Mam ogromne szczęście: otaczają mnie dobrzy ludzie.

Od kiedy urodził się nasz drugi syn codziennie ktoś życzliwy się do mnie odzywa, chociażby po to, żeby powiedzieć „cześć” i życzyć mi dobrego dnia. Znajomi wpadają z zakupami, albo z obiadem. Młode mamy z sąsiedztwa pożyczają mi akcesoria niemowlęce i ciuszki. Po wpisie o pociętej kartce dostałam nowe kartki z gratulacjami i kwiaty. Zaskoczyło mnie to morze dobroci pośród którego się nagle znalazłam i właściwie czuję się zawstydzona, że nie doceniałam mojego otoczenia – i że może sama nie byłam aż tak dobrą przyjaciółką w potrzebie dla innych. Zawsze kiedy myślę, że już rozgryzłam tę ludzką zagadkę, wydarza się coś, co zupełnie mnie zaskakuje… I całe szczęście!

Le bonheur

Czym jest szczęście? Jak jednoznacznie stwierdzić, że ten człowiek jest, lub nie jest, szczęśliwy? Mądrzejsi ode mnie łamali sobie nad tym głowę jeszcze w starożytności.

Nie jeżdżę na zagraniczne wyprawy, nie robię kariery, nie mam milionów na koncie, ani sylwetki Anny Lewandowskiej (a to już przecież miesiąc po porodzie!). Co więcej, przez większość czasu jestem niewyspana, chodzę w dresach, bez makijażu, z włosami w nieładzie i usiłuję okiełznać noworodka z kolką oraz trzylatka z wielkim buntem, co nadaje moim oczom wyraz lekkiego szaleństwa.

Zdecydowanie nie jest to obraz współczesnej kobiety sukcesu. Pisząc te słowa, widzę słodko śpiącego maluszka, a z drugiego pokoju dobiega mnie głos męża, który czyta bajkę na dobranoc starszemu synkowi. I czuję jak na przekór mojemu dresowi, sterczącej w każdym kierunku czuprynie i plamom ulanego pokarmu na koszulce, wypełnia mnie szczęście.

Le rire

Po całym dniu zmagań z dwójką maluchów nadciąga wreszcie wieczór. Nasz przedszkolak, o ile nic się nie wydarzy, zostaje spacyfikowany aż do 6:00 następnego dnia, zaś noworodek… Cóż, powiedzmy, tymczasowo spacyfikowany. Może na pół godziny, a może nawet na dwie? Pomarzyć zawsze można.

Leżymy z mężem w łóżku i śmiejemy się do rozpuku z dowcipów w rodzaju tych, które się opowiada na koniec dobrej imprezy, kiedy nikomu już nie przeszkadza, że same w sobie są raczej średnio zabawne. Nie możemy robić hałasu, bo obok śpi maluszek – tym bardziej więc chce nam się śmiać. Jak wtedy, kiedy jest się dzieckiem w kościele, i im bardziej potępiające spojrzenia posyłają nam starsze panie ze swoich ławek, tym bardziej nie można opanować wybuchu wesołości. Chichoczemy jak opętani i ocieramy łzy z policzków.

Jesteśmy wykończeni, ale szczęśliwi.

Le balcon

Mój czas płynie teraz inaczej, więc też i historia, którą opowiadam nie będzie odtąd się toczyć linearnie.

Siedzę na balkonie skąpanym w promieniach popołudniowego słońca. Chłopiec tak mały, że można by go prawie trzymać w jednej dłoni, śpi spokojnie w wózku. Wzdłuż balkonu przechadza się jego starszy brat w kolorowych szortach i ze śmiechem prezentuje mi sposoby poruszania się różnych zwierząt. W oddali rozlegają się kościelne dzwony wzywające wiernych na mszę, i sama już nie wiem czy to mój skrajnie niewyspany umysł płata mi figle, czy rzeczywiście słyszę głęboki baryton nucący coś na kształt buddyjskich pieśni modlitewnych. Brzmi to pięknie i nierealnie.

Jestem mamą dwóch synków.

La beauté

Rozmawiałam niedawno z koleżanką ze studiów (w tym miejscu chciałabym bardzo podziękować całej braci studenckiej, która nieustannie do mnie dzwoni i sprawdza, „czy to już”, to bardzo miłe!), która stwierdziła, że dobrze się trzymam w ciąży. Odpowiedziałam jej bez ogródek, że gdybym była przed ciążą jakąś wielką pięknością – powiedzmy zawodową modelką, albo Miss Universe – z całą pewnością byłoby mi znacznie trudniej znosić wszystkie te zmiany. Tu mi puchnie, tam się rozciąga, w ubrania się nie mieszczę, czyli ciążowy standard. Ponieważ zawsze uważałam się za całkiem zwyczajną dziewczynę, przyjmuję tę metamorfozę z dużym dystansem i spokojem. Na pewno nie jestem zachwycona rozstępami, czy tak widoczną siecią żył, że mogłabym służyć jako żywy model anatomii, ale też nie mam zamiaru z ich powodu tracić dobrego nastroju. Koleżanka wyraźnie była zaskoczona takim tokiem rozumowania i podsumowała krótko:

„Ale sobie dowaliłaś!”

Nie uważam jednak wcale, żeby moje słowa były dla mnie w jakikolwiek sposób uwłaczające. Na świecie jest wiele oszołamiająco pięknych kobiet. Podejrzewam, że kobiet naprawdę szczęśliwych jest znacznie mniej. A moim celem jest właśnie być szczęśliwą.

Przeczytałam kiedyś (gdzie? kiedy? może ktoś z Was skojarzy ten cytat?), że nie ma nic smutniejszego niż widok starzejącej się piękności, która nigdy nie musiała ćwiczyć się w błyskotliwości, poczuciu humoru, czy elokwencji, żeby zwrócić na siebie uwagę otoczenia. Nagle traci swój największy atut i czuje, jak grunt usuwa jej się spod nóg.

Co prawda jestem w stanie wyobrazić sobie wiele smutniejszych widoków, chociażby głodujące dzieci, ale zgadzam się, że piękno jest w naszej kulturze przereklamowane. Wielka uroda to niczym niezasłużony prezent, który często w pewien sposób upośledza swojego posiadacza. Już małe dzieci bardzo szybko uczą się, że nierzadko wystarczy zrobić słodką minkę, żeby osiągnąć sukces. A jeśli ktoś przez długie lata funkcjonuje na tej zasadzie, trudno mu pogodzić się z faktem, że życie odciska na nas swój ślad, a czas pędzi nieubłaganie.

Czasem mam wrażenie, że ten cały pęd do zabiegów kosmetycznych, siłowni, SPA, zdrowej żywności, chirurgii plastycznej, itp. ma na celu dobrze nas zakonserwować do grobu. Tu się zaszpachluje, tam się wyklepie, i będziemy wszyscy jednakowi: gładcy i nijacy niczym lalki barbie. Przykro patrzeć na naciągnięte twarze celebrytów, którzy za wszelką cenę chcą pozostać nietknięci życiem, którym żyją.

„Starość to nie jest wiek dla smarkaczy”, stwierdza jedna z postaci w książce „Tato” Williama Warthona, i ja się z tym zgadzam.

La journée internationale de la femme

„Zwracaj twarz w kierunku słońca, a nigdy nie będziesz widział cienia.”

Helen Keller

Mam bardzo dobrą znajomą, która twierdzi, że nie znam życia. Że zawsze doszukuję się pozytywów tam, gdzie ich nie ma i widzę ludzi lepszymi niż są. Bo wokół rozwody, zdrady, przekręty, a ja uparcie trzymając się swojego pozytywnego myślenia, żyję w mydlanej bańce – pięknej, lecz kruchej.

Ale co ja mogę poradzić w słoneczne dni takie jak ten, kiedy zewsząd atakuje mnie ludzka życzliwość? Kierowcy zatrzymują się na pasach, żeby mnie przepuścić. Właściciele psów pozwalają je pogłaskać. Przypadkowe osoby w windzie i w kolejce wdają się ze mną w rozmowę. Dostaję życzenia z okazji Dnia Kobiet. Przed kwiaciarnią napotykam długą kolejkę mężczyzn pragnących obdarować swoje kobiety kwiatami. Kasjerka nie domaga się brakującego do rachunku grosika, twierdząc, że oddam przy okazji. Ludzie uśmiechają się. Ktoś przytrzymuje mi drzwi, żebym mogła przejść. Ktoś sam z siebie oferuje, że pomoże mi wnieść wózek do tramwaju. W powietrzu czuć wiosnę. Wszyscy mówią „kocham cię”… A nie, to akurat tytuł filmu ;-) .

Może to kwestia bycia z dzieckiem. Albo bycia w ciąży. Albo w ciąży i na dodatek z dzieckiem. A może ludzie po prostu są uprzejmi i mili, a my tego nie dostrzegamy, bo to jest „normalne”, a kiedy ktoś nas zmiesza z błotem to taka sytuacja zapada nam w pamięć na dłużej?

Inna moja dobra znajoma, siedząc uśmiechnięta ze śpiącym niemowlęciem w ramionach pośród kompletnego rozgardiaszu charakterystycznego dla domów, w których mieszkają dzieci, powiedziała lekko podniesionym głosem (ponad odgłosami pracy silnika samochodowego wydawanymi przez nasze pociechy): „Aż głupio coś takiego powiedzieć, ale jestem szczęśliwa. Jest w nas coś takiego, że jak to wypowiem, to może zaraz zniknie, albo ktoś usłyszy i… Prawda?”

Attachment parenting

its-been-lovely-but-i-have-to-scream-now-quote-1Promowanym współcześnie modelem rodzicielstwa jest tzw. „rodzicielstwo bliskości”, które w moim rozumieniu oznacza towarzyszenie dziecku na każdym etapie rozwoju, obserwowanie go i cieszenie się wyjątkowym czasem dzieciństwa bez oceniania, czy wywierania presji. O ile zgadzam się z większością założeń tej filozofii (polecam np. książkę „Dziecko z bliska” Agnieszki Stein), odnoszę wrażenie, że błędnie stawia ona dziecko i jego potrzeby w centrum życia rodziny.

We wspomnianej książce pada na przykład stwierdzenie, że jeśli po sytuacji konfliktowej dziecko się chce przytulić do rodzica, powinno mu się to umożliwić – w opozycji do bardziej konserwatywnego podejścia, w którym uznaje się takie postępowanie za wysyłanie sprzecznych sygnałów (skoro mama najpierw się gniewa a potem przytula, to dla dziecka nie jest jasne czy jego wcześniejsze zachowanie jest dopuszczalne czy nie). Kiedy przeczytałam te słowa przyszła do głowy pewna, nie tak znów bardzo oderwana od mojej codzienności, myśl: a co jeśli rodzic w takiej sytuacji NIE MA OCHOTY przytulić dziecka?

Wiem, wiem, głoszę herezję. Przecież dzieci są słodkie, urocze i zawsze mamy ochotę je tulić i całować. Nawet gdy wrzeszczą jak opętane, tupią nogami, rzucają przedmiotami i dają upust złości. W końcu są tylko dziećmi, czyż nie? Nie potrafią jeszcze kontrolować emocji. To my, dorośli, musimy je tego nauczyć.

Wszystko się zgadza, poza jednym małym faktem: dorośli nie są robotami i także mają emocje. A dziecko musi wiedzieć o tym, że nasze działania mają swoje konsekwencje. Nie mam tu na myśli systemu wymyślnych kar, ale rzeczywiste rezultaty, np. „rzuciłem zabawką, więc jest zepsuta” (nie kupujemy nowej zabawki i nie podkładamy jej w miejsce tej zniszczonej).

Na tej samej zasadzie prawo bytu ma stwierdzenie „uderzyłem mamę i jest jej smutno”. Uważam, że w takiej sytuacji rodzic ma prawo odmówić bliskości fizycznej. Że może powiedzieć zwyczajnie „jestem teraz smutna/ rozzłoszczona/ zdenerwowana, nie mam ochoty na przytulanie” i kilkulatek jest w stanie to przyjąć. Pewnie, że może mu się zrobić przykro. Jednak jest to autentyczne i jak najbardziej znajduje odzwierciedlenie w innych relacjach na dalszych etapach życia.

Rodzice borykają się obecnie z wieloma problemami, które dawniej nie istniały – a przynajmniej nie na taką skalę. Kiedyś kryteria bycia dobrym rodzicem były łatwiejsze do zweryfikowania: niepodziurawione ubranko, czyste uszy, pełen brzuszek, wytarty nos, rumiane policzki. Teraz poprzeczka poszybowała w górę: nasze dzieci mają być szczęśliwe, spełnione, rozwijać swój potencjał i realizować się na wielu płaszczyznach. Tylko jak do tego doprowadzić i jak to ocenić?

Dlatego sądzę, że warto czasem od tej całej bliskości się oddalić. Mówiąc wprost: zadbać o siebie. Pójść na wystawę, do kina, na spotkanie z przyjaciółmi. Rozwijać swoje pasje, studiować. A nawet będąc w domu powiedzieć czasami dziecku: „teraz mam chwilę dla siebie, pobaw się trochę sam”.

To akurat jest nowa umiejętność, którą posiadłam w drugiej ciąży ;-) .Wcześniej zdarzało mi się mówić podobne słowa wyłącznie gdy byłam zajęta jakimiś pracami domowymi (ewentualnie pod prysznicem). W przeciwnym wypadku czułam się zobowiązana uczestniczyć w zabawie. Tymczasem okazało się, że mój 2,5-letni syn bez większych problemów jest w stanie poczekać kiedy przez 15 minut się gimnastykuję, czy najzwyczajniej w świecie wyciągam się na kanapie (w szóstym miesiącu zaczynam odczuwać coraz głębszą więź z tym meblem).

Podsumowując: uważam, że rodzic zmęczony, wiecznie rezygnujący z siebie na rzecz dziecka, nie jest w stanie wychować szczęśliwej osoby. Wychowa po prostu egoistę. Dzieci są mądrzejsze niż nam się wydaje. Są w stanie zrozumieć nasze gorsze samopoczucie, potrzebę pomocy i opieki, oraz całą gamę emocji. Szczęśliwych ludzi wychowują szczęśliwi ludzie. Zadbajmy więc o nasze szczęście… Dla dobra naszych dzieci!

Le sourire

Wczesny ranek. Śnię. Śnią mi się studia. Czegoś nie umiem. To jakaś oczywista umiejętność niezbędna na moim kierunku i wszyscy się ze mnie wyśmiewają. Zniecierpliwiony wykładowca czyni mi złośliwe uwagi. Odpowiadam, że nie rozumiem o co chodzi. „Jeśli pani nie rozumie, to w ogóle nie powinno pani tu być!” – wykrzykuje rozzłoszczony profesor. I nagle rzeczywiście mnie tam nie ma.

Znów ktoś się ze mnie śmieje, a ja uświadamiam sobie, że mam nałożonego pampersa…

Gdzieś na granicy między jawą i snem czuję nagle uporczywe poszturchiwanie. Odsuwam się, ale poszturchiwanie jeszcze się wzmaga. Daję za wygraną i unoszę zaspane powieki.

Przed sobą dostrzegam wpatrzone we mnie ogromne, błękitne oczy, osadzone w maleńkiej, uroczej twarzyczce. Poniżej, maleńkie rączki i nóżki wymachują energicznie na wszystkie strony. A pisząc „na wszystkie strony” mam na myśli przede wszystkim „w kierunku moich ramion, piersi i brzucha”. Konstatuję, że znów zasnęłam przy karmieniu, a Młody załapał się na kilka godzin snu w naszym małżeńskim łożu, do którego tak bardzo chcieliśmy go nie przyzwyczajać.

„A co to, już się wyspałeś?” – wydobywam z siebie zachrypnięte powitanie. Na dźwięk mojego głosu nóżki i rączki nieruchomieją, a twarzyczka cała się rozpromienia w rozbrajającym uśmiechu. „Gu!” oświadcza dumnie mój Synek. I możecie powtarzać bezustannie, że to tylko nic nie znaczące ćwiczenia mimiki, próba zmanipulowania dorosłych do zajęcia się nim, lub nierozumne naśladownictwo. W moim sercu i tak wzbiera fala miłości i dumy. Synek uśmiecha się do mnie. Co za wspaniały początek dnia!

Już po chwili nachylamy się nad rozanielonym W. razem z mężem. „Gu!” powtarza maluch raz po raz. „Gu!” odpowiadamy mu zgodnym chórem, po czym wymieniamy rozbawione spojrzenia i śmiejemy się w głos – z samych siebie, i ze szczęścia.

Wam też życzę pełnego radości dnia :)