Moonlight shadow

Jak to bywa w przypadku osób po tej stronie rodzicielstwa, z opóźnieniem obejrzeliśmy z mężem film nagrodzony w tym roku przez Amerykańską Akademię Filmową – „Moonlight” Barry’ego Jenkinsa. Moim pierwszym odczuciem było: oto film nagrany na zamówienie skrajnie politycznie poprawnego społeczeństwa.

W zeszłym roku niewielka grupa osób spośród społeczności filmowej – w tym reżyserzy Spike Lee i Michael Moore, a także aktor Will Smith wraz z żoną, również aktorką, Jadą Pinkett Smith – zbojkotowała ceremonię wręczenia Oscarów ze względu na rzekomą nadreprezentację aktorów grających białe heteroseksualne postaci. Czary-mary i voilà, tegoroczny Oscar przypada filmowi, w którym grają wyłącznie Afroamerykanie (wyjątkiem jest biały policjant, który pojawia się na ekranie na jakieś 10 sekund), a główny bohater jest homoseksualistą. Cóż za zbieg okoliczności!

Pytanie, jak słusznie zauważyła brytyjska aktorka Charlotte Rampling, brzmi: czy wszędzie pierwszeństwo ma różnorodność? Być może w dziedzinach takich jak nauka czy sztuka decydujące znaczenie ma talent oraz wkład pracy, a nie kolor skóry czy orientacja seksualna? A jeśli tak, to dlaczego nominując zwycięzców jurorzy mieliby kierować się właśnie tymi DRUGORZĘDNYMI (jak podkreślają sami zainteresowani) kwestiami? Czy takie oczekiwanie nie jest zwyczajnie sprzeczne z postulatami RÓWNOŚCI?

Tak czy inaczej, „Moonlight” opowiada historię homoseksualnego Afroamerykanina wychowywanego przez samotną matkę, która jest uzależnioną od narkotyków prostytutką. Nieco zaskakuje fakt, że według zwolenników różnorodności właśnie z taką historią może się utożsamić więcej Amerykanów niż z „nadreprezentowaną” postacią heteroseksualnego białego. Dla przypomnienia, 80% społeczeństwa USA.stanowią osoby białe, 1,7% osoby homoseksualne, a 1,8% biseksualne.

Oczywiście, szacunek i równe traktowanie należą się wszystkim. A pisząc „wszystkim”, mam na myśli także (zgrozo!) heteroseksualnych białych. Założenie, że otrzymali nagrodę przez wzgląd na kolor skóry jest krzywdzące, aż chciałoby się powiedzieć: rasistowskie. Do faktu, że mało filmów z czarnoskórą obsadą i odmiennymi orientacjami seksualnymi wygrywa, walnie przyczynia się fakt, że takich filmów powstaje mniej. Mogę się mylić, ale czy nie na tym polega bycie MNIEJSZOŚCIĄ?

A teraz coś z zupełnie innej beczki. A może nie tak zupełnie innej, bo pozostajemy w klimacie walki o równouprawnienie. W niedzielę 5 marca, jak co tydzień, wracałam do domu z Mszy Świętej w kościele Dominikanów. Śpieszyłam się do męża i synka, bo nie widzieliśmy się cały weekend. Tymczasem tramwaje w obie strony stały, ze względu na odbywający się na środku torowiska przed Teatrem Wielkim protest kobiet, tzw. „manifę”. Tuż obok znajduje się Park Adama Mickiewicza, w którym bez problemu zmieściliby się wszyscy protestujący, ale przecież na torach zrobią większe wrażenie. Nie udało mi się zrozumieć okrzyków dobiegających z megafonu (do tego stopnia, że uznałam protestujących za organizację LGBT), zrozumiałam natomiast, że tego dnia wrócę do domu trochę później i inną trasą niż planowałam.

Szanuję prawa kobiet. Powiem więcej: jestem kobietą. I chcę, żeby moje prawa respektowano. Także prawo do swobodnego dostępu do komunikacji miejskiej. Tymczasem podreptałam na inny przystanek do wtóru okrzyków, z których wychwycić można było jedynie „dość” i „równość”.

Na zakończenie, żeby nie posądzono mnie o rasizm, rewelacyjna piosenka o tym, że kolor skóry się nie liczy…W wykonaniu mężczyzny, który przeszedł operację zmiany koloru skóry.

Encore une fois

Ze względu na zainteresowanie, które wzbudził ostatni wpis postanowiłam ponownie odnieść się do tematyki lekkiego podejścia do spraw seksu, ze szczególnym naciskiem na coraz bardziej powszechne zjawisko konkubinatu oraz społecze przyzwolenie na nie. Cieszy mnie polemika na poziomie – szczególne podziękowania dla olenqui i Kary – dzięki niej mam okazję przemyśleć swoje stanowisko i uświadomić sobie pewne rzeczy na nowo, jaśniej. Niestety miejsce na komentarze jest ograniczone, a i nie wszyscy czytelnicy zaglądają do komentarzy. Stąd, niektóre myśli mogą się powtórzyć. Jestem głęboko przekonana, że właśnie ludzie młodzi, zwłaszcza rodzice wychowujący kolejne pokolenia, powinni dyskutować o wartościach. Zupełnie inny wydźwięĸ w tym kontekście mają słowa księdza (który często ma jedynie wiedzę podręcznikową) czy starszej pani w berecie z wiadomego materiału (która okres wielkich namiętności raczej ma już za sobą), a inny wypowiedź osób młodych i zakochanych.

Jestem praktykującą katoliczką i mój punkt widzenia jest nierozerwalnie powiązany z moim światopoglądem. Sądzę, że warto podkreślić, że katolikiem nie zostaje się po to, żeby być MIŁYM i wszystkich wokół głaskać po głowach (ewentualnie zbierać cięgi i grzecznie się uśmiechać). To jest religia miłości, owszem, ale miłości mądrej, która WYMAGA od siebie i od innych.

Dla pełnej jasności: nie twierdzę, że małżeństwo jest jedyną drogą do szczęścia ani gwarantem odpowiedzialnego zachowania drugiej połówki. Oczywiście, że istnieją nieudane małżeństwa oraz udane związki bez ślubu. Jestem jednak przekonana, że świadomie zawarte małżeństwo ma większe szanse na szczęśliwy, trwały związek, a wyjątki potwierdzają regułę.

Mimo moich osobistych przekonań na potrzeby tej dyskusji mówiąc o małżeństwie mam na myśli osoby, które zawarły ślub konkordatowy, kościelny, lub cywilny, ponieważ, jak słusznie zauważyła olenqa, nie wszyscy są wierzący. Co prawda oficjalnie ok. 95% Polaków to katolicy, ale praktykuje już tylko ok. 40% (dane GUS). Ponadto rozwodnicy nie mogą wziąć ponownie ślubu kościelnego, nic nie stoi jednak na przeszkodzie, aby wzięli ślub cywilny z nowym wybrankiem/ wybranką. Dlaczego tego nie robią? Czy powoduje nimi obawa przed ponownym zranieniem i przechodzeniem przez piekło rozwodu? Jeśli tak, to po co znów wchodzić w związek? Trudno mi się w tym połapać.

Spotkałam się już z takim stwierdzeniem: „nie jestem gotowy na poważny związek”. W takim razie wykreśl słowo „poważny”. Ty nie jesteś gotowy na żaden związek, bo drugiego człowieka nie można traktować jak zabawki. To JEST poważna sprawa. Idź do kina albo do kawiarni, ale nie do łóżka, gdzie może (u osób płodnych zawsze istnieje taka szansa) począć się kolejny człowiek od początku uwikłany w jakąś niejasną sytuację.

Inne tłumaczenie: jest ok, ale jak trafię na kogoś lepszego, to się rozstaniemy. Ta osoba jest jak gdyby poczekalnią na jakąś lepszą przyszłość. Czy ktokolwiek chciałby świadomie znaleźć się w takiej sytuacji?

Jeszcze inna postawa: my się sprawdzamy. Co dokładnie sprawdzacie? Jeśli kogoś kocham, to podejmuję ryzyko: „Kocham Cię i chcę spędzić z Tobą resztę życia, chcę dla Ciebie tego co najlepsze, oddaję Ci wszystko co mam”. Natomiast tutaj mamy podejście: „Kocham siebie i chcę dla siebie tego, co najlepsze. Jeśli się nadajesz, to może Cię zatrzymam, a jak nie, no to trudno.”

Najdziwniejsze jest to, że tego typu relacji najzacieklej bronią tkwiące w nich kobiety. Dla mężczyzny taki układ jest szalenie wygodny, przyznaję. Ale kobieta ma mnóstwo do stracenia, ryzykuje całą swoją przyszłość.

Jednak zjawiskiem, które budzi mój szczególny niepokój jest konkubinat czy… Jak to w ogóle nazwać?… Rozwiązłość (mam tu na myśli serię krótkotrwałych związków, lub przygodnych relacji, o podłożu seksualnym) wśród ludzi młodych, nastolatków i studentów dopiero wkraczających w świat dorosłości. Młodzież zawsze stanowiła surowego krytyka błędów dorosłych, wytykała hipokryzję, wskazywała ideały. Większość powstań i rewolucji opierała się właśnie na wierze młodych, że ten świat można uczynić lepszym. Że TRZEBA uczynić go lepszym. Tymczasem obecnie w moim odczuciu mnóstwo młodych przejawia cynizm, znudzenie i kieruje się głównie własną wygodą.

Szczególnie boli mnie ogromna hipokryzja, pewna labilność poglądów, którą nieraz już obserwowałam. Młody, zaangażowany w Kościele człowiek wyjeżdża na studia do dużego miasta po czym… Zrywa z Kościołem i zamieszkuje ze swoją sympatią (a potem może i następną, i następną – kto wie? Coraz dalej od Kościoła). Rodzice niby protestują, niby się nie zgadzają, ale tak naprawdę czują się bezsilni wobec swoich własnych dzieci, którym przecież jeszcze niedawno podcierali tyłki i nosy. Gdyby jeszcze przyczyną tej zmiany były jakieś wątpliwości duchowe, rozterki – można by dyskutować, przekonywać. Ale jak dyskutować z pożądaniem, z namiętnością? W wielu domach o takich sprawach wcale się nie rozmawia. Matki i ojcowie, którzy niejedno już przeszli, czują się zawstydzeni postępowaniem małolatów, które ledwo dostały dowód osobisty (albo i nawet nie), a już chcą koniecznie również zostać matkami i ojcami.

Temat jak widać jest bardzo obszerny i mam jeszcze wiele przemyśleń, którymi podzielę się z Wami w najbliższym czasie. Tymczasem zachęcam do dalszej dyskusji!

Le modernisme

Nie jestem nowoczesna. Nigdy nie byłam. Odkąd sięgam pamięcią urzekał mnie świat gramofonów, czarno-białych fotografii, listów pisanych piórem i kapeluszy z wielkimi rondami. Tkwi w nich jakaś niewymuszona elegancja, spokojny namysł kogoś, kto w danej chwili koncentruje uwagę tylko i wyłącznie na jednej czynności – i czerpie z niej pełną przyjemność. Wyszłam za mąż za staromodnego chłopaka. Kupiliśmy gramofon. Nie kupiliśmy telewizora. I tak żyłyśmy na bezpieczny dystans: nowoczesność sobie, ja sobie.
Ostatnimi czasy nowoczesność nabrała jednak pewności siebie, a w efekcie stała się agresywna. Zaczęła kąsać moje najbardziej osobiste przekonania, nazywając je zacofanymi. Swoje własne poparła głównie faktem, że są nowe, popularne i z zachodu. Cóż takiego nowego miała do zaoferowania?
Przede wszystkim seks i jeszcze więcej seksu. Bardzo dobrze. Ale gdyby to była nowość, ludzkość dawno już zniknęłaby z powierzchni ziemi. W takim razie bezpruderyjność: wolne związki, otwarte związki, seks bez zobowiązań, eksponowanie nagości, epatowanie erotyką zawsze i wszędzie. Nic nowego… A raczej nowe, ładniejsze opakowanie dla tej samej zawartości: konkubinat, rozwiązłość, nierząd, ekshibicjonizm, bezwstyd. Nie bez powodu mówi się przecież o „najstarszym zawodzie świata”.
Tyle, że teraz osoby nieprzyzwoite nie chcą już być nieprzyzwoite: oni są nowocześni, a ich zachowanie zupełnie naturalne (tu się muszę zgodzić; tak naturalne jak u zwierząt – bardziej naturalnie już się nie da). Dawniej zdrada, wiarołomstwo, czy życie „na kocią łapę” wiązało się z wielkim wstydem, wynikającym, jeśli nie z poczucia przyzwoitości, to chociaż ze społecznego potępienia. Aktualnie tego typu zachowania ukazuje się jako normę, którą należy akceptować.
Nie zgadzam się. Protestuję przeciwko tej „nowoczesności”. Nazywajmy rzeczy po imieniu. Zło jest złem. Zepsucie jest zepsuciem. Jeśli większość osób tak robi – tym gorzej dla większości. Przynależność do bezmyślego tłumu jeszcze nikomu nie przyniosła zaszczytu.
Co w tym złego, skoro każdy ma własne życie oraz własny pomysł na szczęście? Czy tego chcemy, czy nie, nikt nie jest samotną wyspą. Jeśli akceptuję cudze zdrady, konsekwetnie będę musiała uśmiechnąć się kiedyś ze zrozumieniem na wieść o kochance mojego męża. Jeśli nie przeszkadza mi złe prowadzenie się obcych ludzi, nie mogę mieć wyrzutów do mojego dziecka za sypianie ze swoją sympatią. Przecież to normalne! Jeśli syn przyprowadzi swoją nastoletnią dziewczynę w ciąży zapewne powinno się przyjąć ich z radosnymi gratulacjami? Skąd w takim razie rozczarowanie, skąd łzy? Skąd poczucie pustki i bezsensu?
A skąd ma być poczucie pełni, skoro najpierw samemu się to życie spłaszczyło, zniżyło do ulegania najprostszym zachciankom?
A co z wiernością, skromnością, niewinnością, wzajemnym zaufaniem? To bajki dla dzieci, przeżytek i ciemnogród. Cóż… Nigdy nie byłam nowoczesna.
I tak żyjemy na coraz mniej bezpieczny dystans: nowoczesność sobie, ja sobie.

Smoke, smoke, smoke that cigarette…But not over here!

Idąc dziś ulicą Fredry natknęłam się na taki oto obrazek: tory remontowane przy użyciu ciężkiego sprzętu, budowlańcy dłubiący w asfalcie, tudzież innych elementach otoczenia, tłum ludzi śpieszący w obu kierunkach trasy Gwarna – Most Teatralny, dzieci płaczą, osoby rozdające ulotki co chwilę natrętnie podsuwają je pod nos, cyganka z dwojgiem dzieci na swoim stałym stanowisku na schodach kościoła Najświętszego Zbawiciela wyśpiewuje swoje „daj, pani, daj”, a z pobliskich tanich spaghetterii wydobywa się duszący zapach tłuszczu i przecieru pomidorowego. „Jednym słowem gmatwanina” jakby to określił Dostojewski.

I w samym środku tej gmatwaniny, pędu i hałasu, o wejście do jednej z bram najspokojniej w świecie oparł się potężnej budowy, ubrany na czarno, mężczyzna – zupełnie łysy, za to z sumiastym wąsem. Wydobył z odmętów swego obszernego stroju papierosa, zaciągnął się głęboko, po czym z ukontentowaniem wypuścił chmurę dymu wprost na chodnik wraz z idącymi nim przechodniami. Kontynuował swoją czynność bez najmniejszych oznak troski o samopoczucie tych ostatnich, czy też jakiegokolwiek głosu sprzeciwu z ich strony, póki nie wypalił papierosa. Wyglądał jak wielka czarna dymiąca lokomotywa. Kiedy go mijałam nasze oczy się spotkały i przez ułamek sekundy byłam pewna, że uniesie brwi i spod wąsa wyda przenikliwy gwizd godny parowozu. Ciuch, ciuch!

Drodzy palacze! Wiele rozumiem: i ludzką słabość, i siłę nawyku, i to, że każdemu przyjemność sprawia co innego. Ale nie rozumiem bezczelnego chamstwa. Skoro już wydaliście horrendalną sumę na paczkę trucizny, która sprawia Wam taką przyjemność, mimo, że jest

a)szkodliwa,

b)droga,

c)śmierdząca,

d)niemodna,

to przynajmniej upewnijcie się, że SAMI z niej korzystacie. Jeśli dobrze się nad tym zastanowić, to każda inna osoba, która wdycha Wasz ciężko zarobiony, ukochany dym bezczelnie Was wykorzystuje! Nie zapłaciła – a wdycha. Nałogowy palacz za roczny zapas papierosów płaci równowartość telewizora z najwyższej półki. Za te pieniądze warto się upewnić o wyłączności użytkowania.

A skoro już poruszyłam tę kwestię, przypomniał mi się inny epizod. Do tramwaju ciasno zapakowanego ludźmi wchodzi palacz. Skąd to wiadomo? Całe ubranie, włosy i skóra wydają charakterystyczny odór starej nikotyny. Nagle, powolutku acz wyraźnie wokół palacza zaczyna powstawać przestrzeń, mimo, że przed chwilą zdawało się, że i szpilka by się nie wcisnęła. Palacz rozgląda się, po czym dyskretnie wkłada do ust miętową gumę do żucia. Czy naprawdę myślał, że to coś zmieni?

I już ostatnia uwaga: dmuchanie w inną stronę niż Wasz niepalący rozmówca niczego nie zmienia. Nawet jeśli jakimś cudem ominie go przykra woń, to już szkodliwe substancje na pewno nie.

Alma Mater II

Hmm…ciekawe dlaczego? Schemat z kwejk.pl

Przyznaję, przerwa była dość długa – ale jak najbardziej uzasadniona. Otóż, jestem (po raz kolejny już) studentką! Pogodzenie zajęć z pracą nie należy do najłatwiejszych, ale spokojnie – pracuję nad tym. Ze względu na najnowsze wydarzenia dziś wpis uczelniany.

Siedząc w sali chłonęłam chciwie atmosferę akademickiej dysputy, jakże odmiennej od moich codziennych doświadczeń zawodowych. Ze zdziwieniem i lekkim rozbawieniem dostrzegałam jak niewiele uległo zmianie w ciągu roku od kiedy odebrałam dyplom. Doktor Showman, jak go nazwałam na użytek prywatny, przepięknie poprowadził wykład pełen pasji, skrzący się wręcz dowcipnymi puentami. Pojawił się również nieśmiały doktorant, zawstydzony faktem, że nie zna odpowiedzi na wszystkie pytania. Nie zabrakło i prymusa z piątego roku, zupełnie pozbawionego doświadczenia zawodowego, a już niezbicie przekonanego o swojej ogromnej wartości, ponieważ ma same piątki.

Niebywałe z jaką łatwością można dostrzec w pełnym świetle tak wiele detali, gdy tylko nabierze się odpowiedniego dystansu. Nie irytował mnie prymus. Nie czułam się onieśmielona pretensjonalnym tonem wypowiedzi studentów, którym się wydaje, że posługując się nim, automatycznie mówią mądrzejsze rzeczy. Rozczuliło mnie to całe doświadczenie zupełnie jakbym wróciła do domu, a jednocześnie była o całe miliony mil za daleko, żeby mogło mnie to tak naprawdę dotknąć.

W związku z powrotem do studenckiego życia odbyłam parę rozmów dotyczących edukacji wyższej w Polsce. Przebijało z nich rozczarowanie. Rozczarowanie faktem, że tytuł magistra nie stanowi elitarnej nobilitacji, a tylko włączenie do większości społeczeństwa. Że nie pociąga za sobą niezbędnych na dzisiejszym rynku pracy kwalifikacji. Że uczelniana teoria nijak ma się do praktyki zawodowej. Że nadal mamy do czynienia z przedmiotami – zapychaczami, prowadzonymi przez ludzi, którzy dawno już powinni cieszyć się emeryturą w zaciszu domowym zamiast po raz strach-pomyśleć-który wyświetlać przezrocza z przestarzałą wiedzą zapisaną odręcznie chwiejnym pismem. Że kierunki takie jak socjologia, psychologia, pedagogika, politologia, ochrona środowiska, filozofia, turystyka itp. produkują w głównej mierze sfrustrowanych magistrów, którzy po pięciu latach studiów będą sprzedawać w sklepach, roznosić listy, i zastanawiać się co poszło nie tak – a nadal co roku prowadzony jest niemalejący nabór na wymienione kierunki.

Tych kilka zaledwie smutnych spostrzeżeń było oczywistych dla każdego z moich rozmówców. Jak to możliwe, że pracujący od lat na uczelniach dziekani oraz rektorzy nie dostrzegają problemu, lub, co gorsza, dostrzegają i nie uważają za stosowne reagować?

Na koniec mój szalenie buntowniczy postulat z lat studenckich:

„Kwiat młodzieży”

pozwalamy pięknym dniom

przeciekać między zacisniętymi kurczowo wykładami

zamiast na słońce

wystawiamy wymięte twarze na słowa

przegryzając cierpkie uwagi

za cynicznymi uśmieszkami

wychodzimy oświeceni

ale nie ogrzani

żołądki wypełnione kawą

włosy przesiąknięte papierosami

It’s (not) about us

Chcąc się zaznajomić z tematyką promowaną, jak również najczęściej pojawiającą się na blogach postanowiłam przejrzeć listę najczęściej powtarzających się tagów. Prezentuje się ona na chwilę obecną w następujący sposób:
  • życie (25067),
  • miłość (23714),
  • ja (9774),
  • kobieta (8454),
  • przemyślenia (8322),
  • muzyka (8155),
  • blog (7875),
  • codzienność (7754),
  • smutek (6436),
  • praca (6011).

Po chwili zastanowienia co łączy wymienione elementy zaczęłam sobie dopowiadać:

  • życie – no ale skoro pisze o nim jakieś bliżej nieokreślone „ja”, zapewne nie jest to życie jako takie, ale raczej „moje życie”,
  • ja – czy potrzeba komentarza? I to już na trzeciej pozycji!
  • kobieta – „ja – kobieta”? „moja kobieta”?
  • przemyślenia – czyje jeśli nie „moje”?
  • blog – „mój blog o moim blogu”. Hmmm…. Pogubiłam się…
  • codzienność – przecież nie codzienność sąsiada! Moja.
  • smutek – odczuwany przeze „mnie”,
  • praca – tak, zgadliście! „Moja” praca!

Z tematów ogólnych pozostaje miłość i muzyka. Naturalnie można by się upierać, że jest to miłość, którą „ja” przeżywam, po której „ja” rozpaczam (i przeżywam „mój” smutek”), której „ja” pragnę itp. (oby nie – zgrozo! – miłość własna!), natomiast muzyka również jest zjawiskiem postrzeganym w sposób subiektywny, nie chciałabym jednak popadać w przesadę. Sądzę, że jest to zupełnie zbędne, skoro 8 z 10 punktów w pełni oddaje ideę nacechowaną „mojością”. Głęboko zastanawia mnie trend społeczny, który nazwałabym w skrócie „me, myself and I”. Kochać siebie to piękna rzecz, o ile znajdzie się jeszcze miejsce na kochanie kogoś innego.