Le chat

Idę przytulić starszego synka przed snem. Leży uśmiechnięty pośród pluszaków i oświadcza z zadowoleniem:

- Nie mam misia!

- O, rzeczywiście. A gdzie jest misiu?

- Jest w moim brzuszku! – Poklepuje się po wypukłości na klatce piersiowej. -Tak jak u mamy w brzuszku był nasz mały dzidziuś.

- Aha! I go urodzisz?

- I będziemy mieli małego misiaczka!

- A ty będziesz dla niego tatą?

- Nie, będę dla niego koteczkiem.

- Aha… A w takim razie dla mnie kim będziesz? – Pytam już skołowana. Syn patrzy na mnie niepokojąco uważnie, jakby miał do czynienia z niezbyt pojętnym słuchaczem, po czym stwierdza:

- Też koteczkiem.

- A, no tak. Jasne. Dobranoc synku!

- Dobranoc KOTECZKU!

études post diplôme

Woman With Baby Working From Home

Praktycznie każdy weekend spędzam na uczelni, w tygodniu zajmuję się synkiem, domem – i nauką, oczywiście. Jak wyglądają studia podyplomowe w wydaniu „młoda mama”?

Codziennie kąpiemy W. wspólnie z mężem o 19.00. Sobota wieczór, padnięta po całym dniu na uczelni pędzę na przystanek tramwajowy – niestety tylko po to, żeby zobaczyć mój odjeżdżający tramwaj. Rzut oka na zegarek upewnia mnie, że tego dnia nie zdążę już zobaczyć się ze swoim dzieckiem. Dzwonię do T.

-Hej, nie zdążę dojechać na kąpiel. Daj mi W. do słuchawki.

-MaMa! MaMa!

-Cześć kochanie, mama wróci dzisiaj późno, więc tata położy Cię spać. Bądź grzeczny i śpij dobrze.

-Ho! Ham! Sie!

-Ja też Cię kocham, Maluszku. Bardzo za Tobą tęsknię. Zobaczymy się jutro rano.

-Ho! Ham! Sie!

-Kocham Cię, kocham. Papa!

-PaPa!

Następnego dnia rano wychodzę z domu z ciężkim sercem przy akompaniamencie płaczu synka, który dopiero się obudził, a już musiał się ze mną pożegnać. Oby te studia były tego warte.

la matinée

tumblr_mau7j5NQrL1qzvsqto1_500

Noc po egzaminie: intensywne ząbkowanie.

Ranek po egzaminie wyglądał następująco:

-Nie mam siły. Ty go weź na nocniczek, a ja zaraz też wstanę.

Około pół godziny później z kuchni zaczynają do mnie dobiegać dźwięki przygotowań do śniadania.

-W., idź zawołać mamę na śniadanie.

Drep, drep, drep.

W. wchodzi do sypialni. Podchodzi z jednego krańca łóżka i łapie mnie za duży palec u nogi. Poruszam lekko palcem, co wywołuje serię chichotów. Synek przechodzi na drugi kraniec łóżka i ciągnie mnie za włosy. Odkrywa fragment kołdry. Odwracam głowę w jego kierunku i zostaję obsypana buziakami, a następnie W. pociera swoim nosem o mój (nowa umiejętność: „noski-eskimoski”!). Pomimo zmęczenia muszę przyznać, że dla tej chwili było warto słuchać tych wszystkich wrzasków w nocy. Otwieram jedno oko.

-MaMa! MaMa! – Skanduje moje uradowane dziecię. -Hand! Hand!

Posłusznie podaję mu rękę, za którą już po chwili prowadzi mnie do słonecznej kuchni. Kolejny poranek dodany do listy moich światłosekund.

Noël (l’interruption)

Kiedy piszę te słowa w domu roztacza się aromat gorącego piernika i igieł świerkowych, a W. szaleje na bujaczku w stroju małego renifera. Oczywiście w trakcie pieczenia ciasta zorientowałam się, że mam za mało mąki (dlaczego mąka zawsze kończy się akurat przed  świętami? czy nie ma jakiegoś prawa Murphy’ego, które dotyczy tej sprawy?). Sytuacja piernikowa została jednak uratowana mojego kochanego Męża, który popędził do osiedlowego sklepu, zaledwie jeden jedyny raz przypominając mi przedtem, że powinnam upewnić się czy mam wszystkie składniki ZANIM zabiorę się za pieczenie.

Choinkę ubraliśmy wbrew tradycji kilka dni przed Wigilią, ponieważ wybieramy się na święta do rodziny, a bardzo chcieliśmy nacieszyć się własnym drzewkiem – zwłaszcza, że byliśmy ciekawi reakcji Synka na ten okazały, kolorowy i błyszczący obiekt w domu. Spodziewaliśmy się ogromnego zainteresowania, okazało się jednak, że W. ma inne wyobrażenie na temat dużych, dziwnych i kłujących przedmiotów, niż nas dwoje. Początkowo pilnie obserwował nasze zabiegi przy strojeniu choinki, następnie to wyciągał rączki ku drzewku, to je cofał. W końcu strącił na siebie kilka kłujących igiełek, co przesądziło sprawę: wydał z siebie pełne oburzenia „UuuUUUuuuUU!!!” i od tej pory zupełnie ignoruje choinkę (ewentualnie rzuca jej podejrzliwe spojrzenia z ukosa).

Patrzę na mojego małego reniferka i myślę, że święta w dużej mierze przygotowuje się dla dzieci, ale też dzieci nadają naszym świętom nowy wymiar tajemniczości i niezwykłości (nie, nie użyję słowa „magia”, ponieważ są to święta religijne, a wbrew pragnieniom twórców reklam religia i magia nie idą w parze). To dla dzieci stajemy się mikołajami, szykujemy różne słodkie przysmaki, pakujemy prezenty w piękny kolorowy papier. Znamienne, że nawet ateiści pragną dla swoich dzieci doświadczenia tradycyjnych Świąt BOŻEGO Narodzenia. Jest to dla mnie swoista ciekawostka, podobnie jak stojąca przede mną w kolejce na poczcie kobieta, która po przejrzeniu dostępnych kartek bożonarodzeniowych westchnęła ciężko, że wszystkie mają motywy religijne.

Wypisujemy kartki drużynowo: ja wpisuję życzenia, mąż adresuje koperty. Ogarniam serdeczną myślą rodzinę i przyjaciół. Jak co roku piszę „wszelkich Łask Bożych” i zaczynam się zastanawiać co to mogą być konkretnie za łaski. Miłość? Bliscy wokół nas? Dziecko? Własny kąt? Praca? Zamykam oczy, wdycham zapach piernika i słucham jak T. przekomarza się w kuchni z naszym Synkiem. Czy nasze życie jest idealne? Zdecydowanie nie. Czy jest wypełnione Łaską? Zdecydowanie tak.

Pragnę złożyć także gorące życzenia wszystkim, którzy regularnie zaglądając na mojego bloga skutecznie motywują mnie do pisania.

Wesołych Świąt Karo, Agni, Aniu M., OaoA®, Mamo Okruszka!

Wesołych Świąt także dla tych, którzy nie pozostawiają komentarzy, ale czytają i czasem dają znać, że coś ich poruszyło lub zainteresowało (tak, Mamo, to także do Ciebie kieruję te słowa :-)). Życzę Wam wielu Łask Bożych, a także dostrzeżenia tysiąca tych Łask dnia codziennego, których doświadczanie tak bardzo nam spowszedniało, że uznajemy je za oczywistość. Niech nam Bóg błogosławi… I błogosławmy Boże Dary!

A żeby nie było zbyt patetycznie… Nie mogłam się powstrzymać. Jeśli święta, to musi być alternatywa dla lukru płynącego z radia!

Le réveil

Kto i po co wmówił ludziom bezbronność niemowląt?

Mój kochany pięcioipółmiesięczny Synek rozpoczyna dzień piskiem godnym średniej wielkości pterodaktyla. Dla jasności: jest to pisk radosny, acz rozdzierający uszy i docierający wprost do półprzytomnego jeszcze od snu umysłu. Wpatruję się z niedowierzaniem w te małe słodkie usteczka. Nie może być, żeby to one stanowiły źródło tak upiornych dźwięków! A jednak, może. Dźwięk powtarza się z częstotliwością świadczącą o wyraźnym upodobaniu malucha do jego produkcji.

Uparcie zaciskam powieki i liczę, że jeszcze kilka minut dane mi będzie poleżeć. Synek przystępuje więc do dalszych kroków mających na celu obudzenie mamy i zaczyna energicznie uderzać malutkimi dłońmi w moją twarz, od czasu do czasu chwytając mocno nos i policzki dla podkreślenia efektu.

Odsuwam się poza zasięg uparciucha. Wówczas to przysuwa się do mnie ruchem obrotowym i z impetem ląduje, nie taką znów delikatną, główką wprost na moim nosie. AUĆ. Widzę przed oczami wszystkie gwiazdy, a po chwili błogo uśmiechniętą pulchną twarzyczkę, która zdaje się mówić: „Ale fajna zabawa!”. Postanawiam wstać zanim odniosę jakieś poważniejsze uszkodzenia ciała.

Rozmasowując obolały od noszenia 9,5-kilogramowego tłuścioszka kręgosłup zastanawiam się kto tu tak naprawdę jest bezbronny.

Le film d’action

Mały W. zaczął na poważnie pracę nad wypowiadaniem swojego zdania. Objawia się to niekończącymi się monologami złożonymi głównie z gugu, gigu, guga, tudzież bardziej egzotycznych brzmień typu grrrrrrughiiiii, oraz całej gamy pisków o różnorodnej częstotliwości. Silnie nacechowana emocjonalnie treść owych wywodów jest dodatkowo akcentowana wymachami rąk i nóg oraz bogatą mimiką. Nareszcie! Po trzech i pół miesiąca słuchania moje dziecko postanowiło aktywnie włączać się do dyskusji. Uszczęśliwiona tym faktem, wielokrotnie usiłowałam uwiecznić jego wyczyny dla potomności, przy pomocy nagrania video.

Efektem tych działań jest niemała ilość kilkuminutowych nagrań przedstawiających mojego Synka, który tkwi znieruchomiały w jednej pozie z rozdziawioną buzią, i wielkimi oczyma wpatruje się prosto w kamerę. Żadnych dźwięków, oprócz moich daremnych zachęt do rozmowy (a nawet sfrustrowanych gu, gu w moim skromnym wykonaniu) nie zarejestrowano.

Jak spostrzegłam poniewczasie, podczas ostatniej próby na filmiku przed wyłączeniem skierowałam kamerę w kierunku lustra. Widać tam jak na dłoni kobietę z podkrążonymi oczami i w rozciągniętym swetrze, która wybucha histerycznym śmiechem, po czym z rozmachem opiera czoło o swoje znajdujące się na poręczy łóżeczka przedramię.

W. vs. mama – 1:0.

La mère

„Matka”

martwi się

1. że mu gorąco,

że mu zimno,

2. że tak jakoś dziwnie mruczy,

że tak jakoś dziwnie milczy,

3. że może dożyć dnia, w którym Słońce zgaśnie,

że może nie dożyć jutra – czy na pewno oddycha?

4. że za dużo je,

że nie ma apetytu,

5. że wciąż tak bardzo jej potrzebuje,

że z każdym dniem potrzebuje jej coraz mniej,

6. że wpadnie w złe towarzystwo,

że będzie samotny,

7. że rozwija się tak powoli,

że pewnego dnia przestanie za nim nadążać,

8. że wpadnie pod samochód, zadławi się cukierkiem, przeziębi się, rozbije kolana i go napadną,

9. że się nieszczęśliwie zakocha,

że zakocha się szczęśliwie i wyjedzie na drugi koniec świata,

10. że na każdych dziesięć zmartwień

spełnia się tylko jedno,

ale nigdy nie wiadomo które.

La berceuse

Od dnia narodzin Synka nasz dom zapełnił się wszelkiego rodzaju akcesoriami dla niemowląt. Bujaczki, huśtawki i maty edukacyjne hojnie ofiarowane przez rodzinę zapełniły nieomal całą wolną przestrzeń domową. Urządzenia te są dość proste w obsłudze, w myśl zasady „jeśli rozgryzłeś jedno, rozgryzłeś wszystkie”. Mimo to, producenci nie przewidzieli najwyraźniej opcji zmęczonego, niedospanego i zagubionego początkującego rodzica. Mała ilustracja:

Jest wieczór. Wreszcie udało mi się przechytrzyć (tak, tak – dobrze przeczytaliście – napisałam „przechytrzyć” w odniesieniu do dwumiesięcznego niemowlęcia!) W. i sprawić, żeby usnął. Wzięłam się na sposób i do ostatniego wieczornego karmienia kładę się z nim na łóżku, a kiedy przyśnie czekam jeszcze dziesięć minut aż się upewnię, że mocno zasnął. Wtedy, wstrzymując oddech, powolutku odsuwam się i wychodzę na paluszkach. Po około godzinie mogę spokojnie przełożyć dziecko do łóżeczka. Ta-da!

Właśnie udało mi się wykonać plan aż do punktu wyjścia z sypialni, kiedy nagle rozległo się gromkie „TRU-TU-TU-TU!” trąbki, po czym dołączyły do niej rytmiczne dźwięki skocznej piosenki. Znieruchomiałam, porażona strachem, że oto za chwilę usłyszę płacz. Zamiast niego usłyszałam jednak parę ostrych słów w wykonaniu Małżonka, po czym nastąpiły cztery różne przeraźliwie energetyczne melodyjki, a po nich niemniej głośne dźwięki lasu i szum morza, nim wreszcie zapadła błoga cisza.

Pełna obaw zajrzałam do sypialni – spokój i cisza. Zajrzałam do kuchni, a tam mąż w stanie przedzawałowym z niedowierzaniem wpatruje się w niewinnie wyglądające dziecięce siedzonko. Okazało się, że T. odkrył, iż w jednym z bujaczków W. pozostawiliśmy uruchomione wibracje. Usilne, gorączkowe próby ich wyłączenia stały się przyczyną powstałej kakofonii.

I niech teraz ktoś mi powie, że opieka nad dziećmi pozbawia szansy na mocne doznania…

La nuit

images

Noc. Pora strachu, duchów, maratonów filmowych, szalonych imprez… i pora karmienia. A dokładniej trzy, w porywach do pięciu pór karmienia – przynajmniej w naszym wypadku. No, chyba, że akurat W. nie może zasnąć. Wtedy noc przechodzi w zasadzie w jedną niekończącą się porę naprzemiennego karmienia, przewijania i noszenia. A że Synek waży już ponad 7 kg, jest co nosić.

Dość szybko zauważam, że nocą czas płynie inaczej. Po raz kolejny wyrwany ze snu organizm usiłuje nawiązać kontakt z rzeczywistością, i po raz kolejny ponosi porażkę. Zaspane powieki nie chcą się rozkleić. Czy to już jutro, czy jeszcze wczoraj? Wskazówki zegarka rozmazują się i tańczą przed półprzytomnymi oczami. Spoglądam i jest 24:00. Po chwili jest już 3:05. Myślę, że teraz to już z pewnością noszę W. co najmniej od dwudziestu minut – gdy sprawdzam upłynęły zaledwie dwie. Przemierzam mieszkanie wzdłuż i wszerz, czekając aż mu się w końcu odbije i będziemy mogli wracać do łóżek. Wyglądam przez okno. Widzę księżyc w nowiu. Wyglądam ponownie – jest pełnia.

Podczas tych samotnych godzin czuwania, przemierzając całe kilometry i (z pewnością!) wydeptując ścieżki na podłodze pogrążonych w mroku pokoi przytulam do siebie ciepłe, bezwładne ciałko dziecka. Czasem krzyczy wniebogłosy i się wyrywa. Innym razem oddycha miarowo na moją szyję, działając silniej niż jakikolwiek środek usypiający. Myślę sobie, że chyba już mu się odbiło, pewnie nie usłyszałam. Zasnął tak mocno, i chyba nawet mu się coś śni, bo się uśmiecha. Odkładam go do łóżeczka najdelikatniej jak potrafię. Kiedy tylko jego ciało styka się z materacem, natychmiast szeroko otwiera oczy i patrzy na mnie z wyrzutem, zupełnie trzeźwym spojrzeniem.

Zaczynamy od początku. Znów przewijanie. Znów karmienie. Znów noszenie. Patrzę na blok naprzeciwko, szukam jasnych okien jak iskierek nadziei. Nie tylko ja nie śpię. Przez te prawie dwa miesiące poznałam już mapę rozmieszczenia nocnych marków w okolicy. Może też mają małe dzieci? – zastanawiam się. Może lubią siedzieć do późna. Cierpią na bezsenność. Prowadzą ożywione życie towarzyskie i odwiedzają ich znajomi. Czytają wciągającą powieść, od której nie mogą się oderwać. Zakuwają po nocach do poprawki egzaminu. A może zwyczajnie zapomnieli zgasić światło. Nawet jeśli, i tak te zapalone światła dodają mi otuchy.

Czasem Synek zasypia natychmiast, i ja również mogę się wyspać. Choć, rzecz jasna, jest to zupełnie inne „wyspanie”, niż to, którego doświadczałam kiedyś. Po pełnych czterech godzinach niezakłóconego snu kręci mi się w głowie i muszę przez dłuższą chwilę zastanawiać się gdzie właściwie jestem.

Kiedy w swobodnej rozmowie szwagierka wspomniała lekko o przespaniu ciągiem ośmiu godzin, osłupiałam. Podczas gdy rozmowa potoczyła się dalej swoim torem, mój mózg nadal rozważał tą koncepcję. Osiem godzin… bez przerwy… Nie, w tym zdaniu musi kryć się jakiś błąd logiczny.

Parę minut po czwartej, po którymś karmieniu z kolei, odkładam wreszcie synka i wychodzę na balkon. Miasto leży u moich stóp. Ta chwila ciszy, zawieszenia między nocą a dniem, należy tylko do mnie. Moi dwaj mężczyźni chrapią w najlepsze w sypialni, zupełnie nieświadomi mojego małego zwycięstwa. Przetrwałam kolejną noc. Świętuję ten fakt sam na sam z Poznaniem i z kubkiem herbaty. Powietrze niesie jeszcze przyjemny chłód poranka, który wkrótce zmieni się w nieznośny upał. Nad dachami wschodzi słońce i odbija się w szybach budynków pomarańczowym blaskiem. Oddycham głęboko, pociągam ostatni łyk mocnej herbaty. Potem wślizguję się cichutko do łóżka i liczę jeszcze na jakąś godzinkę snu.