Scènes de la vie privée

Stałam się ostatnio strasznym śpiochem. Włącznie z popołudniową drzemką potrafię przespać w sumie nawet 10-11 godzin dziennie. Do tego sen mam tak mocny, że niewiele jest mnie w stanie z niego wyrwać (czyżby przygotowania organizmu do bezsennych nocy po porodzie?). Jednak dziś wcześnie rano obudził mnie skurcz łydki tak silny, że natychmiast wyskoczyłam z łóżka jak oparzona, wykrzykując szaleńczo: „Magnez! Magnez!!!”.

Gdy już doszłam do siebie, zabrałam się do czytania. Aktualnie intensywnie czytam „Ucztę dla wron” George’a R. R. Martina. Intensywnie, to znaczy: po obudzeniu, przed snem, przy śniadaniu, obiedzie i kolacji, w tramwaju, na balkonie, w wannie, a także jednym okiem podczas gotowania i sprzątania. Powieść jest wciągająca, owszem, ale prawdziwym motorem tej nagłej fascynacji jest mój mąż. A było to tak:

Siedzieliśmy sobie niedawno na kanapie, każde zatopione w swojej lekturze – ja w sadze G.R.R. Martina, on w kolejnej już powieści z cyklu „Diuna” Franka Herberta – ot, ciche, spokojne popołudnie. Nagle, ni z tego, ni z owego, T. zapuścił żurawia w moją książkę, sprawdził, na której stronie jestem, po czym porównał wynik z numerem strony we własnej powieści. Wyraźnie ukontentowany, uniósł jedną brew w geście wyzwania i zapytał z cwanym uśmieszkiem: „Ścigamy się?”.

Z pewnością zrozumiecie, że nie mogę mu dać satysfakcji wygranej, więc wracam do powieści! Książkowego dnia życzę!