matko-mózg jest w stanie udźwignąć więcej, ale nie potrafi przestać się zamartwiać o dziecko/ dzieci

matko-mózg jest w stanie udźwignąć więcej, ale nie potrafi przestać się zamartwiać o dziecko/ dzieci

Nareszcie mam czas, żeby napisać parę słów. Jak również wyspać się, poczytać i nadrobić zaległości w kontaktach towarzyskich. Stało się tak za sprawą… Wizyty w szpitalu. Od razu uspokajam, nic nagłego mnie tu nie sprowadziło. Mam od dłuższego czasu pewne problemy zdrowotne, które wymagają dokładnego zdiagnozowania. Stąd mój mały urlop.

Chciałabym w tym miejscu wyrazić podziw dla ciężkiej pracy pielęgniarek, które w niemożliwych godzinach służą pomocą i opieką, nie tracąc przy tym nic ze swojej radości życia. Ich uśmiech i poczucie humoru stanowią jedyną ochronę przed lękiem oraz smutkiem, które tak łatwo mogłyby się wkraść w szpitalną codzienność.

Następna w kolejce pod względem zapracowania chyba jestem ja, bo w przeciwieństwie do większości pacjentów zabrałam ze sobą laptopa oraz całą górę notatek na studia. Mam sporo rzeczy do zrobienia, to prawda, ale już dawno nie miałam do tego tak dobrych warunków. Cisza, spokój, nikt nie płacze, nikt się nie domaga wzięcia na kolana właśnie TERAZ. I wiecie co? Z każdym dniem ta cisza zaczyna być coraz bardziej uciążliwa

Chyba nie umiem już siedzieć spokojnie w jednym miejscu i robić tylko jednej rzeczy na raz. A mając możliwość WRESZCIE porozmawiać na inne tematy – czy to na oddziale, czy na studiach – zazwyczaj wchodzę w dyskusję na temat dzieci i ich wychowania. Czy mój mózg uległ nieodwracalnej przemianie w matko-mózg? Muszę poprosić o tomografię komputerową.

En fin de compte

pediatria Minęła dłuższa chwila nim przez gęstą mgłę zmęczenia dotarł do mnie sens słów tej energicznej, młodej kobiety.

- Zostanie… w szpitalu? Ale jak to?

- W wynikach badań krwi pojawiła się pewna nieprawidłowość. Ma podwyższony poziom CRP. To takie białko, którego stężenie wzrasta pod wpływem zakażenia. Może to być też efekt stresu poporodowego, ale ponieważ poród trwał tak długo, a wody odeszły wcześniej, musimy się upewnić.

Pediatra beznamiętnym tonem wyrzucała z siebie precyzyjne medyczne dane niczym karabin maszynowy. Poczułam na twarzy uderzenie gorąca. „A kto zdecydował, że poród ma trwać tak długo, mimo, że odeszły wody?! Kto zostawił mnie na całą noc w sali, żeby sam mógł się spokojnie wyspać?!” – miałam ochotę krzyknąć. Tymczasem lekarka kontynuowała:

- Prawidłowy poziom wynosi do 5 mg/l. Pierwszego dnia pani syn miał 18, a dzisiaj rano 10,6, czyli tendencja jest spadkowa, ale mamy taką zasadę, że nie wypuszczamy dziecka jeśli przekroczony jest próg 5.

Zakręciło mi się w głowie. 18! Ponad trzykrotnie przekroczony dopuszczalny poziom. I nikt mi nic nie powiedział. Po prostu przychodzili, pobierali krew do badań, a ja zakładałam, że to standardowa procedura, że wszystkim dzieciom pobiera się krew kilkakrotnie. Porażał mnie kamienny spokój na twarzy mojej rozmówczyni. Z zimną krwią obwieszczała mi, że oto mam zostawić samego w szpitalu dwudniowego noworodka. Potok słów płynął dalej na tle płaczu W., którego wreszcie skończyli badać studenci. Teraz zbili się w ciasną grupę za lekarką i obserwowali rozwój wydarzeń.

- Ale… nie mogę zostać z nim? Przecież on się dopiero urodził…

Na ostatnim słowie załamał mi się głos. W oczach stanęły mi łzy. Przygryzłam wargę, zła na siebie. Teraz muszę być opanowana. Teraz muszę mieć spokojny umysł, żeby opanować sytuację. Jestem matką. To ja muszę wiedzieć co robić. Mimo moich usilnych starań łzy nadal napływały mi do oczu. Odwróciłam wzrok.

- Niech pani płacze! Tutaj kobiety płaczą czy są dobre wieści, czy złe wieści. Hormony, baby blues i tak dalej. Pani już dostała wypis, kolejne kobiety czekają na miejsca, więc nie może pani zostać. On będzie leżał na pediatrii.

Poczułam się upokorzona. Za nic jednak nie mogłam już pohamować strumienia łez. Mój maleńki syneczek, tak kruchy, tak bezbronny, ufający w pełni, że zapewnię mu wszystko co niezbędne, miał zostać sam w wielkim obcym szpitalu, gdzie miał się nim zajmować Bóg wie kto i Bóg wie jak. Zależy na kogo się trafi. Jeszcze kilka minut wcześniej nie doświadczałam baby bluesa nawet w najmniejszym stopniu. Ale pediatra nie mogła o tym wiedzieć. Przecież widziała mnie pierwszy raz w życiu na oczy.

- Ale… ja go karmię piersią – próbowałam powołać się na jakiś logiczny argument, który przemówiłby do tej, jak się zdawało, pozbawionej uczuć kobiety. Czy chciała zaimponować swoim studentom? Pokazać jak się przemawia do emocjonalnie niestabilnych kobiet po porodzie?

- Tak. Odciągnie pani sobie pokarm w nocy. Najlepiej tak o 24:00 i o 3:00. Tutaj dostanie mieszankę. O, chyba żyłka pani pękła w oku. A nie, zdawało mi się.

Popatrzyłam na nią jak na UFO. Jaka żyłka? Jakie oko? Czy ona sobie ze mnie kpi? Poczułam się wystawiona na widok publiczny, zupełnie jakby mojego układu nerwowego nie okrywała skóra. Wreszcie kobieta się zlitowała i przed wyjściem stwierdziła rzeczowo:

- Może jeszcze mu to CRP spadnie do 5. Mało prawdopodobne, ale może. Powtórzymy badania wieczorem, wtedy wyszłaby pani po osiemnastej zamiast jak wszyscy o pierwszej. Ale lepiej się nastawić, że wyjdzie pani sama.

Tymczasem wydzwaniała do mnie rodzina i przyjaciele, dopytując czy już jesteśmy w domu, czy dziś wychodzimy. Nie mogłam znieść tych rozmów, w których musiałam panując nad głosem oznajmiać, że jeszcze nic nie wiadomo, że może. Próbowałam przekonać samą siebie, że tak będzie. Przecież w ciągu jednego dnia stężenie spadło o 8 jednostek. Z pewnością mogło spaść o kolejnych 6!

Usiłowałam coś wskórać u ginekologów i położnych. Ku mojemu przerażeniu okazało się, że skoro mam wypis, muszę się wynieść z sali. Na pediatrii mogę przebywać maksymalnie do 22:00, a następnego dnia przyjść o 8:00. Nie, nie ma pomieszczeń ani łóżek do spania dla rodziców chorych dzieci. Nie można wynająć jakiejś sali. I nie, nie mogę koczować na korytarzu. W oczach położnych widziałam współczucie.

- Taki jest regulamin. Nie ma możliwości lokalowych. Mieszka pani blisko? No, to głowa do góry! Jutro, najpóźniej pojutrze maluch wyjdzie do domu. Ja wiem, że by się tak chciało – razem przyszliście, razem wychodzicie. Ale zdrowie jest ważniejsze.

Pojutrze?! To mi nawet do głowy nie przyszło. DWIE samotne noce w szpitalu?! Czy mało się naczytałam o budowaniu więzi i zaufania podczas pierwszych dni życia dziecka? Jeśli nikt nie reaguje na jego płacz, dziecko nabiera przekonania, że jego działania (wołanie o pomoc) są nieskuteczne, staje się nieufne i zamknięte w sobie. Skąd pewność, że obcy ludzie, którzy mają pełne ręce roboty, zajmą się moim dzieckiem za każdym razem, gdy będzie płakać?

Nie wskórawszy nic, wróciłam do pokoju, w którym moja współlokatorka kończyła pakowanie swoich rzeczy przed wyjściem. Położyłam się ze śpiącym synkiem przytulonym do siebie i wpatrując się w jego spokojną, niczego nieświadomą twarzyczkę, znów się rozbeczałam jak mała dziewczynka.

W którejś z książek na temat macierzyństwa natrafiłam na hipotezę według której przez pierwsze pół roku po porodzie nie ma czegoś takiego jak „matka i dziecko” – dwie odrębne jednostki. Jest „matkodziecko” – w pełni zjednoczona we wzajemnych potrzebach i oddziaływaniach, nierozłączna istota. Nigdy nie sądziłam, że tak mocno odczuję jakąkolwiek hipotezę na własnej skórze.

W rozmowie telefonicznej T. próbował mnie uspokoić. Poczekamy na najnowsze wyniki. Wszystko będzie dobrze. O.K.? O.K. Za pięć minut napisałam do niego rozpaczliwego SMS-a: „Przyjedź, zrób coś, może Ciebie wysłuchają. Mnie nie traktują poważnie, bo nie mogę przestać płakać!”. Przyjechał. Potem czekał jeszcze dwie godziny pod drzwiami, bo nie zaczęły się jeszcze godziny wizyt. Chciał, żebym poszła mu otworzyć drzwi.

-Ale.. Nie mogę, tak nie wolno… – stwierdziłam tylko spolegliwie. Dopiero później uświadomiłam sobie jak bardzo weszłam w rolę pacjenta. Wystarczyło założyć piżamę i parę razy zostać obcesowo potraktowanym przez ludzi w białych kitlach, żeby moje poczucie własnej wartości zmalało do zera. Oni wiedzą, Oni się znają, a mi nie wolno, ja mam słuchać i się stosować.

W końcu zadzwoniła moja mama, oświadczyła, że wszyscy, z którymi rozmawiała o mojej sytuacji są absolutnie oburzeni, że tak być nie może, i że mogę przecież sama wypisać dziecko.

- To tak można?

- To przecież TWOJE dziecko!

To, jakże proste, rozwiązanie w ogóle nie przyszło mi do skołatanej głowy. Moja transformacja została zakończona. Zniknęła gdzieś moja osobowość. Stałam się pacjentką.

- A jeśli coś mu się stanie?

- Mówiłaś, że jest tendencja spadkowa?

- No, tak…

- To zabieraj go do domu! Teraz nic nie wpłynie na niego gorzej niż rozłąka z Tobą, nie wiadomo jaka mieszanka, i nie wiadomo jaka opieka. I nie stresuj się, bo Ci się jeszcze zatrzyma laktacja, i wtedy dopiero będzie problem!

Mama nie byłaby sobą, gdyby nie dodała tego ostatniego zdania. Mimo to, najwyraźniej właśnie te słowa potrzebowałam usłyszeć. Wreszcie zobaczyłam światełko w tunelu. Poczułam jak z jakiegoś ciemnego kąta umysłu powoli gramoli się na światło dzienne moja tożsamość.

Ustaliliśmy z T. przez telefon, że jeśli po wieczornym badaniu poziom CRP znów będzie niższy, zabieramy W. ze szpitala. Kiedy wreszcie zaczęły się godziny wizyt, mąż mocno mnie przytulił. Natychmiast wróciła moja siła i pewność, że podejmujemy słuszną decyzję.

Wynik był dopiero przed 19-tą. 5,9. I pediatra naturalnie chciała, żeby W. został w szpitalu, bo to jest przecież powyżej normy. Podziękowaliśmy bardzo i zabraliśmy Synka do domu.

Następnego dnia rano podjechaliśmy do laboratorium, żeby powtórzyć badanie. Poziom CRP: 3,9 mg/l .

Maternité, partie III

2009 WROCLAW N/Z  FOT. KRZYSZTOF GUTKOWSKI / AGENCJA GAZETA

Kiedy W. zabrano do umycia i zbadania, po raz pierwszy usłyszałam jego płacz. Chociaż może lepszym określeniem byłoby popiskiwanie – przepełnione niezrozumieniem dlaczego nagle nie czuje znajomego ciepła mojego ciała, nie słyszy bicia mojego serca. W tym momencie zrozumiałam, że już zawsze na ten dźwięk bezradności mojego dziecka będę czuć w sercu ukłucie, które ponagli mnie by o każdej porze dnia i nocy pędzić na ratunek.

Jeszcze tylko łyżeczkowanie częściowo przyklejonego łożyska, zszywanie i już mogłam z powrotem tulić swojego Malucha. Położna przystawiła mi go do piersi i zawołała do sali męża, który zdążył obdzwonić całą rodzinę, a teraz co minutę dopytywał czy już może wejść. Kiedy T. do nas podszedł dostrzegłam w jego oczach nowy wyraz, ulgę przemieszaną z nieomal nabożnym szacunkiem do mnie jako kobiety, jako matki jego dziecka. Te chwile wspólnego zachwytu nad maleńkimi rączkami, uroczą twarzyczką i ogromnymi oczkami Synka były tylko nasze. Rozpierała nas duma i radość. Staliśmy się rodziną.

Następne dwa dni wspominam jak stan pomiędzy snem a jawą, co w zasadzie niewiele odbiega od prawdy, bo kiedy tylko miałam szansę próbowałam się zdrzemnąć. Moje ciało po raz kolejny zmieniło się w niekontrolowany sposób, tak, że trudno było mi rozpoznać siebie w biuściastej, opuchniętej istocie z obwisłym brzuchem, którą okazjonalnie widywałam w łazienkowym lustrze.

Synek spał na wózku tuż obok mojego łóżka, co stało się dla mnie źródłem ogromnej radości ale i ogromnego strachu. Długie godziny spędzałam na wpatrywaniu się w niego, nieodmiennie dochodząc do wniosku, że jest absolutnie w każdym calu idealny, i nie mogąc wprost nadziwić się, że taki kompletny człowiek o wadze 3380 g jeszcze przed chwilą mieścił się w moim wnętrzu. Z drugiej strony z pełną siłą porażała mnie odpowiedzialność za jego zdrowie i życie. Nagle musiałam w błyskawicznym tempie opanować przewijanie, karmienie i trzymanie wiotkiego, ruchliwego ciałka w bezpieczny sposób. A wszystko to przy obolałym ciele, które sprawiało wrażenie obcego i za nic nie chciało współpracować przy siadaniu, wstawaniu, chodzeniu, ani żadnej innej czynności, która wiązała się z najmniejszą zmianą pozycji. A co jeśli się zakrztusi, albo nagle przestanie oddychać, kiedy akurat będę spała? A co jeśli coś mu będzie dolegać, a ja tego nie zauważę na czas? Tym podobne pytania dręczyły mnie nieustannie.

Leżałam na sali z cztery lata młodszą od siebie, miłą dziewczyną, która właśnie urodziła swoje trzecie dziecko. Zgodnie uznałyśmy, że szpital ma na wyposażeniu bardzo ładne wanny.

-Korzystałaś z niej?

-Nie. A Ty?

-Też nie.

Potem śmiałyśmy się, że pewnie nie są nawet podłączone do rur hydraulicznych.

Nocą przez uchylone okno docierały do nas krzyki rodzących kobiet oraz polecenia wydawane im przez personel. Początkowo sądziłam, że tylko mi się zdaje, że może moje własne, śniące mi się wciąż, wspomnienia są tak żywe, że prześladują mnie nawet na jawie. Uspokoiłam się dopiero, gdy współlokatorka przyznała, że też je słyszy.

Jeśli po porodzie miałam w sobie jeszcze jakieś resztki wstydliwości, zostały one doszczętnie wykorzenione podczas reszty pobytu w szpitalu. Co jakiś czas ktoś zaglądał, żeby sprawdzić jak goją się nasze szwy, jak przebiega laktacja (koleżanka została oceniona jako „tryskająca” zdrowiem, przy mnie położna tylko mruknęła coś pod nosem i dopisała mi na karcie podawanie trzy razy dziennie tabletek ziołowych wzmagających laktację) i karmienie piersią. Chociaż zawsze byłam bardzo nieśmiała, w pewnym momencie przestało na mnie robić wrażenie, że kolejna obca osoba obmacuje i ściska moje piersi, czy ogląda moje krocze przy drugiej pacjentce i otwartych drzwiach na korytarz. Same odwracałyśmy wzrok podczas badań – to była jedyna prywatność jaką mogłyśmy sobie nawzajem ofiarować.

Podczas porannego obchodu jeden z lekarzy rzucił do mojej współlokatorki „Trzecia donoszona ciąża. Właściwa osoba na właściwym miejscu.”, a pozostali pokiwali z aprobatą głowami. Gdy podeszli do mnie zapadła niezręczna cisza. No tak, 26 lat, dopiero pierwsze dziecko, a na domiar złego słaba laktacja. O czym tu gadać?

Odrębną kwestię stanowiły badania dzieci. Odbywały się one bez uprzedzenia, o najróżniejszych porach dnia, zupełnie niezależnie od tego czy dziecko akurat zaczęło jeść, czy też właśnie zasnęło po trzech godzinach usypiania. Nagle ktoś wchodził do sali, obwieszczał swoje przybycie jakimś rzeczownikiem, np. „Przesiewowe badanie słuchu.” – i zabierał dzieci. Albo, co gorsza, nakłuwał piętkę słodko śpiącego noworodka, wyduszał parę kropel krwi, po czym wychodził zostawiając nas z wrzeszczącymi wniebogłosy maluchami, które należało od początku karmić i uspokajać.

Jedna z położnych, widząc mojego śpiącego na plecach Synka kazała mi koniecznie układać go na boku, żeby się nie zachłysnął. Wzięłam sobie jej słowa do serca. Dopiero znacznie później okazało się, że W. ma niezasklepioną jedną panewkę stawu biodrowego i absolutnie nie wolno układać go na boku.

Inna położna, zapytana czy mam podnosić dziecko po karmieniu do odbicia stwierdziła, że nie ma takiej potrzeby, bo po mleku matki dzieciom się nie odbija. Na skutek tej informacji drugiej nocy w szpitalu przez 4 godziny usiłowałam uciszyć wrzeszczącego z bólu malucha. Karmiłam go wiele razy sądząc, że jest głodny – i oczywiście tylko pogarszałam sytuację. Nieprzyzwyczajone do karmienia piersi bolały mnie już okropnie. W końcu uznałam, że najwidoczniej musi być nadal głodny – niemałą rolę w podjęciu tej decyzji odegrała też mina kobiety, która po sprawdzeniu laktacji zapisała mi tabletki – i poszłam po sztuczną mieszankę. Po jedzeniu oczywiście podniosłam dziecko do odbicia i wreszcie spokojnie zasnęło, co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że było wygłodniałe. Niewiele brakowało, żebym w tym momencie przeszła na sztuczne karmienie. Na szczęście nazajutrz pojawiła się kolejna położna, która w życzliwej rozmowie przekonała mnie, żeby się nie poddawać. Do teraz karmię wyłącznie piersią.

Wreszcie nadszedł upragniony dzień wypisu. Podczas porannego obchodu zapewniono nas obie, że tego dnia wyjdziemy do domu. W sali zapanowała atmosfera święta, zaczęłyśmy się pakować, choć do wypisów zostało jeszcze wiele godzin. Nie upłynęła nawet połowa tego czasu, gdy przyszła lekarka pediatra wraz z trzema studentami, z których każdy po kolei przeprowadzał dokładnie te same badania na drącym się jak nieboskie stworzenie W. (wiadomo, trzeba ćwiczyć) i oświadczyła z całą stanowczością, że ja mogę iść do domu, ale dziecko zostanie w szpitalu.

CDN…

Maternité

birth640

Wydawać by się mogło, że w ponad miesiąc po porodzie powinnam już uporać się z tym przeżyciem. Przecież teraz trzymam w ramionach mojego cudownego Synka, a endorfiny wydzielające się tuż po narodzinach dziecka rzekomo wymazują wszelkie złe wspomnienia z głowy matki. Może z moimi endorfinami jest coś nie tak, bo niestety wszystko pamiętam. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że mogło być o wiele gorzej. Ale wciąż powracają pytania: czy mogło być inaczej? czy mogłam jakoś wpłynąć na to, aby było lepiej? Zażartowałam sobie kiedyś, że może opiszę Wam tamte wydarzenia w ramach autoterapii posttraumatycznej – prawdę mówiąc nie sądziłam wówczas, że kiedykolwiek do tego dojdzie. Teraz, pisząc te słowa, rzeczywiście liczę na to, że może wreszcie opuszczą mnie wspomnienia z pobytu w szpitalu.

3.06

21:00

Po intensywnym dniu, pełnym spotkań ze znajomymi, którzy dopytywali kiedy mam termin („15.06, ale mi się zdaje, że będzie wcześniej” – odpowiadałam), ułożyłam się wygodnie pod kocykiem i już-już czułam nadchodzący sen, kiedy nagle poczułam także coś innego. Coś dziwnego, czego nie czułam nigdy wcześniej. Błoga senność opuściła mnie w jednej chwili – wody mi odeszły!

Zaczęliśmy biegać z T. po całym mieszkaniu zbierając potrzebne rzeczy, śmiejąc się i równocześnie nie mogąc uwierzyć, że ta upragniona chwila wreszcie nadeszła. Ponieważ wiedzieliśmy, że, ze względu na ryzyko zakażenia, poród powinien odbyć się w 6 godzin od odejścia wód, czym prędzej ruszyliśmy do szpitala. Jeszcze po drodze zaczęły się pierwsze skurcze.

22:00

Na miejscu powitała nas dokładnie ta sama ekipa co równy tydzień wcześniej podczas naszego „fałszywego alarmu”. Nawet nie musieliśmy niczego podpisywać, bo nadal mieli zachowane dokumenty z tamtej wizyty – wystarczyło zmienić datę. Po wstępnych badaniach T. otrzymał specjalny strój – swoją drogą, to dość ciekawe, że on musiał się przebrać, podczas gdy ja mogłam zostać w swojej koszuli nocnej, no ale jakoś trzeba przecież uzasadnić opłatę za pobyt ojca na sali, a tak płaci za wypożyczenie stroju… – i ruszyliśmy do „sali lawendowej”. Pomieszczenie zostało bardzo ładnie urządzone, gdyby nie specjalne łóżko ginekologiczne i KTG byłoby tam całkiem przytulnie. W przyległej łazience stała ogromna wanna, która ponownie rozbudziła moje uśpione nadzieje na poród w wodzie. Uświadomiono mnie jednak, że mogę sobie siedzieć w wannie i przyjmować jaką pozycję chcę… Ale tylko do czasu skurczów partych, kiedy to muszę się położyć z nogami do góry. To po co to całe zamieszanie wokół „powrotu do natury”? Przecież co do istoty porodu nic nie uległo zmianie! Tylko sala ładniejsza…

Zajęły się nami trzy sympatyczne, młode położne, z których dwie okazały się studentkami. W moim planie porodu zaznaczałam co prawda, że nie życzę sobie obecności studentów, ale najwyraźniej nie miało to większego znaczenia. Zresztą dość szybko przekonałam się, że studentki są tam najbardziej przyjaznymi osobami – jeszcze się przejmują, jeszcze im zależy. Na dzień dobry założono mi wenflon, choć tego też sobie nie życzyłam. Słowem, plan porodu można śmiało sobie darować. Szpital wie lepiej niż ty, czego chcesz i co dla ciebie dobre. Po raz pierwszy podłączono mi KTG na godzinę i poinformowano, że badanie będzie powtarzane co dwie godziny i za każdym następnym razem będzie trwało pół godziny.

24:00

Siedzenie na piłce, podnoszenie wysoko kolan, przykucanie, i tak w kółko, a gdzieś pomiędzy głębokie oddechy podczas coraz mocniejszych i coraz częstszych skurczów. Sądziłam, że wszystko zmierza w dobrym kierunku, miałam w sobie wiele nadziei i radości, że już wkrótce zobaczę swojego Maluszka. T. podtrzymywał mój dobry nastrój żartami, masował mi plecy, przynosił wodę. Podczas badania okazało się jednak, że rozwarcie zatrzymało się na 2,5 cm, zaledwie o 0,5 cm więcej niż przy przyjęciu. Do narodzin dziecka potrzeba 10 cm. Ból stawał się coraz większy. Robiłam dobrą minę do złej gry, co ku mojemu przerażeniu zostało za każdym razem odnotowane w karcie porodu jako „dobrze znosi ból”. Zapytałam czy mogę wejść do wanny. „Do wanny można dopiero przy 5 cm rozwarcia” – usłyszałam w odpowiedzi.

3:00

Ból podczas powtarzających się co 5-6 minut skurczów stawał się już trudny do wytrzymania. Minęło już sześć godzin od odejścia wód, zapytaliśmy więc o możliwość przyśpieszenia porodu przez podanie oksytocyny. To, co nam powiedziały położne, ścięło nas z nóg. Oficjalnie czekaliśmy aż poród „rozkręci się” w sposób naturalny. Nieoficjalnie, lekarz pełniący nocny dyżur chciał się wyspać i zaplanował podanie oksytocyny na 7:00, kiedy przydzie dzienna zmiana. Aby zapewnić dziecku bezpieczeństwo KTG miało być robione co godzinę zamiast co dwie. W praktyce oznaczało to, że przez większość czasu leżałam unieruchomiona na boku, czując się niczym wieloryb wyrzucony na brzeg oceanu – całkiem dosłownie, bo podczas skurczów zaczynało już brakować mi tchu.

Polecono mi, żeby spróbowała spać między skurczami, aby zbierać siły do porodu. Próbowaliście kiedyś spać między powtarzającymi się co 5 minut spazmami bólu? Ja próbowałam. To gorsze niż nie spać wcale. Za każdym razem gdy tylko zmęczenie zwyciężało i zaczynałam przysypiać, otrzeźwiało mnie mocne szarpnięcie w dole brzucha. Po godzinie takiej męczarni dałam sobie spokój. Masaż pleców przestał pomagać, a zaczął irytować.

5:00

Kiedy rozwarcie osiągnęło magiczne 5 cm, nie pozwolono mi wejść do wanny, bo musiałam być stale monitorowana przez KTG.

6:00

Byłam już bardzo zmęczona i głodna (jadłam lekką kolację o 17:00, a w szpitalu zabroniono mi jeść) kiedy jedna z moich nieplanowanych studentek przyszła znów podłączyć KTG. Zapytała, czy mam plan porodu. „Tak” odpowiedziałam, czując jak nadchodzi kolejny duży skurcz (teraz już co 3 minuty). „Chce Pani go omówić?”. Spojrzałam na nią z niedowierzaniem. „Nie!” – wyrzuciłam przez zaciśnięte z bólu zęby.

CDN…

L’hôpital

Na filmach sprawa wygląda prosto. Kobieta przez całą ciążę funkcjonuje całkiem zwyczajnie, czasem coś ją zaboli, ale w ogólnym rozrachunku nic wielkiego się nie dzieje do dnia porodu. Wtedy to nagle i niespodziewanie zaczyna skręcać się w spazmach bólu, pędzi do szpitala, gdzie już po chwili krzyczy wniebogłosy, a po kolejnej tuli do piersi noworodka. Może gdzieś tam istnieją kobiety, które wymigały się tak lekko. Ja do nich z pewnością nie należę.

Od ostatniego wpisu wciąż czuję się jakby ktoś przejechał po mnie walcem, i to jakieś 150 razy. Dużym walcem. W zasadzie to największym pioruńskim walcem jaki ludzkość kiedykolwiek stworzyła.

Wtedy, w nocy, byłam przekonana, że coś się dzieje. Może niekoniecznie poród, ale niewątpliwie coś niepokojącego, skoro brzuszek miałam przez kilka godzin napięty, niezależnie od pozycji niemiłosiernie bolały mnie kręgosłup i podbrzusze, a przy każdym mocniejszym – jak sądziłam – skurczu, dziecko reagowało silnym wierzganiem i ruchami ku dołowi. Wytrzymałam pięć godzin. W końcu, po gorącym prysznicu (wybaczcie drodzy sąsiedzi, tak, to ja hałasowałam w nocy), chodzeniu w kółko, siedzeniu na piłce do ćwiczeń oraz licznych próbach zaśnięcia (z kilkukrotnym budzeniem męża gdzieś pomiędzy tymi czynnościami), postanowiłam: jedziemy do szpitala!

Tam KTG wykazało, jak to ujęła dyżurująca pani doktor, „spięcia brzucha”, oraz skurcze przepowiadające, którym daleko jeszcze do skurczów właściwych, po czym zaspanym głosem zapytała, co mnie właściwie skłoniło do przyjazdu do szpitala. „A wie Pani, słyszałam, że brakuje Wam tu rozrywek, więc wstałam bladym świtem i przyjechałam!” – cisnęło mi się na usta. Zamiast tego, spokojnie, po raz kolejny, opisałam wszystkie swoje dolegliwości. Ginekolog, dziewczyna w moim wieku, lub nieznacznie starsza, przetarła po raz kolejny oczy, wzruszyła ramionami i wpatrując się tępo w monitor komputera, po raz trzeci z rzędu zapytała kiedy mam następną wizytę u mojego lekarza.

No cóż, z pewnością wyjazd nie poszedł na marne. Przede wszystkim uspokoiłam się, bo z naszą, ponad trzykilową już, Latoroślą wszystko w najlepszym porządku. Ponadto, teraz już wiem jak wygląda procedura przyjęcia do szpitala (Na dzień dobry stos formularzy! Plan porodu można śmiało wyrzucić do kosza, bo i tak aby zostać przyjętym trzeba wyrazić zgodę na wszystkie zabiegi, które szpital uzna za stosowne, lub poszukać innego szpitala, który zapewne ma swoje formularze…). Wiem też, że nie warto rodzić pod koniec dyżuru. I wiem jeszcze jedno: jeśli to są tylko „spięcia”, to nawet nie chcę sobie wyobrażać jak czuje się kobieta podczas właściwego porodu.

Na chwilę obecną sytuacja przedstawia się więc następująco: szpital już był, dolegliwości cały czas są, a dziecko nadal w brzuchu.

À suivre…

L’incertitude

jak-zlagodzic-bol-porodowy-metody-naturalne_379_298x500Znów bezsenność… Ale tym razem na dramatycznie. Czy to już poród, czy tylko zwiastun porodu, czy też może po prostu czuję się fatalnie bez jakiegokolwiek związku z porodem?

Nie śpię już trzecią godzinę i się głowię. Jeśli pojadę teraz do szpitala z tzw. „porodem fałszywym”, najprawdopodobniej już mnie nie wypuszczą i będę tam czekać Bóg jeden wie jak długo na ten właściwy. A, jak powszechnie wiadomo, od bezczynnego, nudnego i irytującego czekania w domu gorsze jest tylko bezczynne, nudne i irytujące czekanie w  szpitalu.

Po dwóch godzinach wiercenia się z boku na bok, wstawania co 5 minut do toalety i prób znalezienia najbardziej bezbolesnej pozycji, obudziłam w końcu lubego. Gdy już zaczął mniej-więcej kojarzyć kim jest przemawiająca do niego osoba i czego się od niego oczekuje o tak nieprzyzwoitej porze, podreptał po książkę o ciąży z całym obszernym rozdziałem zatytułowanym „PORÓD”.

Niestety nic mi to nie dało, objawy prawdziwe za bardzo przypominają fałszywe i na odwrót. Po zaobserwowaniu dramatycznego rozłożenia rąk połączonego z usłyszeniem pół setki raza: „Nie wiem, nie wiem, po prostu nie wiem!”, małżonek ułożył się spokojnie do łóżka i już słodko pochrapuje, a ja oczywiście dalej spać nie mogę – ze względu na ból, emocje, czy może z jakiegoś jeszcze innego powodu? (Nie wiedzieć czemu, w głowie świta mi coś o bezczelnej ignorancji poważnych objawów oraz dogłębnego cierpienia żony przez nieczułą, chrapiącą bestię.)

Gdy wklepuję w starego dobrego wujka Dobra Rada Google hasło „objawy porodu”, pojawia się około 1,590,000 wyników (w 0.25 sekundy). Żaden z nich (no dobrze, żaden z pierwszej 20stki, nie jestem masochistką!) nie rozwiał moich wątpliwości. No cóż, być może T. wie co robi, a już sama możliwość napisania wpisu na blogu świadczy o braku powodów do niepokoju… Jeśli jednak się myli, czeka go przyśpieszony kurs akuszerstwa. Bo za ignorancję się płaci (a za ignorowanie żony potrójnie!)!

Friends will be friends

Moja bliska znajoma, Pani S. poszła dzisiaj do szpitala na „drobny zabieg”, jednak osób w jej wieku raczej nie fatyguje się na drobne zabiegi. Kiedy rozmawiałam z nią ostatnio, czerstwą i rześką jak zawsze, twierdziła, że: „wróci – tylko nie wiadomo czy czasem nie nogami do przodu”.

Pani S. jest bardzo wierząca, jednak w przeciwieństwie do wielu swoich równolatek udało jej się uniknąć słuchania wiadomego radia. Nosi moherowy beret. Mimo, że skończyła już 80 lat, codziennie rano robi staranny makijaż i podkręca włosy. Pomaga każdemu, kto o to poprosi. Często zaprasza kogoś na obiad, bo, jak twierdzi, nie umie gotować dla jednej osoby. Jestem jednym z beneficjentów tej akurat cechy Pani S., gdyż moja sztuka kulinarna pozostawia jeszcze wiele do życzenia. (Jutro na obiad po raz trzeci z rzędu będę męczyć tą samą zapiekankę z makaronem, do której dodaję tylko nowe składniki).

W czasie II Wojny Światowej Pani S. wraz z rodzicami i dziewiątką rodzeństwa została wywieziona do Niemiec do pracy na polu. Ma za sobą poronioną ciążę. Jest Amazonką. Całe życie ciężko pracowała fizycznie. Nigdy nie zauważyłam u niej najmniejszej oznaki zgorzknienia czy pesymizmu.

Tylko czy lekarz, który będzie ją operował, wie to wszystko?

No cóż, jeśli jeszcze nie wie, to niewątpliwie wkrótce się dowie, ponieważ jeszcze jedną cechą charakterystyczną Pani S. jest umiejętność zagadania na śmierć absolutnie każdego, kto się nawinie pod rękę.

Pomyślałam sobie kiedyś, że życie Pani S. musi być bardzo kruche, skoro w każdym momencie jest świadoma bliskości śmierci. Dopiero po chwili uzmysłowiłam sobie, że może to właśnie życie ludzi, którym na co dzień sama ewentualność własnej śmierci nawet nie przyjdzie do głowy, jest kruche. Gdy ma się przyjaciół w pewnym wieku, widok karetki pogotowia pod blokiem nabiera zupełnie nowego znaczenia.