La mère

„Matka”

martwi się

1. że mu gorąco,

że mu zimno,

2. że tak jakoś dziwnie mruczy,

że tak jakoś dziwnie milczy,

3. że może dożyć dnia, w którym Słońce zgaśnie,

że może nie dożyć jutra – czy na pewno oddycha?

4. że za dużo je,

że nie ma apetytu,

5. że wciąż tak bardzo jej potrzebuje,

że z każdym dniem potrzebuje jej coraz mniej,

6. że wpadnie w złe towarzystwo,

że będzie samotny,

7. że rozwija się tak powoli,

że pewnego dnia przestanie za nim nadążać,

8. że wpadnie pod samochód, zadławi się cukierkiem, przeziębi się, rozbije kolana i go napadną,

9. że się nieszczęśliwie zakocha,

że zakocha się szczęśliwie i wyjedzie na drugi koniec świata,

10. że na każdych dziesięć zmartwień

spełnia się tylko jedno,

ale nigdy nie wiadomo które.

Dla Synka

Stojąc przy oknie

trzymam Cię w ramionach

na krawędzi świata

tak, jak kiedyś

trzymałam Cię na krawędzi życia.

Popatrz,

po parapecie galopuje końska mucha wielkości Twojej dłoni,

nadciąga tu szwadron trzmieli w szyku bojowym,

i dzieci – giganty wydające z siebie dzikie ryki

rozsiewając wokół roje bakterii i wirusów.

Słońce nie świeci, a pali.

Wiatr nie wieje, a chłoszcze.

Powietrze przepełniają gryzący dym i spaliny.

Jak mam tam zabrać

tę wcieloną nieporadność

Twojego ciepłego istnienia?

togetherness II

Wczoraj właśnie minęły trzy miesiące od dnia mojego ślubu z T. Nie tak dawno brałam udział w żarliwej dyskusji na temat „dlaczego mężczyźni nie chcą się żenić” a zaraz potem „dlaczego lepiej żyć w konkubinacie niż w małżeństwie” na innych blogach. Koleżanki ostrzegały, że „małżeństwo to szaleństwo”, że tyle wokół rozwodów, że człowiek może się zmienić… W związku z powyższym przyszło mi do głowy pytanie, co też się zmieniło w moim życiu od czasu zawarcia związku małżeńskiego. Co tak dramatycznie odmieniło moją sytuację życiową, że rosnąca grupa młodych ludzi nie rozważa nawet podjęcia kroków zmierzających w tym kierunku?

Naturalnie można mi zarzucić brak doświadczenia w omawianej kwestii – czymże są 3 miesiące wobec całego życia? Jednak w przeciwieństwie do wielu moich rówieśników decyzję tą mam już za sobą, podjęłam ją świadomie i z pełną determinacją wytrwania w złożonej przysiędze, a to już może stanowić o znacznej różnicy doświadczeń. Ponadto Ci, którzy mnie znają, wiedzą aż nazbyt dobrze, że brak doświadczenia jeszcze nigdy nie przeszkodził mi w wyrażeniu swojej opinii.

Zmieniło się bardzo wiele. Zamieszkaliśmy razem, a co za tym idzie, zaczęliśmy dzielić się obowiązkami domowymi, planować wspólne wydatki, wspólnie gotować i wspólnie sypiać. Czasem ja piorę jego skarpetki, czasem on pierze moje. Tworzymy rodzinę. Dom, do którego chciałoby się wracać jak najszybciej, i do którego chcielibyśmy zapraszać przyjaciół oraz rodzinę.

Zaczęliśmy brać pod uwagę swoje plany przy podejmowaniu decyzji. Nim poszłam na kolejne studia podyplomowe przedyskutowaliśmy najpierw czy damy radę nie widywać się przez dwa dni w tygodniu i zrezygnować z pieniędzy, które mogłabym w tym czasie zarobić. Bierzemy za siebie odpowiedzialność. Jeśli mój mąż coś obiecał, zrobię wszystko, żeby umożliwić mu wywiązanie się z tej obietnicy i wiem, że on postąpiłby tak samo wobec mnie. Ufamy sobie we wszystkim, mamy wspólne konto.

Właśnie zapytałam T. co dla niego się zmieniło, a on, jak to on rzucił krótko „Jest po prostu lepiej”, a po chwili zastanowienia dodał „Moje życie jest Twoim życiem”, i ta definicja najbardziej przypadła mi do gustu. Im dłużej piszę, tym bardziej przekonuję się, że z małżeństwem jest trochę tak, jak z wiarą –  jak powiedział ksiądz Peyramale: „Wierzący nie potrzebują żadnych wyjaśnień; wyjaśniać niewierzącym jest rzeczą niemożliwą.”

„Wyznanie”

kocham Twoje kapcie

porzucone zawsze jak bloki startowe

z których wprost wyskoczyłeś i pobiegłeś w świat.

kocham Twoje okruszki

które nie istnieją w Twoim świecie

tylko w moim.

kocham Twój dzbanek do herbaty

na którym kompletnie nie robi wrażenia

ile razy go szoruję.

dotykam czule czajnika

woda po Twojej porannej herbacie

jeszcze ciepła.

Alma Mater II

Hmm…ciekawe dlaczego? Schemat z kwejk.pl

Przyznaję, przerwa była dość długa – ale jak najbardziej uzasadniona. Otóż, jestem (po raz kolejny już) studentką! Pogodzenie zajęć z pracą nie należy do najłatwiejszych, ale spokojnie – pracuję nad tym. Ze względu na najnowsze wydarzenia dziś wpis uczelniany.

Siedząc w sali chłonęłam chciwie atmosferę akademickiej dysputy, jakże odmiennej od moich codziennych doświadczeń zawodowych. Ze zdziwieniem i lekkim rozbawieniem dostrzegałam jak niewiele uległo zmianie w ciągu roku od kiedy odebrałam dyplom. Doktor Showman, jak go nazwałam na użytek prywatny, przepięknie poprowadził wykład pełen pasji, skrzący się wręcz dowcipnymi puentami. Pojawił się również nieśmiały doktorant, zawstydzony faktem, że nie zna odpowiedzi na wszystkie pytania. Nie zabrakło i prymusa z piątego roku, zupełnie pozbawionego doświadczenia zawodowego, a już niezbicie przekonanego o swojej ogromnej wartości, ponieważ ma same piątki.

Niebywałe z jaką łatwością można dostrzec w pełnym świetle tak wiele detali, gdy tylko nabierze się odpowiedniego dystansu. Nie irytował mnie prymus. Nie czułam się onieśmielona pretensjonalnym tonem wypowiedzi studentów, którym się wydaje, że posługując się nim, automatycznie mówią mądrzejsze rzeczy. Rozczuliło mnie to całe doświadczenie zupełnie jakbym wróciła do domu, a jednocześnie była o całe miliony mil za daleko, żeby mogło mnie to tak naprawdę dotknąć.

W związku z powrotem do studenckiego życia odbyłam parę rozmów dotyczących edukacji wyższej w Polsce. Przebijało z nich rozczarowanie. Rozczarowanie faktem, że tytuł magistra nie stanowi elitarnej nobilitacji, a tylko włączenie do większości społeczeństwa. Że nie pociąga za sobą niezbędnych na dzisiejszym rynku pracy kwalifikacji. Że uczelniana teoria nijak ma się do praktyki zawodowej. Że nadal mamy do czynienia z przedmiotami – zapychaczami, prowadzonymi przez ludzi, którzy dawno już powinni cieszyć się emeryturą w zaciszu domowym zamiast po raz strach-pomyśleć-który wyświetlać przezrocza z przestarzałą wiedzą zapisaną odręcznie chwiejnym pismem. Że kierunki takie jak socjologia, psychologia, pedagogika, politologia, ochrona środowiska, filozofia, turystyka itp. produkują w głównej mierze sfrustrowanych magistrów, którzy po pięciu latach studiów będą sprzedawać w sklepach, roznosić listy, i zastanawiać się co poszło nie tak – a nadal co roku prowadzony jest niemalejący nabór na wymienione kierunki.

Tych kilka zaledwie smutnych spostrzeżeń było oczywistych dla każdego z moich rozmówców. Jak to możliwe, że pracujący od lat na uczelniach dziekani oraz rektorzy nie dostrzegają problemu, lub, co gorsza, dostrzegają i nie uważają za stosowne reagować?

Na koniec mój szalenie buntowniczy postulat z lat studenckich:

„Kwiat młodzieży”

pozwalamy pięknym dniom

przeciekać między zacisniętymi kurczowo wykładami

zamiast na słońce

wystawiamy wymięte twarze na słowa

przegryzając cierpkie uwagi

za cynicznymi uśmieszkami

wychodzimy oświeceni

ale nie ogrzani

żołądki wypełnione kawą

włosy przesiąknięte papierosami

Enjoy the silence

Żeby nie trzymać Was dłużej w niepewności śpieszę z informacją, że przyznałam się do błędu. I wiecie co? Nikt tego nie skomentował, nikt nie czynił mi uwag, wszyscy przeszli nad sprawą do porządku dziennego. Najwyraźniej wcześniej ode mnie doszli do wniosku, że nie jestem idealna i mam prawo się pomylić. Dacie wiarę?

Dziś spotkało mnie coś pięknego. Siedziałam właśnie rozkoszując się chwilą przerwy w jednym z miejsc, w których pracuję, gdy przysiadła się do mnie osoba, o której dotąd potrafiłam powiedzieć tylko tyle, że widuję ją czasem i zawsze sprawia wrażenie niezwykle sympatycznej oraz przyjaznej ludziom kobiety. Najwyraźniej miała ochotę z kimś porozmawiać, czy może raczej coś komuś powiedzieć. Mój dziadek mawiał, że każdy ma swoją piosenkę. Myślę, że wielu z nas wręcz desperacko potrzebuje kogoś, kto zechce tej piosenki wysłuchać. Może stąd tak wiele blogów?

Tak czy inaczej, dowiedziałam się o niezwykle bolesnych przeżyciach mojej rozmówczyni związanych z ciężką, wieloletnią chorobą jej dziecka, zakończoną śmiercią. Nigdy bym nie podejrzewała, że można tak wiele unieść a przy tym zachować tak wiele łagodności, tyle uśmiechu, tyle pogody ducha. Odniosłam wrażenie, że w tym jednym momencie rozmowy stałyśmy się sobie bliskie, znacznie bliższe niż przez cały rok wspólnej pracy.

Wyszłam z pracy, ale słowa, które usłyszałam pozostały we mnie. Przeczytałam kiedyś, że chrześcijanie powinni być dla ludzi Niebem tu, na ziemi. Bardzo spodobał mi się ten pomysł. A jeśli, jak chce O. Adam Szustak OP, Niebo będzie całą wiecznością pełnego wzajemnego poznawania wszystkich, którzy tam trafią, wzajemnej miłości i zachwytu? Czemu by nie stworzyć sobie kawałka Nieba? Wystarczą oczy, które widzą i uszy, które słyszą. I może jeszcze odrobina ciszy.

„T [ty]„

Jesteś moim niebem

bezchmurnym błękitem

za zasłoną złotych rzęs.

jesteś Moim niebem

cichym kołysaniem

kiedy znów mnie dławi lęk.

jesteś moim Niebem

całkowitym rozgrzeszeniem

scałowaniem łez.

 

Busy as a bee

Sobota upłynęła mi pod znakiem twórczej pracy. Rezultaty przedstawiam na zdjęciach:

spacer w parku

szarlotka dla mojego łakomczucha

kwiaty klonowe własnego wyrobu

Ps. Skończyłam czytać książkę. Najbardziej spodobało mi się w niej stwierdzenie, że osiągnięć życiowych nie należy mierzyć tym, ile człowiek nagromadził – bo to może zawsze utracić – ale tym, ile rozdał – bo to pozostaje jego na zawsze.

Autumn leaves

Dzisiaj tylko kilka słów o tym, co uwielbiam jesienią, ze zdjęciami mojego autorstwa. Kiedyś uwielbiałam jedynie lato. Przez resztę roku zazwyczaj jest mi zimno, więc miało to dla mnie sens. W pewnym momencie uzmysłowiłam sobie jednak, że wyczekując jednej pory roku przeznaczam pozostałe trzy wyłącznie na czekanie, pozwalając, by omijały mnie wszelkie uroki późnej jesieni, zimy i wczesnej wiosny. Innymi słowy przez 3/4 roku czekałam na ładniejszą pogodę i narzekałam na zmarznięte paluszki! Od teraz koniec z tym! Mam zamiar żyć pełnią życia przez cały rok a nie tylko przez 3 miesiące!

poranne mgły snujące się nad małymi miasteczkami

soczysta czerwień jabłek

tajemnicze krajobrazy

słoneczne refleksy

piękne połączenia szarości z intensywnymi barwami

Zachwycającej jesieni życzę!

Coming back to you

Powroty”

moja dłoń w Twoich dłoniach

jest w domu

bezpieczna, uśpiona

jak człowiek, który po całym dniu

krążenia i szukania

prób, czekania i dreptania

przymyka oczy w głębokim fotelu

(dla T., który jest lekiem na całe zło – ode mnie)

togetherness

Jak wspaniale jest obudzić się obok męża, który nie pognał do pracy całując mnie w przelocie na pożegnanie, ale jest: oddychający głęboko, ciepły, zaspany! Jak miło zjeść z nim śniadanie! Zazwyczaj jadam śniadania z Jandą, ale w weekendy rezygnuję z jej towarzystwa na rzecz T. Rzecz jasna nie jadam z Jandą osobiście, po prostu jej książki dotrzymują mi towarzystwa przy jedzeniu.
Ostatnio przeczytałam „www.@.pl”, teraz zaczytuję się „Różowymi tabletkami na uspokojenie” i śmieję się w głos do pustych (jeszcze) ścian, zadziwionych, że ktoś im tak brutalnie przerywa codzienną ciszę poranną. Uwielbiam poczucie humoru tej kobiety–zjawiska, jaką Janda niewątpliwie jest. Potrzeba nam więcej takich kreatywnych, pracowitych ludzi w teatrze i telewizji! Doprawdy, sądzę, że dość już ludzi znanych z tego, że są znani. Przydałaby się jeszcze odrobina talentu i coś do powiedzenia. Obawiam się, że zdanie to nie jest specjalnie popularne, stąd też, w akcie protestu przeciw płyciźnie intelektualnej oferowanej na szklanym ekranie, nie posiadam telewizora.
Ale zupełnie nie o tym dzisiaj chciałam…Chciałam powiedzieć, że zapakowaliśmy się z T. i naszymi zamerykanizowanymi muffinkami (które, nota bene, wyszły znakomicie i musiałam je ratować przed apetytem męża, żeby coś zostało na dziś – przepis wzięłam ze strony kwestiasmaku.com, polecam!) do staruszka poloneza i ruszyliśmy do znajomych, którym zaledwie 3 miesiące temu urodziło się dziecko. Posiedzieliśmy, porozmawialiśmy o naszych polskich biedach i radościach, pośmialiśmy się wspólnie, pomartwiliśmy się, a nade wszystko ponadziwialiśmy się jaki to ten nowy człowiek jest mały, a już doskonały w każdym detalu! Jaki nowy, nietknięty, świeży!
I tak sobie pomyślałam, że za mało mi takich spotkań, za mało rozmów i przyjaźnienia się z ludźmi. Każdy gdzieś goni, coś ściga – albo mu się wydaje, że ściga, albo mu się wydaje, że coś…
Tak czy inaczej, w dobie powszechnego dostępu do telefonu (lub, jak się coraz częściej zdarza, kilku telefonów komórkowych) i internetu, kiedy tak łatwo byłoby się umówić, okazuje się, że najczęściej życie społeczne sprowadza się do, cytując klasyka: „obczajenia na fejsie” co tam słychać u znajomych. Rozgrzeszamy się z lenistwa składając raz na jakiś czas deklarację o chęci umówienia się, po czym następuje odrzucenie każdej proponowanej daty jako już zajętej. Zarazem, mnóstwo ludzi odczuwa samotność i odrzucenie. Skandal.
W odruchu buntu, który najwyraźniej jest u mnie równie wrodzony, co nieuchronny, nie mam konta na żadnym portalu społecznościowym. Zamiast tego spotykam z ludźmi najprawdziwiej i najczęściej jak mogę. Podtrzymuję przyjaźnie. Stąd mój dzisiejszy, z serca płynący, postulat:
Przyjaźnijmy się z rodziną i znajomymi! Przecież nie będą żyć wiecznie!

PS. À propos wczorajszego wpisu: przypomniały mi się wszystkie dźwięki, których miałam okazję poprzez okres studiów doświadczyć jako lokatorka różnych zakątków Poznania. Bywały to doświadczenia zabawne, żenujące, a czasem nawet mrożące krew w żyłach. Pod natchnieniem ogromnej frustracji znakomitą akustyką bloków postkomunistycznych popełniłam taki oto utwór, (może poprawi Wam nastrój):

„Poprzez mury brzmi ten głos”

Choć ci obca
moja twarz
brzmienie mego głosu –
znasz.

Obojętnie
minę cię na ulicy,
ale wiem
jak twoja kochanka krzyczy.

Chciej powiedzieć –
czy nie czujesz?
Przymusowo, acz życzliwie,
ktoś cię z góry obserwuje
i się śmieje dobrotliwie.

Twe westchnienia –
zamyślone,
słowa –
co na wiatr rzucone,
to, że śpiewasz przy goleniu,
czasem mlaskasz przy jedzeniu,
trzaskasz drzwiami, wpadasz w amok –

wiem, rozumiem, mam tak samo!

Więc, gdy mijasz mnie na klatce,
ukłońże się raz sąsiadce!

A oto nasze wypieki! Na pierwszym zdjęciu rosną sobie w piekarniku, a na drugim poprosiłam T., żeby zrobił coś kreatywnego z babkami.

rosną, rosną!

T. robi coś kreatywnego z babkami