobodnymi fałdami od ramion po kolana. Sukienka nie-do-końca-ciążowa numer dwa podejrzanie opornie zapięła się w zamku, ale za to efekt końcowy nie przypominał żadnego elementu pościeli sypialnianej. Dobre i to.

Wbrew moim najlepszym staraniom Potomek nie dał się przekonać, że na świecie jest dziś wyjątkowo pięknie i warto byłoby się urodzić, żeby zobaczyć taki dzień. Uparciuch po tacie, oczywiście. No trudno, idziemy na spacer w wersji 2 w 1.

Na Starym Rynku zalewa mnie fala światła i dźwięków. Uliczni muzycy przekrzykują się z muzyką płynącą z lokali, przewodnicy turystyczni oprowadzają swoje różnojęzyczne stadka, w kawiarniach brzęk filiżanek miesza się z ożywionymi dyskusjami po polsku, angielsku, francusku i romsku. Przez cienkie podeszwy sandałków wyczuwam pod stopami rozgrzane kamienie bruku. Z otwartych drzwi restauracji kusi przyjemny chłód klimatyzacji. Mieszanina zapachów uderza do głowy. Nagrzane słońcem stare mury, gofry z bitą śmietaną, kawa, lody włoskie, papierosy, przepocone koszulki, gnijące śmieci i ciężkie, korzenne perfumy mijającej mnie elegantki, łączą się w charakterystyczny zapach lata w mieście.

Zanurzam się w cieniste zacisze jednej z bocznych uliczek. Od słonecznej strony drogi nadchodzi kobieta z małym chłopcem, który opowiada coś z wielkim przejęciem. Światło gra w jego złotych włosach. Nagle malec spostrzega unoszone wiatrem pyłki topoli i, przerywając opowieść w pół, rusza w pogoń pokrzykując radośnie. Nim się miniemy kobieta spogląda na mój brzuch i przesyła mi pokrzepiający uśmiech.

Wychodzę pośród kramów z owocami, warzywami, kwiatami i… W zasadzie – czego tu nie ma! Feeria barw zapiera dech w piersiach. Przekupki przedrzeźniają się nawzajem i nawołują klientów, z charakterystyczną hardością oznajmując przypadkowym przechodniom „Dla pani będzie…?”. Nic. Dziś przyszłam tylko nasycić oczy. Chociaż w zasadzie, skoro już tu jestem…

Ocierając z policzka lepki sok smakowitej nektarynki dochodzę do wniosku, że w dni takie jak dziś łatwo przypomnieć sobie za co pokochałam to miasto. Poznań.

Poussières dans le vent

Spacerując dziś po parku napotkałam całe mnóstwo osób przemieszczających się przy użyciu kółek. Byli wśród nich cykliści, rolkarze, deskorolkarze (w tym na waveboardach), dzieci na hulajnogach (ewentualnie dzieci ciągnięte za rękę przez rozeźlone rodzicielki z hulajnogą – przypuszczalnym narzędziem zbrodni młodocianych nieposłusznych – zwisającą smętnie w drugiej ręce), ale głównie młode kobiety (matki? opiekunki?) z dziećmi w wózkach oraz starsze kobiety (żony? opiekunki?) z mężczyznami na wózkach inwalidzkich. Przyszło mi do głowy jak dziwny krąg zatacza ludzkie życie: od przemieszczania się bezradnie w dziecięcym wózku, do którego wszyscy zaglądają z uśmiechem, do przemieszczania się nieomal równie bezradnie na wózku inwalidzkim, od którego większość przechodniów z zakłopotaniem odwraca wzrok.

Przypomniała mi się stara zagadka Sfinksa: „Co to za zwierzę, które rano chodzi na czterech nogach, w południe na dwóch, a wieczorem na trzech?”.

Wymyśliłam nową: „Czy te same osoby, których dzieci wyprowadzają na spacer wynajęte opiekunki, stają się potem tymi staruszkami pchanymi na wózkach przez inne wynajęte opiekunki?”

Usiadłam w cieniu rozłożystego drzewa i podziwiałam grę plam słonecznych na ścieżce, oraz taniec opadających jakby w zwolnionym tempie pyłków topoli, niczym wielkich, puszystych płatków śniegu pośród upału.

Le soleil brille!

 

2959d1b17e969031571a8b7b55c06ff7

Aktualnie czuję ogromną sympatię do, oraz solidarność z tym zwierzem. Mamy wiele wspólnego…

Dziś jest tak piękny dzień, że szkoda go tracić na siedzenie przed komputerem! Idę na spacer, co i Wam polecam!

A w ramach wynagrodzenia za to, że chciało Wam się dziś do mnie zajrzeć, opiszę Wam prawo ciążenia wg mojego ginekologa:

„ilość cierpliwości maleje wprost proporcjonalnie do wzrostu zaawansowania ciąży”

Innymi słowy, na początku żadna nie chce jeszcze rodzić, pod koniec każda pyta tylko „kiedy wreszcie?!”.

Monsieur le clochard

Podczas dzisiejszego spaceru natknęłam się na następującą scenę: pod ścianą betonowego śmietnika, na skąpanej w promieniach słońca, starej kanapie rozsiadł się wygodnie kloszard. Mężczyzna w bliżej nieokreślonym wieku oraz gustownym czerwonym swetrze w choinki najwyraźniej czuł się w tym miejscu u siebie. Zaparkował w dobrze widocznym punkcie swój wózek ze złomem, z zadowoleniem poczochrał się po obfitym zaroście, umościł się wygodnie i wyciągnął wymiętą gazetę, po czym zatopił się w głębokiej lekturze. Wyraźnie rozkoszował się słońcem oraz nagrzaną kanapą.

Wokół do swoich ważnych spraw pędzili ludzie, w piłkę grali chłopcy, których matki domagały się stanowczo z balkonów, żeby założyli bluzy, podjeżdżały i odjeżdżały samochody dostawcze, szczekały psy, płakały niemowlęta. A on zwyczajnie sobie siedział na kanapie, w samym środku tego całego zamętu, wystawiał wymiętą twarz do słońca i czytał.

Poczułam dziwną jedność z tym człowiekiem, który podobnie jak ja znalazł chwilę wytchnienia od codziennych trosk w plamie słońca. Zarazem doznałam osobliwego uczucia, zupełnie jakbym nieproszona wtargnęła do czyjegoś salonu.

Guns N’Roses

Idąc dzisiaj górnym tarasem Rataj i przebierając żwawo skostniałymi odnóżami wystawiałam twarz na promienie popołudniowego słońca. Z ust buchały mi obłoczki pary oraz sypały się wyrazy uznania dla Panów Drogowców, którzy bardzo wybiórczo potraktowali kwestię posypania chodników piaskiem. Czytałam niedawno o kobiecie w ciąży, która „poruszała się z gracją w zwiewnych szatach, dumnie trzymając głowę w górze, świadoma swej kobiecej siły” i próbowałam sobie wyobrazić czy kiedykolwiek będę w stanie zilustrować podobny opis swoją coraz to mniej zgrabną osobą. Jeśli miałam jakiekolwiek wątpliwości, kilka sytuacji pełnego grozy, rozpaczliwego wymachiwania rękami w celu uniknięcia bliższego poznania chodnika z tylną częścią mojego ciała w zupełności je rozwiało. Fikcja literacka.

Niemniej jednak, niezrażona, obserwując przechodniów przywołałam w umyśle inny cytat: słowa pani Barykowej z „Przedwiośnia”:

Ach, kakaja u was krasnaja roża!

i podśmiewałam się półgębkiem. Gdy w końcu, przemarznięta do szpiku kości, dobrnęłam do domu i rzuciłam okiem w lustro w przedpokoju, nie mogłam powstrzymać nagłego ataku śmiechu. Tym razem wizja pisarska ziściła się co do joty.

No moje Słodkie Maleństwo, nie możesz mi zarzucić zaniedbywania Twojego dotlenienia. Wymroziłam już chyba każdą najdrobniejszą bakterię w organizmie.

A child at heart

Czy zdarzyło się Wam kiedyś podążać za grupą przedszkolaków idących na spacer? Mi tak, i serdecznie polecam takie doświadczenie! Przyjrzyjcie się wtedy minom osób, które nadchodzą z naprzeciwka. Wszyscy bez wyjątku się rozpromieniają! Ludzie zaczynają się uśmiechać, zwalniają kroku, machają, a niekiedy nawet i zagadują do maluchów. Taki spacer nieodmiennie naładowuje mnie pozytywną energią i wiarą w ludzi.

PS Podsłuchane podczas opisywanego wyżej spaceru:

Chłopiec: Ale jestem głodny! Chyba zdechnę!

Dziewczynka: Nie mówi się „zdechnę”, tylko „umarnę”!