L’enfant intérieur

Ostatnimi czasy mam tyle na głowie, że byłam w stanie odsuwać w myślach wszystko, co wiąże się z ciążą i porodem. Studia (egzaminy!), praca, rodzina, dom, znajomi i zainteresowania zapewniały mi aż nadto wrażeń. Jednak w 34 tygodniu ciąży zaczynam już wyraźnie odczuwać potrzebę zwolnienia obrotów, a moje myśli nieodmiennie kierują się ku maleństwu, które, z nieproporcjonalnie dużą w stosunku do wzrostu siłą, stara się wcisnąć swoje urocze stópki między moje żebra. Choć dbam o kondycję i jestem raczej drobnej budowy, brzucha zdecydowanie nie da się już przeoczyć. Kręgosłup zaczyna dawać mi się we znaki, oddechu nie starcza na swobodną rozmowę podczas szybkiego marszu. W końcu, w ósmym miesiącu czuję w całej rozciągłości, że jestem w ciąży!

Smutna konstatacja jest taka, że podobnie jak w pierwszej ciąży, zbliżając się do kolejki przy kasie, lub wsiadając do tramwaju, staję się niewidzialna. Ludzie autentycznie omijają mnie wzrokiem, jakby się bali, że jeśli tylko na mnie spojrzą, zacznę rodzić na ich oczach. Chlubnym wyjątkiem – w obu ciążach – był Rossmann, gdzie program pierwszeństwa przy kasach rzeczywiście działa, ponieważ kasjerkom chce się dostrzegać kobiety w ciąży. Kasy pierwszeństwa w sieci IKEA oznaczają za to długą kolejkę samych uprzywilejowanych.

Nie zdarzyło się, żeby pierwszeństwa ustąpił mi ktoś z kolejki. Sama nie wyrywam się, bo nie znam tych ludzi. Może mają protezę nogi? Albo są ciężko chorzy? A może są zwyczajnymi prymitywami, którzy nie dość, że mnie nie przepuszczą, to jeszcze powiedzą mi równie głośno, co SZCZEGÓŁOWO, czego trzeba było nie robić, żeby nie znaleźć się w tej sytuacji (sic!)? Na ironię zakrawa, że wiele osób W KOŚCIELE traktuje swoje miejsce w ławce niczym oblężoną twierdzę i jest gotowych bronić go do rozlewu krwi. Cóż, w moim stanie nie przystoi mi wdawać się w bójki.

Dobra informacja jest taka, że nauczyłam się nie brać tego do siebie. To nic osobistego. Ot, zwykła obojętność na innych i zamknięcie w swoim świecie. Za to tym razem mam znacznie lepszy kontakt z moim wewnętrznym dzieckiem ;-) , co łączę z większą świadomością sytuacji. Niezależnie od ton przeczytanych książek, noszenie w sobie nowego życia za pierwszym razem pozostawało dla mnie dość abstrakcyjną koncepcją. Nie twierdzę, że teraz to doświadczenie stało się zupełnie oczywiste i pozbawione tajemnicy. Raczej nabrało bardziej realnego wymiaru, od kiedy już wiem jak to jest: trzymać w ramionach własne dziecko i zajmować się nim dzień po dniu (i noc po nocy…).

Na koniec załączam niezwykle subtelny opis ciąży i narodzin, na który niedawno natrafiłam. Zadziwiająca jest dla mnie trafność i delikatność z jaką autor-mężczyzna ujął temat:

„Chociaż mały człowiek chroniony jest w wodach płodowych, nie jest jednak ‚zamknięty na klucz’. Nie zna jeszcze granic przestrzeni, ale w miarę wzrostu zaczyna je zauważać. Najpierw jawią mu się jako pojęcie mgliste, jakby coś na kształt odległego wybrzeża. Poprzez powtarzający się kontakt dotykowy z granicą przestrzeni, pojawia się z czasem większa świadomość jej istnienia.

W późniejszym okresie to, co początkowo tylko delikatnie otaczało dziecko, zaczyna je dręczyć. Apogeum trudów małego człowieka stanowi wyrwanie go ze znanego otoczenia i konieczność przebywania z towarzyszącym mu obcym uczuciem suchości. Wystawiony zostaje na działanie siły ciążenia i poznaje dwojakość obcej mu egzystencji, w której jasność i ciemność, ciepło i zimno, pragnienie i zadowolenie, pojawiają się naprzemiennie na przeciwległych biegunach. Musi przyzwyczaić się do życia w trudnym świecie, który zastąpi mu łagodną, przytulną, minioną rzeczywistość. Będzie mu o tyle łatwiej, że miejsce przy nim zajmie znana mu już matka, łagodna i w dalszym ciągu nieustannie go chroniąca.”

Arno Stern, „Odkrywanie śladu. Czym jest zabawa malarska.”

il pleut

Ludzie piszczą, biegną i śmieją się w głos. Dorośli ludzie. Centrum. Środek dnia. Nieznajomi rozmawiają ze sobą. Patrzą z niedowierzaniem na swoje miasto jakby widzieli je po raz pierwszy.

W niedzielę wsiadłam do tramwaju w letniej sukience i z upodobaniem oddałam się lekturze „Projektu matka” Małgorzaty Łukowiak. Właśnie zastanawiałam się jak to możliwe, że autorka pracuje, matkuje dwójce dzieci i mężowi, chodzi do klubu fitness, oraz regularnie wyraża pragnienie padnięcia na twarz i zaśnięcia, a jednocześnie produkuje prawie 400-stronicową książkę, kiedy z niewesołych rozmyślań o własnych deficytach w zarządzaniu czasem wyrwał mnie nagły podmuch wiatru.

Drzwi tramwaju otworzyły się wpuszczając do środka średniej wielkości trąbę powietrzną ( a przynajmniej tak to wtedy odczułam) wraz z niemałą ilością kurzu oraz śmieci. Wymieniłam pełne niedowierzania spojrzenia z brodatym młodzieńcem usadowionym po przeciwnej stronie wagonu, po czym jak na komendę zaczęliśmy wpatrywać się wybałuszonymi oczami w linię horyzontu znikającą w zastraszającym tempie we mgle i wirującym pyle ulicznym. Mechanicznym ruchem wycierałam kurz osiadły na kartkach książki, obserwując rozpętującą się ulewę.

Na kolejnym przystanku drzwi tramwaju wpuściły do – jakże suchego i przytulnego nagle wnętrza – obfity strumień z kilku pryszniców, a także ciasno stłoczone stadko przemoczonych do bielizny, roześmianych pasażerów.

Ludzie zaczęli z ożywieniem wymieniać dowcipne uwagi na temat pogody, wartkich potoków płynących ulicami, miejskich systemów odprowadzania wody, tudzież własnej garderoby. W mgnieniu oka wśród roześmianych podróżnych wytworzyła się nieomal rodzinna atmosfera.

-O patrzcie, patrzcie, tamten jak leci! – ktoś wskazuje rączo pędzącego młodziana. Wybuch śmiechu.

-A tamten ma na wszystko wy****ne! – stwierdza ktoś inny, gdy mijamy mężczyznę sunącego statecznym krokiem po kostki w wodzie. Kolejny wybuch śmiechu.

-Popatrz, z ulicy zrobiła się rzeka! – powtarza po raz czwarty do swojej towarzyszki starszy jegomość w kapeluszu.

-Słyszałam Heniu, nie egzaltuj się tak. – odpowiada starsza pani z godnością.

Przystanek Fredry. Czas wysiadać. Bez większych rokowań na sukces otwieram moją – małą, jak bardzo małą! – parasolkę i szybkim krokiem ruszam w kierunku klasztoru Dominikanów. Po drodze moknę do suchej nitki i śmieję się w głos z siły żywiołu, ze świeżego zapachu deszczu, który uderza do głowy, z ludzkiego planowania, ze swojej letniej sukienki i swojej małej, małej parasolki.

Le tramway

Naprawdę miałam głębokie postanowienie nie pisania więcej o niedogodnościach ciążowych. Słowo! Traf jednak chciał, że zdarzyło mi się ostatnimi czasy jechać kilka razy tramwajem.

O ile pogoda sprzyja, staram się wszędzie docierać drepterem, popularnie zwanym nogami, gdyż to tani, zdrowy i zgodny z naturą sposób podróżowania. Gdy jednak w grę wchodzi odległość większa niż 6 km, kapituluję i korzystam z transportu publicznego. Tak też było w ciągu kilku deszczowych dni na początku tygodnia. Bardzo szybko spostrzegłam nietypowe zjawisko: ośmiomiesięczny brzuszek, który przyciąga nie tylko wzrok, ale i bardziej lub mniej życzliwe reakcje przechodniów na ulicy, w momencie wchodzenia do tramwaju ulega kompletnemu zanikowi! Abrakadabra! Jestem szczupłą, gibką kobietą, która bez problemu może przestać pół godziny (+/- 3min) pośród napierających zewsząd plecaków, toreb z zakupami, zapachu zapiekanek z sosem czosnkowym oraz spoconych pach dzielnych studentów AWF-u.

W mojej naturze nigdy nie leżało domaganie się czegoś, co mi się należy. Zanim zaszłam w ciążę miałam w zwyczaju wcale nie siadać w tramwaju, w razie gdyby pojawił się ktoś starszy/ niepełnosprawny, żeby ominąć zawstydzającą część, w której mówię „Przepraszam, tu jest wolne”. W kolejce do kasy dla osób uprzywilejowanych w IKEA zamiast torować sobie drogę brzuchem pokrzykując przy tym „Z DROGI! JESTEM W CIĄŻY!”, staję grzecznie na końcu ogonka i czekam na swoją kolej (jeszcze się nie zdarzyło, żeby ktoś mnie przepuścił, nawet do kasy uprzywilejowanej!). Nie domagam się specjalnego traktowania, bo, Bogu dzięki, jestem wystarczająco zdrowa aby normalnie funkcjonować w normalnym stanie fizjologicznym jakim dla kobiety w wieku reprodukcyjnym jest ciąża. A jednak raz na jakiś czas czuję się zmęczona dźwiganiem dodatkowych kilogramów, długie stanie w jednej pozycji (że o dodatkowych efektach aromaterapii tramwajowej nie wspomnę) często powoduje, że robi mi się słabo i naprawdę miło byłoby, gdybym właśnie wtedy została dostrzeżona.

Przez długi czas tłumaczyłam sobie, że przecież mojej ciąży jeszcze nie widać. Że inni przecież też są zmęczeni, nawet bardziej niż ja. Teraz, w ósmym miesiącu, mojej ciąży nie da się ukryć, o czym świadczą dobitnie ochroniarze w sklepach, którzy pilnie mnie obserwują (może wypchałam sobie brzuch ukradzionym towarem) oraz pełne dezaprobaty westchnienia osób, które wymijają powolną i obszerną mnie na ulicy. A co do tych „bardziej zmęczonych osób”, czarę goryczy przelała starsza pani o zaciśniętych ustach, która sprytnie manewrując wyautowała mnie z ostatniego wolnego miejsca w tramwaju gdy poszłam do kasownika, zostawiła swoje rzeczy na siedzeniu, po czym dopiero sama poszła skasować bilet. Wszystko to w tempie zasługującym na medal olimpijski. No cóż… Przecież nie będę walczyć o miejsce z siwą staruszką.

Można by tu się rozpisywać o upadku kultury młodzieży gimnazjalnej, która okablowuje się sprzętem elektronicznym, knebluje usta gumą balonową i rozwala się na siedzeniu twarzą w kierunku okna. Można by… Gdyby nie fakt, że w ciągu ośmiu miesięcy od kiedy noszę dziecko pod sercem jeden jedyny raz miejsca ustąpił mi właśnie gimnazjalista, siedzący na plastikowej obudowie z przodu tramwaju. Mężczyźni w sile wieku siedzieli w tym czasie wygodnie rozparci na wyściełanych krzesełkach, bardzo pilnie przyglądając się pierwszym zielonym pąkom na krzewach przy torowisku.

Polska ma ujemny przyrost naturalny. Według rankingu przyrostu naturalnego wikipedii znajdujemy się na 169 miejscu spośród 193 istniejących na świecie niezależnych państw. Polityka prorodzinna państwa sprowadza się do absurdów typu „roczny urlop macierzyński, podczas gdy do żłobka można posłać dopiero dziecko 1,5 roczne”. Młodzi rodzice muszą się zmierzyć z biurokracją, służbą zdrowia, wątpliwymi widokami na powrót na swoje stanowisko pracy po urlopie macierzyńskim oraz własnymi obawami. Czy to za mało? Odrobina życzliwości od przypadkowych nieznajomych naprawdę bardzo by nam pomogła.

Matrix

Wczoraj mój mąż kupił mi nowy telefon komórkowy. Posiada on wszystkie zaawansowane funkcje, z których absolutnie nie umiem i nie mam zamiaru korzystać, a które podbijają wartość rynkową tego typu sprzętu. Urządzenie, które potrafi nieomal wszystko prócz prania i mycia naczyń (a szkoda!) będzie mi służyło do dzwonienia, wysyłania SMS-ów oraz (okazjonalnie) robienia zdjęć. Jest przy tym tak zgrabnie i elegancko zaprojektowane, że nie byłabym kobietą, gdybym powiedziała, że mi się nie podoba. Może ze względu na ten właśnie zakup zaczęłam wyraźniej dostrzegać coś, co na własny użytek nazwałam „społecznym ukomórkowieniem”.

Wsiadam do tramwaju. Na mój widok rozpromienia się jakiś młody, przystojny i kompletnie nieznany mi mężczyzna. „Hej! Co tam słychać?”. Rzuca przyjaźnie. Zdezorientowana, już, już mam odpowiedzieć coś niezobowiązującego, gdy nagle tknięta przeczuciem, spostrzegam słuchawkę wystającą mu z ucha oraz niewidzący mnie wcale wzrok przeznaczony dla rozmówcy na drugim końcu linii. Nie raz i nie dwa już dałam się na to nabrać. Inna wersja to człowiek idący samotnie ulicą, wykrzykujący co chwilę, wyraziście przy tym gestykulując. Jak rozpoznać czy jest to osoba niezrównoważona psychicznie, czy użytkownik zestawu słuchawkowego? W miarę postępu techniki jest to coraz trudniejsze.

Inna sytuacja, tak zwany „Trójkąt Bermudzki”. Bogu ducha winna wsiadam do tramwaju, kiedy obok mnie osoba z lekkimi ubytkami słuchu na skutek nadmiernego korzystania ze słuchawek wykrzykuje: „No czeeść! Jak tam, jak tam??”. Tym razem niezatopiona jeszcze we własnych myślach, spodziewałam się tego ataku, więc zadowolona ze swojej przenikliwości milczę spokojnie. Tymczasem z drugiej strony rozlega się, wcale nie ciszej „No wiesz, dzwonię z tramwaju, bo mam taką sprawę..”, i gdy próbuję znieczulić swoje receptory również i na ten dźwięk, tuż za mną rozlega się ustawiczne tłumaczenie: „Ale nie, nie, nie, nie nie. Aha. Aha. A! Tak, tak, tak, tak, tak!”. Jestem w pułapce. Znikam, ponieważ dla tych trzech użytkowniczek telefonii komórkowej jestem znacznie mniej realna stojąc z nimi nieomal nos w nos (te nasze wspaniałe remonty!) niż ich rozmówcy oddaleni może i o całe kilometry. Przyjrzyjcie się czym się zajmują Wasi współpasażerowie. Niektórzy czytają książki. Niektórzy patrzą przed siebie zamyśleni. Zdecydowana większość zrasta się ze swoimi komórkami (w tym kontekście brzmi to nieomal makabrycznie): słuchają muzyki, wysyłają SMS-y, grają w gierki, uaktualniają kalendarze, a nade wszystko dzwonią, dzwonią, dzwonią…

Dziś napotkałam taki obrazek: młody chłopak trzyma w każdej dłoni po komórce, na każdej z nich wyświetla się jakiś tekst, a on zdaje się ogromnie pochłonięty czymś co z tymi komórkami robi. Moje pierwsze skojarzenie brzmiało: „sam ze sobą SMS-uje?”.

Zdanie, które często można usłyszeć z ust otoczenia brzmi: „Bądźmy w kontakcie!”. Czasem wydaje mi się, że tak bardzo koncentrujemy się na kontakcie, że zapominamy o człowieku.

Work-life balance

Mogę pracować ciężko, ale niech przynajmniej będzie ładnie! Na zdjęciu moje stanowisko pracy.

Rozmawiałam w pracy z dwoma mężczyznami, zupełnie prywatnie. Jeden z nich to programista, ma żonę i dwójkę dzieci w wieku szkolnym. Mieszka pod Poznaniem. Codziennie dojeżdża pociągiem 30 km do pracy. W weekendy studiuje na Politechnice Poznańskiej. Bardzo chciałby mieć czas na rozmowy z dziećmi i ma już nawet plan jak to pragnienie zrealizować, ale nie przewiduje, żeby mu się to udało w ciągu najbliższego roku.

Drugi z nich jest managerem. Nie ma rodziny, dziewczyny ani nawet znajomych poza pracą. Mieszka w tym samym budynku, w którym pracuje. W weekendy nadgania zaległości w pracy. Bardzo chciałby mieć czas na cokolwiek.

Mam wrażenie, że w Poznaniu wszyscy gdzieś pędzą, wszyscy chcą osiągać wyniki, piąć się wzwyż. Niedawno słyszałam sprzedawcę waty cukrowej na Starym Rynku, który mówił, że musi podnieść sprzedaż o 10 zł dziennie. Akordeonista uliczny przy Placu Wolności spogląda złym okiem na pobliskiego gitarzystę. Ludzie rozdający ulotki walczą o najbardziej dogodne stanowiska na Moście Teatralnym, gdzie ze względu na remont torów codziennie przewija się obecnie pół Poznania. A ja idę i nadziwić się nie mogę – gdzie my tak wszyscy pędzimy? A mimowolnie JUŻ przyspieszam kroku, JUŻ zgrabnym slalomem wymijam rozdających ulotki ludzi, przebiegam na migającym JUŻ zielonym, niecierpliwię się, że tramwaj JESZCZE nie nadjeżdża…Ludzie! Przecież my gnamy wprost ku własnej śmierci! Tam każdy zdąży!

Kiedy wracam do domu po ciężkim dniu w mojej pierwszej, drugiej, a czasem i jeszcze trzeciej pracy wysławiam pod niebiosa moją oazę spokoju, kochającego męża, który mnie wita, gorący prysznic i tych kilka godzin tylko dla siebie.

Chatterbox

Jadąc dzisiaj tramwajem, którym wreszcie zmierzałam prosto do domu (Wy też się cieszycie, że będą nowe, lśniące szyny na Teatralce?), podsłuchałam, a wraz ze mną podsłuchał cały wagon zmordowanych licznymi przesiadkami pasażerów, taką oto rozmowę.

Mały Chłopiec w Okularach Obwieszony Niemożliwą Ilością Toreb: One chodzą już do przedszkola?

Pulchna Kobieta w Średnim Wieku Oblepiona Dwiema Córkami: Tylko jedna. Druga jest jeszcze za mała. [na oko jakieś 3,5 roku]

MCOONIT: Moja siostra ma dwa i pół roku i już chodzi do przedszkola.

PKŚWODC: [niepostrzeżenie zmieniając temat] A ty, w której jesteś klasie?

MCOONIT: W piątej.

PKŚWODC: [licząc na koniec rozmowy] Ooo, to już długo się uczysz.

MCOONIT: [rezolutnie, z lekkim zaskoczeniem tak łatwym zwycięstwem] Pięć lat. Ale na fortepianie gram od sześciu lat a na skrzypcach od pięciu.

PKŚWODC: [wymownie milczy]

MCOONIT: [pełen zapału] A wie pani, że naukowcy wynaleźli ostatnimi czasy lalki na pilota?

PKŚWODC: Aha.

MCOONIT: [nie zrażony, do dziewczynek] Lubicie się bawić lalkami?

Starsza Córka: [chowa głowę mamie pod pachę]

Młodsza Córka: [uradowana, że wreszcie pojmuje w czym rzecz] Lalti! My mamy lalti! Mają czełwone sukienki i rózowe…[rozmarza się]

MCOONIT: Słucham?

PKŚWODC: [czując się w obowiązku wyjaśnić] Mają lalki.

MCOONIT: [głosem znawcy] Ona ma trochę problemy z wymową. No ale jest jeszcze mała, ma prawo. Powiedz „K”!

MC: „T”!

MCOONIT: A powiedz „Rrrrrrrrr”!

PKŚWODC: [oburzona] „R” to ona wymawia!

MCOONIT: Może tak, ale czasem rozmazane, tak jak w niektórych słowach w języku angielskim.

PKŚWODC: [ milczy ostentacyjnie]

MCOONIT: Te lalki mają taki tradycyjny wygląd… Lubicie takie tradycyjne lalki czy takie nowoczesne?

MC, SC: ???

MCOONIT: To znaczy takie, jak kiedyś się panie ubierały? Bo wie pani, te lalki są takie tradycyjne. A teraz są takie…Monster i coś tam, nie pamiętam. I one prowadzą, wie pani…[ściszając głos] Do szatana! Tak samo jak Hello Kitty.

PKŚWODC: [udaje, że jej nie ma]

MCOONIT: A macie braciszka?

MC: Jak będziemy grzeczne, to będziemy go mieć!

Cały Tramwaj Postronnych Obserwatorów: [ogólny wybuch wesołości]

PKŚWODC: [oblewa się pąsem i śmieje się półgębkiem]

Good night and good luck!

tramwaj dokądś indziej niż planowałam

Wsiadłam do tramwaju i zaczęłam nieporadnie gmerać w torebce w poszukiwaniu biletu. Jakby znikąd pojawił się tuż przy mnie elegancko ubrany młody mężczyzna i powiedział: „Dzień dobry!”. O Boże, kanar! – Przemknęło mi przez głowę. Ale mężczyzna zamiast dodać standardowe „Bileciki do kontroli” stał i uporczywie się we mnie wpatrywał. I nagle rozpoznałam te oczy, oczy dawno nie widzianego znajomego, przyjaznej duszy z innego życia, o całe eony stąd. „Cześć! Cześć! Czeeść!” – Powtarzałam w kółko całkiem głupkowato kiedy go uściskałam na powitanie, jak zawsze. Wydał się speszony tym gestem.

Usiedliśmy razem i zaczęliśmy rozmawiać. Okazało się, że pracował tu i tam, w zawodach zupełnie nie związanych z dyrygenturą, którą studiował. Pracował fizycznie, łapał co się dało w skandalicznych godzinach pracy, za śmieszne pieniądze. Był jakiś zgaszony, nieswój. Jego uśmiech był cieniem uśmiechu, ręce wciąż poszukiwały nerwowo zajęcia.

Zrozumiałam jak bardzo już się nie znamy, jak wiele się wydarzyło w jego życiu rzeczy, o których nie mam pojęcia i vice versa. Zatęskniłam za zwariowanym, pełnym pomysłów młodym artystą, sypiącym dowcipami, z błyskiem w oku. Powiedział, że wyjeżdża za granicę, że to jego przystanek i że wysiada. Zdążyłam tylko powiedzieć: „Powodzenia!”, i już go nie było. Powodzenia w dalszym życiu! Niech Ci się ułoży! Niech Ci przywróci blask w oczach i szeroki, szczery uśmiech! Czy można to wszystko zawrzeć w jednym słowie, „powodzenia”?

Wszystkim, którzy czytają te słowa życzę powodzenia na dziś, na jutro i na całą resztę.