La célébration

Ubiegła sobota, około 9:00. Łóżko. Leżę sparaliżowana strachem i uświadamiam sobie, że to dzień ostatnich egzaminów ustnych.

ja: Boję się. Nigdzie nie idę. Przecież ja nic nie umiem. Wszystko się teraz wyda. Wyśmieją mnie. Rozczarują się. Nie mam siły. Jest za gorąco. Nie nadaję się do tego. Nie mam po co w ogóle iść!

mąż: Dałaś radę dwa lata chodzić na tą uczelnię. Dostałaś się do wymagającej grupy.

ja: I byłam w niej najgorsza!

mąż: Lepiej być najgorszym wśród najlepszych, niż najlepszym wśród najgorszych. Poza tym jesteś w dziewiątym miesiącu ciąży. W tym semestrze nie opuściłaś ani jednych zajęć. Dużo się nauczyłaś?

ja (niechętnie): Dużo…

mąż: Sama widzisz! Ty już swój sukces osiągnęłaś! Dzisiejszy dzień to tylko… Przypieczętowanie tego. Jak zdasz – to świetnie, jak nie – to nic się nie stanie. Dla mnie jesteś najlepsza i będę z Ciebie dumny. Nie ważne jak Ci pójdzie.  Po prostu idź tam, zrób to i wracaj do domu.

***

Zdałam wszystkie egzaminy ustne jako jedyna z grupy. Bardzo dziękuję za wszystkie dobre życzenia i wsparcie psychiczne, które otrzymałam. Chciałabym jednak zaznaczyć, że jest to sukces zespołowy. Nigdy nie udałoby mi się tego osiągnąć gdyby nie mój kochany mąż, który robił mi śniadania na uczelnię, podwoził mnie na zajęcia, zajmował się w weekendy naszym synkiem, ani razu nie narzekał na moją ciągłą naukę i brak czasu, motywował mnie, a na ostatni egzamin niemal wypchnął mnie siłą z domu.

Zaczynamy wakacje!

La folie!

Donoszę co następuje:

Jedno dziecię dostało się do przedszkola i trzeba teraz chodzić na spotkania informacyjne i zajęcia integracyjne. Poza tym jutro pierwszy występ w klubie malucha z okazji Dnia Matki i Dnia Ojca, więc oczywiście mąż wziął w pracy wolne i idziemy w pełnym składzie podziwiać dwie piosenki i jeden wierszyk.

Drugie dziecię wkrótce się pojawi po tej stronie brzucha, więc torba do szpitala spakowana, wyprawka kupiona, robię ostatnie badania, ćwiczę oddychanie i usiłuję uzgodnić coś z położną, która odbiera w międzyczasie porody na szpitalnym korytarzu.

Sesja egzaminacyjna trwa, jak dotąd najprawdopodobniej wszystko zdane. Nie mogę uwierzyć, że po dwóch latach studiów będę miała znów do dyspozycji wszystkie weekendy! Pertraktuję z maluchem w brzuchu, żeby spokojnie jeszcze poczekał z narodzinami do wyznaczonego terminu i pozwolił mi zakończyć studia, a następnie wyprawić naszemu starszakowi urodziny. No tak, i usiłuję się uczyć w wolnych chwilach. Trzymajcie kciuki za ostatni egzamin w najbliższą sobotę!

Jak skończy się to całe szaleństwo i odzyskam swoje życie, blog wróci na listę priorytetów, wraz z grą na gitarze, urządzaniem balkonu i nauką języka migowego.

A jak Wam mija tydzień?

Faire la java

źródło: https://memesuper.com

źródło: https://memesuper.com

Co za deszczowa pogoda! Mam nadzieję, że komuś przydała się moja inspiracja z wyjściem do palmiarni :-) My dzisiaj zaliczyliśmy konkurs skoków przez kałuże, ale że nie samym matkowaniem żyje człowiek, teraz coś z zupełnie innej beczki.

Od prawie dwóch lat jestem – jak to się profesjonalnie nazywa – słuchaczem studiów podyplomowych, chociaż lubię się uważać za studentkę, bo od samego słuchania egzaminów się nie zdaje ;-) . Zwłaszcza ten drugi rok jest dla mnie trudny, ze względu na ciążę, która rozpoczęła się niemal równocześnie z rokiem akademickim. Zajęcia odbywają się prawie w każdy weekend (do wakacji mam jeszcze 2 wolne: Wielkanoc i długi weekend majowy, ale tylko dlatego, że go wcześniej odpracowaliśmy!).

W związku z tym, nie raz, i nie dwa, przechodziłam ciężkie chwile, wstając w kolejną sobotę rano z porannymi mdłościami. Albo w kolejny piątek, przygotowując się do zajęć ze świadomością, że moje koleżanki-mamy szykują się na rodzinne wycieczki, wspólne pieczenie ciasteczek, wizytę rodziców, czy babski wypad do centrum miasta. A jednak, pomimo wszystkich niewygód i niedogodności, zachęcam wszystkie mamy do studiowania i rozwijania swoich pasji. Śpieszę z wyjaśnieniem dlaczego.

Dumna mama dumnych dzieci

Nie chcę być tyko dumną mamą swoich dzieci. Chcę, żeby także dzieci mogły być dumne ze mnie. Pragnę imponować im swoją wiedzą i umiejętnościami nie tylko gdy mają rok, dwa czy trzy lata – umówmy się, to nie aż takie trudne – ale także jako nastolatkom (czy to w ogóle możliwe?), a potem dorosłym ludziom. Dzieci stanowią niesamowitą inspirację i motywację do rozwoju, a tylko rozwijający się rodzic może zainspirować i zmotywować swoje dzieci – koło się zamyka. Czy może raczej: spirala się nakręca. Koniec końców, po to wychowuje się dzieci, żeby w końcu opuściły dom rodzinny – a co wtedy ze mną?

Więcej znaczy…więcej

Moje zdolności organizacji pracy znacząco wzrosły od kiedy muszę żonglować większą liczbą obowiązków. Stałam się mistrzynią wykrawania i wykorzystywania najkrótszych odcinków czasu: W. wchodzi do klubu malucha i – czas, start! – cała godzina na sprawdzanie notatek z ostatnich zajęć i powtórkę materiału. Akurat ładnie się bawi i nie potrzebuje mojego udziału? Jest z tatą? Sami-wiecie-czym się zajmuję. Ma drzemkę? No dobra, przyznaję, w trzecim trymestrze ciąży nie daję rady i drzemkę akurat mamy razem :-D . A jeśli nie zdążę popracować w ciągu dnia, zawsze pozostaje wieczór (i noc), albo chociaż leżąc już w łóżku, mogę posłuchać przed zaśnięciem nagrań wykładów z internetu.

Odrębną kwestią jest fakt, że dzięki mojemu „podwójnemu życiu” staję się lepszą mamą. Zazwyczaj hołduję zasadzie, że mniej znaczy więcej. W tym przypadku jest jednak odwrotnie. Podczas nauki zyskuję dystans do spraw domowych i mogę zatęsknić za synkiem i życiem domowym. Z drugiej strony moja rodzina ma okazję docenić moją codzienną mrówczą pracę, kiedy zostaje pozbawiona jej efektów i musi radzić sobie sama.

Szersze horyzonty

Jestem pełna podziwu dla kobiet (a właściwie przy obecnym, stale rosnącym równouprawnieniu, powinnam pewnie napisać: osób), które z radością pozostają w domu i poświęcają się dla dobra swojej rodziny. Jednocześnie mam świadomość, że ja i wiele innych osób tak nie potrafi – potrzebują tego równie nieokreślonego, co absolutnie niezbędnego „czegoś jeszcze”. Wartością płynącą ze studiów, prócz samej nauki oczywiście, jest poznawanie interesujących ludzi, którzy nie mówią nieustannie o dzieciach (sic!) i możliwość poszerzenia swojej wiedzy z wielu różnych dziedzin, niekoniecznie stricte związanych ze studiami.

Ostatnio właśnie z grupą takich energicznych, błyskotliwych towarzyszy wybrałam się do knajpy świętować swoje urodziny. Cudownie było znów zobaczyć centrum Poznania po zmroku! Poczuć tę rozluźnioną atmosferę sobotniego wieczoru w pubie z przyjaciółmi (naturalnie w moim przypadku tylko przy soczku, nie wpłynęło to jednak w najmniejszym stopniu na moje poczucie upojenia chwilą)!

Co prawda musiałam stanowić dość egzotyczny widok, bo choć szukając odpowiedniego miejsca odwiedziliśmy kilka zatłoczonych lokali, nigdzie nie spotkałam innej kobiety w zaawansowanej ciąży. W jednym z barów, zaraz przy wejściu, kolega nawet oświadczył, że wychodzimy, bo od samych oparów moje dziecko dostanie FAS ;-) . Moim zdaniem warto wychodzić w ciąży do ludzi, bo po porodzie staje się to na dłuższy czas znacznie trudniejsze, o ile nie niemożliwe.

Z drugiej strony, w naszej paczce byłam nie tylko jedyną ciężarną, i jedyną mamą, ale także jedyną mężatką – może więc jest w tym coś więcej i należę do mniejszości w społeczeństwie, zepchniętej na kanapowy margines? Dziewczyny, nie dajcie się! Ciąża to nie choroba, a macierzyństwo to nie koniec życia towarzyskiego! Nałóżcie na twarz barwy wojenne i noc jest Wasza! A że kondycja już nie ta, co na studiach, i będzie to trzeba odespać… Co to ja pisałam o drzemce?

PS Szukając ilustracji do tego wpisu,przeglądałam w google obrazy do haseł: „pregnant and happy” (same ciężarne na tle natury), „active pregnant” (ciężarne biegną na tle natury) i „pregnant night out” (jakiś koszmar, spocone ciężarne w zbyt obcisłych sukienkach z za dużymi dekoltami). Poddałam się. Może społeczeństwo jednak chce nas na kanapowym (lub leśnym) marginesie?

études post diplôme

Woman With Baby Working From Home

Praktycznie każdy weekend spędzam na uczelni, w tygodniu zajmuję się synkiem, domem – i nauką, oczywiście. Jak wyglądają studia podyplomowe w wydaniu „młoda mama”?

Codziennie kąpiemy W. wspólnie z mężem o 19.00. Sobota wieczór, padnięta po całym dniu na uczelni pędzę na przystanek tramwajowy – niestety tylko po to, żeby zobaczyć mój odjeżdżający tramwaj. Rzut oka na zegarek upewnia mnie, że tego dnia nie zdążę już zobaczyć się ze swoim dzieckiem. Dzwonię do T.

-Hej, nie zdążę dojechać na kąpiel. Daj mi W. do słuchawki.

-MaMa! MaMa!

-Cześć kochanie, mama wróci dzisiaj późno, więc tata położy Cię spać. Bądź grzeczny i śpij dobrze.

-Ho! Ham! Sie!

-Ja też Cię kocham, Maluszku. Bardzo za Tobą tęsknię. Zobaczymy się jutro rano.

-Ho! Ham! Sie!

-Kocham Cię, kocham. Papa!

-PaPa!

Następnego dnia rano wychodzę z domu z ciężkim sercem przy akompaniamencie płaczu synka, który dopiero się obudził, a już musiał się ze mną pożegnać. Oby te studia były tego warte.

numéro deux

W dniu egzaminu poznałam A.N.

A.N. jest bardzo inteligentną młodą dziewczyną, znakomitą rozmówczynią ze świetnym poczuciem humoru. Czekając przed salą egzaminacyjną szybko nawiązałyśmy kontakt. Ładna, elegancko ubrana, z dobrze dobranym makijażem. Ale to nie jej uroda, i nie jej elokwencja przyciągały uwagę w pierwszej chwili. Tą szczególną cechą była… Normalność? Bezpośredniość? Śmiałość? Odwaga? Szukam odpowiedniego słowa i nie znajduję. Rzecz w tym, że moja nowa znajoma jeździ na wózku inwalidzkim, a jej ciało jest w znacznej mierze zniekształcone. W zasadzie ma w pełni sprawną tylko jedną rękę. Tyle, że ona nic sobie z tego nie robi.

Skończyła studia, teraz podeszła do egzaminu na studia podyplomowe. Pracuje w kilku różnych miejscach. Niedawno otworzyła agencję zajmującą się szkoleniami, np. szkoleniem dla firm z obsługi klienta niepełnosprawnego. Podróżuje. Jest otwarta na ludzi. Ma w sobie mnóstwo energii i radości.

W przerwie pomiędzy egzaminem pisemnym a ustnym wybrałyśmy się do pobliskiego sklepu. Po drodze potrójne przejście dla pieszych. Kiedy byłyśmy jeszcze w pewnej odległości od niego, zapaliły się zielone światła.

-Zdążymy? – Zapytałam niepewnie.

-Pewnie, że zdążymy! – Odparła A.N. rozbawionym głosem, po czym przyśpieszyła do takiego tempa, że ledwo za nią nadążyłam.

Kiedy dotarłyśmy do sklepu natknęłyśmy się jednak na prowadzące do niego dwa wysokie schody. A.N. uśmiechnęła się z wdziękiem.

-Zaczekam na Ciebie tutaj.

To chyba zrobiło na mnie największe wrażenie. Ani słowa narzekania czy protestu. Właściwie przez cały czas naszego spotkania ani razu nie odniosła się do swojej niepełnosprawności, do utrudnień (czy też braku ułatwień) jakie w swoim życiu napotyka. Raz jeden, kiedy oddała swoją pracę pisemną, poprosiła wykładowczynię o otwarcie drzwi do sali, żeby mogła wyjść. W jej głosie nie było ani cienia irytacji czy ponaglenia, a przecież ktoś mógł się domyślić, że sama sobie tych drzwi nie da rady otworzyć.

Kiedy się rozstawałyśmy na przystanku tramwajowym miałam ochotę ją uściskać. Powiedzieć jej, że jest niespotykanie piękną osobą. Że jest taka dzielna. Ale zdałam sobie sprawę, że gdyby była zdrową, nowo poznaną osobą nigdy nie zdecydowałabym się na takie słowa. A ona wkładała tyle pracy w to, żeby postrzegać ją normalnie, na równi z innymi. Moje słowa w jednej chwili zburzyłyby ten obraz. Uśmiechnęłam się więc tylko najbardziej serdecznie jak umiałam i wyraziłam nadzieję, że spotkamy się wkrótce na studiach.

W drodze powrotnej do domu karciłam się w duchu za każdą chwilę użalania się nad sobą.

Poire Williams…

…czyli rzecz o gruszce i o butelce.

W swojej karierze czytelniczej miałam okres ogromnej fascynacji pisarstwem Williama Whartona. Wstrząsnęły mną do głębi „Niezawinione śmierci”, duże wrażenie zrobił na mnie „Tato”, ale to pełni czaru „Spóźnieni kochankowie” wpłynęli na moją rzeczywistość.

Rzecz dzieje się w 1975 roku, w Paryżu, gdzie pewien, niemłody już i boleśnie doświadczony przez życie, malarz spotyka jeszcze bardziej posuniętą w latach, niewidomą damę. Nietypowa przyjaźń mężczyzny zanurzonego do głębi w świecie barw i kształtów, z kobietą pogrążoną w całkowitych ciemnościach, prowadzi do wydarzeń, które zaskakują ich oboje (a wraz z nimi czytelnika).

Dla mnie wartością dodaną powieści Whartona jest fakt, że udało mi się zarazić moim oczarowaniem tatę, tak, że wypożyczoną z biblioteki książkę, czytałam najpierw ja, potem tata, a z czasem nawet podbieraliśmy sobie nawzajem książki w trakcie czytania.

No dobrze, ale jaki związek z życiem młodej mężatki spodziewającej się dziecka może mieć historia podstarzałej pary artystów? Śpieszę z wyjaśnieniem. Otóż, w historii cyklicznie przewija się motyw degustacji luksusowego alkoholu „Poire Williams”. Są to chwile pełne zmysłowej przyjemności, począwszy od bogatego bukietu, poprzez wyrafinowany smak napoju, po intelektualną dyskusję, która mu nieodłącznie towarzyszy. Autor posuwa się nawet do szczegółowego opisu procedury powstawania tego specyficznego rodzaju brandy: na zapylone kwiaty gruszy nakłada się butelki, gruszki dojrzewają wewnątrz butelek, po czym w porze zbiorów są zrywane i zalewane alkoholem.

Nigdy wcześniej nie słyszałam o czymś podobnym, a jako duszy sentymentalnej wydało mi się to szalenie romantyczne: oto gruszka, która nigdy nie zetknęła się ze światem spoza butelki, wyrosła tylko po to, by dać przyjemność konsumentowi trunku. Oczywiście, że musiałam tego spróbować!

Będąc wówczas na drugim roku studiów postanowiłam, że za pierwszą pensję z prawdziwego zdarzenia (tj. na umowę o pracę, a nie dorywcze zajęcia, które miałam już na swoim koncie) kupię butelkę owego romantycznego napitku i poczęstuję wszystkich znajomych.

Jak postanowiłam, tak też zrobiłam. Trzy lata później za pierwszą pensję – choć nie wiem czy jej wysokość uzasadnia określenie „z prawdziwego zdarzenia” – nabyłam za niemałą cenę elegancką butelkę „Poire Williams” z upragnioną gruszką w środku. Swoją „premierę” miała ona wśród znajomych zgromadzonych rok temu na moich urodzinach.

Nigdy w życiu nie próbowałam niczego tak paskudnego! Aromat, owszem, rewelacyjny, ale smak… Smak sprawił, że wszyscy natychmiast poprosili o lód i sok do rozcieńczenia. Zapewne dla kogoś o bardziej wyrobionym guście byłoby to barbarzyństwo, my natomiast najzwyczajniej w świecie zrobiliśmy sobie drinki z „Poire Williams”. Najlepszym dowodem na walory smakowe owego ekskluzywnego alkoholu niech będzie fakt, że mimo częstowania nim każdego gościa, który nas odwiedzał, butelka została opróżniona dopiero w moje kolejne urodziny, w tym roku (ja oczywiście miałam wymówkę, gdyż od ośmiu miesięcy jestem zupełną abstynentką). Może powinnam dodać, że oboje z mężem pijemy niewiele i nie znamy się na wyszukanych alkoholach. Jednak komentarze bardziej „zaprawionych w boju” znajomych brzmiały zgodnie: to była najgorsza inwestycja w moim życiu.

Mimo wszystko nie żałuję tego zakupu. Po pierwsze, pozostałam wierna młodzieńczym porywom ducha. Po drugie, gdy trzeba było rozstrzygnąć dalsze losy gruszki, wreszcie zrozumiałam w pełni znaczenie owej metafory w powieści Whartona. Zasadniczo są dwie możliwości: można albo zachować elegancką butelkę, niszcząc przy tym gruszkę, albo zbić butelkę, by po raz pierwszy uwolnić owoc (choć mogą w nim utkwić kawałki szkła). Na jednej z półek w mojej kuchni stoi bardzo kształtna, pusta butelka. A mi jakoś dziwnie żal, że jej nie potłukłam.

Alma Mater II

Hmm…ciekawe dlaczego? Schemat z kwejk.pl

Przyznaję, przerwa była dość długa – ale jak najbardziej uzasadniona. Otóż, jestem (po raz kolejny już) studentką! Pogodzenie zajęć z pracą nie należy do najłatwiejszych, ale spokojnie – pracuję nad tym. Ze względu na najnowsze wydarzenia dziś wpis uczelniany.

Siedząc w sali chłonęłam chciwie atmosferę akademickiej dysputy, jakże odmiennej od moich codziennych doświadczeń zawodowych. Ze zdziwieniem i lekkim rozbawieniem dostrzegałam jak niewiele uległo zmianie w ciągu roku od kiedy odebrałam dyplom. Doktor Showman, jak go nazwałam na użytek prywatny, przepięknie poprowadził wykład pełen pasji, skrzący się wręcz dowcipnymi puentami. Pojawił się również nieśmiały doktorant, zawstydzony faktem, że nie zna odpowiedzi na wszystkie pytania. Nie zabrakło i prymusa z piątego roku, zupełnie pozbawionego doświadczenia zawodowego, a już niezbicie przekonanego o swojej ogromnej wartości, ponieważ ma same piątki.

Niebywałe z jaką łatwością można dostrzec w pełnym świetle tak wiele detali, gdy tylko nabierze się odpowiedniego dystansu. Nie irytował mnie prymus. Nie czułam się onieśmielona pretensjonalnym tonem wypowiedzi studentów, którym się wydaje, że posługując się nim, automatycznie mówią mądrzejsze rzeczy. Rozczuliło mnie to całe doświadczenie zupełnie jakbym wróciła do domu, a jednocześnie była o całe miliony mil za daleko, żeby mogło mnie to tak naprawdę dotknąć.

W związku z powrotem do studenckiego życia odbyłam parę rozmów dotyczących edukacji wyższej w Polsce. Przebijało z nich rozczarowanie. Rozczarowanie faktem, że tytuł magistra nie stanowi elitarnej nobilitacji, a tylko włączenie do większości społeczeństwa. Że nie pociąga za sobą niezbędnych na dzisiejszym rynku pracy kwalifikacji. Że uczelniana teoria nijak ma się do praktyki zawodowej. Że nadal mamy do czynienia z przedmiotami – zapychaczami, prowadzonymi przez ludzi, którzy dawno już powinni cieszyć się emeryturą w zaciszu domowym zamiast po raz strach-pomyśleć-który wyświetlać przezrocza z przestarzałą wiedzą zapisaną odręcznie chwiejnym pismem. Że kierunki takie jak socjologia, psychologia, pedagogika, politologia, ochrona środowiska, filozofia, turystyka itp. produkują w głównej mierze sfrustrowanych magistrów, którzy po pięciu latach studiów będą sprzedawać w sklepach, roznosić listy, i zastanawiać się co poszło nie tak – a nadal co roku prowadzony jest niemalejący nabór na wymienione kierunki.

Tych kilka zaledwie smutnych spostrzeżeń było oczywistych dla każdego z moich rozmówców. Jak to możliwe, że pracujący od lat na uczelniach dziekani oraz rektorzy nie dostrzegają problemu, lub, co gorsza, dostrzegają i nie uważają za stosowne reagować?

Na koniec mój szalenie buntowniczy postulat z lat studenckich:

„Kwiat młodzieży”

pozwalamy pięknym dniom

przeciekać między zacisniętymi kurczowo wykładami

zamiast na słońce

wystawiamy wymięte twarze na słowa

przegryzając cierpkie uwagi

za cynicznymi uśmieszkami

wychodzimy oświeceni

ale nie ogrzani

żołądki wypełnione kawą

włosy przesiąknięte papierosami

Alma Mater

No kochani! Wygląda na to, że znów wracam na studia! Rok temu zdobyłam tytuł magistra, pół roku temu ukończyłam studia podyplomowe, a tu trafia się taka okazja – studia podyplomowe finansowane przez UE w ramach programu Kapitał Ludzki – Człowiek Najlepsza Inwestycja!

EU I love U!

Ledwo co złożyłam dokumenty. Przy okazji odwiedziłam swoją Alma Mater. Nie do wiary jak bardzo silnie do miejsca przypisane są zakorzenione w nas odruchy oraz uczucia. Od progu nie mogłam opanować szerokiego uśmiechu. Chwyciła mnie za serce ta atmosfera akademickiej dysputy, ci młodzi, pełni nadziei ludzie, ich kreatywność, barwność, interkulturowość, otwartość, a nade wszystko radość, radość, radość!

Na myśl przyszły mi słowa wiersza Tadeusza Śliwiaka „Ta nasza młodość”:

Ta nasza młodość z kości i krwi
Ta nasza młodość co z czasu kpi
Co nie ustoi w miejscu zbyt długo
Ona co pierwszą jest potem drugą
Ta nasza młodość ten szczęsny czas
Ta para skrzydeł zwiniętych w nas

Ona jest wśród kamieni 
Rwącym światłem strumyka 
Wiewiórkami po drzewach 
Po gałęziach pomyka

Ona iskrą w kamieniu
Ona mlekiem w orzeszku 
Ona świata ciekawa 
Jak miedziany grosik w mieszku

Ona kwiatem we włosach
Octem w jabłkach jest pierwszych
Gorzką pianą na piwie 
W świata gwarnej oberży(…)

Druga moja myśl, znacznie mniej już wzniosła, brzmiała: byle tylko nie spotkać się przypadkiem z panią promotor! Jakie to może mieć teraz znaczenie? Praca dawno napisana, oddana, a nawet obroniona, a ja nadal w duchu czuję przerażenie na samo wyobrażenie spotkania z Bogu ducha winną panią profesor. Pewne rzeczy chyba pozostają w nas niezależnie od jakichkolwiek argumentów logicznych. Przyznaję ze wstydem, że, jak tylko o tym pomyślałam, przemknęłam chyłkiem korytarzem i czym prędzej opuściłam budynek. Tak na wszelki wypadek.

Dla wtajemniczonych: byłam dziś u pani S., ma się już całkiem dobrze, co objawia się tym, że podczas mojej wizyty ani na minutę nie dopuściła mnie do słowa. Miałam duży dylemat co do tego czy już do niej iść, czy też jeszcze nie. Dzwonić nie ma sensu, bo pani S. wszędzie ze sobą nosi przenośną słuchawkę telefonu, tylko po to, by w końcu zapomnieć o niej i pozostawić w najdalszym kącie mieszkania, skąd z pewnością nie usłyszy, że ktoś dzwoni. Wobec tego, gdybym zadzwoniła i nie byłoby jej jeszcze w mieszkaniu efekt byłby ten sam jak gdyby była i znów porzuciła słuchawkę z dala od swoich, niemłodych już, uszu. Dziś w końcu postanowiłam, że chyba powinna już wrócić i dojść do siebie na tyle, by przyjmować gości. Nie myliłam się. Od progu pytała, czy mam ochotę na ogórkową. Też pytanie!