One more time we’re gonna celebrate…

Wczoraj spędziliśmy z T. 5 godzin w drodze z Poznania do mojej rodzinnej miejscowości. Cała reszta Poznaniaków skrzyknęła się aby nam w tej podróży towarzyszyć. Cytując wypowiedź kobiety, która korzystając przede mną z toalety na stacji paliw jednocześnie prowadziła ożywioną dyskusję przez telefon (sic!): „Nie wiem skąd się k***a tych ludzi tyle nabrało! Czuję się jakbym jechała na Gwiazdkę! (tu nastąpiło spuszczenie wody w ubikacji podkreślające patetyczny charakter jej wypowiedzi)”.

A wszystko po to by spotkać się dziś na cmentarzu z rodziną oraz przyjaciółmi przy grobach naszych zmarłych. Pomodlić się, zamyślić, powspominać. Wczoraj, czekając na przyjazd mojego brata z Niemiec, do drugiej w nocy rozmawialiśmy z tatą o życiu i o umieraniu. Żałowaliśmy wybitnego polskiego pisarza Andrzeja Bobkowskiego, tego niezwykle pełnego życia człowieka, który tak bardzo przygasł na wieść o swojej śmiertelnej chorobie. Dziś zbierzemy się rodzinnie przy stole u babci: ciocie, wujkowie, kuzyni, i wspominając zmarłych będziemy się śmiać, ucztować, cieszyć swoim towarzystwem – słowem – celebrować życie. Wieczorem pójdziemy na cmentarz pospacerować po rozświetlonej setkami płomieni  pamięci nekropolii.

I niech nikt mi nie wmawia, że włożenie idiotycznego kostiumu czy wydrążenie dyni może zastąpić tradycję. Jedynymi, którzy na tym skorzystają będą producenci halloweenowych gadżetów.

Mam wrażenie, że tak chętna zgoda na amerykanizację jest kolejną już próbą ogołocenia czegoś cennego z treści. A tak, kolejną – „Jestem niewierzący, ale lubię sobie postawić w domu choinkę”, „Jestem niepraktykująca i już od dawna prowadzę aktywne życie seksualne, ale zawsze marzył mi się ślub w kościele, w białej sukni” – brzmi znajomo? No tak, ale co taki niewierzący-ale-lubiący-ładną-otoczkę ma zrobić w Dzień Wszystkich Świętych? Przecież nie pójdzie na cmentarz zmierzyć się ze swoim przewidywanym końcem istnienia jako takiego! Niech więc będzie głośno i kolorowo!

„I niech to dla mnie, i tylko dla mnie będzie błyskać i migać….”

Coming back to you

Powroty”

moja dłoń w Twoich dłoniach

jest w domu

bezpieczna, uśpiona

jak człowiek, który po całym dniu

krążenia i szukania

prób, czekania i dreptania

przymyka oczy w głębokim fotelu

(dla T., który jest lekiem na całe zło – ode mnie)

A child at heart

Czy zdarzyło się Wam kiedyś podążać za grupą przedszkolaków idących na spacer? Mi tak, i serdecznie polecam takie doświadczenie! Przyjrzyjcie się wtedy minom osób, które nadchodzą z naprzeciwka. Wszyscy bez wyjątku się rozpromieniają! Ludzie zaczynają się uśmiechać, zwalniają kroku, machają, a niekiedy nawet i zagadują do maluchów. Taki spacer nieodmiennie naładowuje mnie pozytywną energią i wiarą w ludzi.

PS Podsłuchane podczas opisywanego wyżej spaceru:

Chłopiec: Ale jestem głodny! Chyba zdechnę!

Dziewczynka: Nie mówi się „zdechnę”, tylko „umarnę”!

Chatterbox

Jadąc dzisiaj tramwajem, którym wreszcie zmierzałam prosto do domu (Wy też się cieszycie, że będą nowe, lśniące szyny na Teatralce?), podsłuchałam, a wraz ze mną podsłuchał cały wagon zmordowanych licznymi przesiadkami pasażerów, taką oto rozmowę.

Mały Chłopiec w Okularach Obwieszony Niemożliwą Ilością Toreb: One chodzą już do przedszkola?

Pulchna Kobieta w Średnim Wieku Oblepiona Dwiema Córkami: Tylko jedna. Druga jest jeszcze za mała. [na oko jakieś 3,5 roku]

MCOONIT: Moja siostra ma dwa i pół roku i już chodzi do przedszkola.

PKŚWODC: [niepostrzeżenie zmieniając temat] A ty, w której jesteś klasie?

MCOONIT: W piątej.

PKŚWODC: [licząc na koniec rozmowy] Ooo, to już długo się uczysz.

MCOONIT: [rezolutnie, z lekkim zaskoczeniem tak łatwym zwycięstwem] Pięć lat. Ale na fortepianie gram od sześciu lat a na skrzypcach od pięciu.

PKŚWODC: [wymownie milczy]

MCOONIT: [pełen zapału] A wie pani, że naukowcy wynaleźli ostatnimi czasy lalki na pilota?

PKŚWODC: Aha.

MCOONIT: [nie zrażony, do dziewczynek] Lubicie się bawić lalkami?

Starsza Córka: [chowa głowę mamie pod pachę]

Młodsza Córka: [uradowana, że wreszcie pojmuje w czym rzecz] Lalti! My mamy lalti! Mają czełwone sukienki i rózowe…[rozmarza się]

MCOONIT: Słucham?

PKŚWODC: [czując się w obowiązku wyjaśnić] Mają lalki.

MCOONIT: [głosem znawcy] Ona ma trochę problemy z wymową. No ale jest jeszcze mała, ma prawo. Powiedz „K”!

MC: „T”!

MCOONIT: A powiedz „Rrrrrrrrr”!

PKŚWODC: [oburzona] „R” to ona wymawia!

MCOONIT: Może tak, ale czasem rozmazane, tak jak w niektórych słowach w języku angielskim.

PKŚWODC: [ milczy ostentacyjnie]

MCOONIT: Te lalki mają taki tradycyjny wygląd… Lubicie takie tradycyjne lalki czy takie nowoczesne?

MC, SC: ???

MCOONIT: To znaczy takie, jak kiedyś się panie ubierały? Bo wie pani, te lalki są takie tradycyjne. A teraz są takie…Monster i coś tam, nie pamiętam. I one prowadzą, wie pani…[ściszając głos] Do szatana! Tak samo jak Hello Kitty.

PKŚWODC: [udaje, że jej nie ma]

MCOONIT: A macie braciszka?

MC: Jak będziemy grzeczne, to będziemy go mieć!

Cały Tramwaj Postronnych Obserwatorów: [ogólny wybuch wesołości]

PKŚWODC: [oblewa się pąsem i śmieje się półgębkiem]

Good night and good luck!

tramwaj dokądś indziej niż planowałam

Wsiadłam do tramwaju i zaczęłam nieporadnie gmerać w torebce w poszukiwaniu biletu. Jakby znikąd pojawił się tuż przy mnie elegancko ubrany młody mężczyzna i powiedział: „Dzień dobry!”. O Boże, kanar! – Przemknęło mi przez głowę. Ale mężczyzna zamiast dodać standardowe „Bileciki do kontroli” stał i uporczywie się we mnie wpatrywał. I nagle rozpoznałam te oczy, oczy dawno nie widzianego znajomego, przyjaznej duszy z innego życia, o całe eony stąd. „Cześć! Cześć! Czeeść!” – Powtarzałam w kółko całkiem głupkowato kiedy go uściskałam na powitanie, jak zawsze. Wydał się speszony tym gestem.

Usiedliśmy razem i zaczęliśmy rozmawiać. Okazało się, że pracował tu i tam, w zawodach zupełnie nie związanych z dyrygenturą, którą studiował. Pracował fizycznie, łapał co się dało w skandalicznych godzinach pracy, za śmieszne pieniądze. Był jakiś zgaszony, nieswój. Jego uśmiech był cieniem uśmiechu, ręce wciąż poszukiwały nerwowo zajęcia.

Zrozumiałam jak bardzo już się nie znamy, jak wiele się wydarzyło w jego życiu rzeczy, o których nie mam pojęcia i vice versa. Zatęskniłam za zwariowanym, pełnym pomysłów młodym artystą, sypiącym dowcipami, z błyskiem w oku. Powiedział, że wyjeżdża za granicę, że to jego przystanek i że wysiada. Zdążyłam tylko powiedzieć: „Powodzenia!”, i już go nie było. Powodzenia w dalszym życiu! Niech Ci się ułoży! Niech Ci przywróci blask w oczach i szeroki, szczery uśmiech! Czy można to wszystko zawrzeć w jednym słowie, „powodzenia”?

Wszystkim, którzy czytają te słowa życzę powodzenia na dziś, na jutro i na całą resztę.

togetherness

Jak wspaniale jest obudzić się obok męża, który nie pognał do pracy całując mnie w przelocie na pożegnanie, ale jest: oddychający głęboko, ciepły, zaspany! Jak miło zjeść z nim śniadanie! Zazwyczaj jadam śniadania z Jandą, ale w weekendy rezygnuję z jej towarzystwa na rzecz T. Rzecz jasna nie jadam z Jandą osobiście, po prostu jej książki dotrzymują mi towarzystwa przy jedzeniu.
Ostatnio przeczytałam „www.@.pl”, teraz zaczytuję się „Różowymi tabletkami na uspokojenie” i śmieję się w głos do pustych (jeszcze) ścian, zadziwionych, że ktoś im tak brutalnie przerywa codzienną ciszę poranną. Uwielbiam poczucie humoru tej kobiety–zjawiska, jaką Janda niewątpliwie jest. Potrzeba nam więcej takich kreatywnych, pracowitych ludzi w teatrze i telewizji! Doprawdy, sądzę, że dość już ludzi znanych z tego, że są znani. Przydałaby się jeszcze odrobina talentu i coś do powiedzenia. Obawiam się, że zdanie to nie jest specjalnie popularne, stąd też, w akcie protestu przeciw płyciźnie intelektualnej oferowanej na szklanym ekranie, nie posiadam telewizora.
Ale zupełnie nie o tym dzisiaj chciałam…Chciałam powiedzieć, że zapakowaliśmy się z T. i naszymi zamerykanizowanymi muffinkami (które, nota bene, wyszły znakomicie i musiałam je ratować przed apetytem męża, żeby coś zostało na dziś – przepis wzięłam ze strony kwestiasmaku.com, polecam!) do staruszka poloneza i ruszyliśmy do znajomych, którym zaledwie 3 miesiące temu urodziło się dziecko. Posiedzieliśmy, porozmawialiśmy o naszych polskich biedach i radościach, pośmialiśmy się wspólnie, pomartwiliśmy się, a nade wszystko ponadziwialiśmy się jaki to ten nowy człowiek jest mały, a już doskonały w każdym detalu! Jaki nowy, nietknięty, świeży!
I tak sobie pomyślałam, że za mało mi takich spotkań, za mało rozmów i przyjaźnienia się z ludźmi. Każdy gdzieś goni, coś ściga – albo mu się wydaje, że ściga, albo mu się wydaje, że coś…
Tak czy inaczej, w dobie powszechnego dostępu do telefonu (lub, jak się coraz częściej zdarza, kilku telefonów komórkowych) i internetu, kiedy tak łatwo byłoby się umówić, okazuje się, że najczęściej życie społeczne sprowadza się do, cytując klasyka: „obczajenia na fejsie” co tam słychać u znajomych. Rozgrzeszamy się z lenistwa składając raz na jakiś czas deklarację o chęci umówienia się, po czym następuje odrzucenie każdej proponowanej daty jako już zajętej. Zarazem, mnóstwo ludzi odczuwa samotność i odrzucenie. Skandal.
W odruchu buntu, który najwyraźniej jest u mnie równie wrodzony, co nieuchronny, nie mam konta na żadnym portalu społecznościowym. Zamiast tego spotykam z ludźmi najprawdziwiej i najczęściej jak mogę. Podtrzymuję przyjaźnie. Stąd mój dzisiejszy, z serca płynący, postulat:
Przyjaźnijmy się z rodziną i znajomymi! Przecież nie będą żyć wiecznie!

PS. À propos wczorajszego wpisu: przypomniały mi się wszystkie dźwięki, których miałam okazję poprzez okres studiów doświadczyć jako lokatorka różnych zakątków Poznania. Bywały to doświadczenia zabawne, żenujące, a czasem nawet mrożące krew w żyłach. Pod natchnieniem ogromnej frustracji znakomitą akustyką bloków postkomunistycznych popełniłam taki oto utwór, (może poprawi Wam nastrój):

„Poprzez mury brzmi ten głos”

Choć ci obca
moja twarz
brzmienie mego głosu –
znasz.

Obojętnie
minę cię na ulicy,
ale wiem
jak twoja kochanka krzyczy.

Chciej powiedzieć –
czy nie czujesz?
Przymusowo, acz życzliwie,
ktoś cię z góry obserwuje
i się śmieje dobrotliwie.

Twe westchnienia –
zamyślone,
słowa –
co na wiatr rzucone,
to, że śpiewasz przy goleniu,
czasem mlaskasz przy jedzeniu,
trzaskasz drzwiami, wpadasz w amok –

wiem, rozumiem, mam tak samo!

Więc, gdy mijasz mnie na klatce,
ukłońże się raz sąsiadce!

A oto nasze wypieki! Na pierwszym zdjęciu rosną sobie w piekarniku, a na drugim poprosiłam T., żeby zrobił coś kreatywnego z babkami.

rosną, rosną!

T. robi coś kreatywnego z babkami