La pharmacie

W aptece wymieniłam całą listę dziecięcych produktów dla naszego malucha, po czym w końcu, po dłuższej chwili milczenia wymruczałam pod nosem, że potrzebuję czegoś na hemoroidy.

- Karmi pani piersią?

-Tak.

Farmaceutka pogmerała chwilę w szufladzie, po czym wyjęła małe opakowanie i wręczyła mi je z uśmiechem.

-Proszę, mi pomogło po porodzie.

A widząc moją zmieszaną minę dodała:

-To bardzo częste powikłanie.

I dorzuciła mi do reklamówki z zakupami kilka darmowych próbek.

Un sourire

nastolatka199-9a38dfefb9add8240a89

Będąc w niedzielę całą rodziną na spektaklu w poznańskim Zamku natknęliśmy się na niezwykle nieuprzejmą panią kasjerkę, która na kasę tego dnia chyba trafiła za karę. A przynajmniej wskazywało na to całe jej zachowanie, ton głosu i postawa. Szkoda miejsca i czasu na pisanie o takich ludziach, jak mówi piosenka Kabaretu Starszych Panów:

„Więc tę pierwszą odłóżmy na bok -

a o drugiej niech toczy się tok”.

Wybraliśmy się dzisiaj z synkiem na zakupy do osiedlowego sklepu z mydłem i powidłem. W zasadzie niby jest to sklep papierniczy, ale jak to bywa na osiedlach, stopniowo poszerzał asortyment o artykuły pierwszej potrzeby: od gumek do włosów i nici, poprzez zabawki, poduszki i gry planszowe aż po portfele, parasole i wreszcie materiały biurowe.

Oczywiście wszystko to stanowi niewyczerpane źródło odkryć dla mojego dwulatka. Zapędził się trochę w swoich poszukiwaniach i wszedł za ladę, skąd pośpiesznie go odciągnęłam w obawie przed reakcją ekspedientki. Ta jednak zamiast nas zganić za brak wychowania zaproponowała „wycieczkę” za ladą. Pokazała nam kasę, wejście na zaplecze i upragnione półki z samochodami, do których tak pchał się mały ciekawski. Na koniec wręczyła mu nawet „bilet” – kolorowy kartonik z narysowanymi zwierzątkami, pewnie z jakiegoś opakowania. Życzliwość tej kobiety rozjaśniła pochmurny dzień małego chłopca, który aż do wieczora opowiadał o swojej „wycieczce”. I coś mi mówi, że nie tylko jego dzień.

Dlaczego o tym piszę? Ponieważ można by się spodziewać, że kasjerka w CENTRUM KULTURY Zamek wykaże się większą uprzejmością niż sklepowa w małym papierniczym. Drodzy ekspedienci, kasjerzy, recepcjoniści, urzędnicy, doradcy, konsultanci, lekarze, pracownicy banków i urzędów pocztowych! Mam dla Was wspaniałą (acz dla niektórych szokującą) nowinę:

uśmiech nic nie kosztuje!

Mając codziennie do czynienia z mnóstwem ludzi macie niewyobrażalną moc dodawania otuchy, szerzenia optymizmu i pogody ducha. Szkoda byłoby nie skorzystać. Przesyłam Wam piękny uśmiech.

Le tramway

Naprawdę miałam głębokie postanowienie nie pisania więcej o niedogodnościach ciążowych. Słowo! Traf jednak chciał, że zdarzyło mi się ostatnimi czasy jechać kilka razy tramwajem.

O ile pogoda sprzyja, staram się wszędzie docierać drepterem, popularnie zwanym nogami, gdyż to tani, zdrowy i zgodny z naturą sposób podróżowania. Gdy jednak w grę wchodzi odległość większa niż 6 km, kapituluję i korzystam z transportu publicznego. Tak też było w ciągu kilku deszczowych dni na początku tygodnia. Bardzo szybko spostrzegłam nietypowe zjawisko: ośmiomiesięczny brzuszek, który przyciąga nie tylko wzrok, ale i bardziej lub mniej życzliwe reakcje przechodniów na ulicy, w momencie wchodzenia do tramwaju ulega kompletnemu zanikowi! Abrakadabra! Jestem szczupłą, gibką kobietą, która bez problemu może przestać pół godziny (+/- 3min) pośród napierających zewsząd plecaków, toreb z zakupami, zapachu zapiekanek z sosem czosnkowym oraz spoconych pach dzielnych studentów AWF-u.

W mojej naturze nigdy nie leżało domaganie się czegoś, co mi się należy. Zanim zaszłam w ciążę miałam w zwyczaju wcale nie siadać w tramwaju, w razie gdyby pojawił się ktoś starszy/ niepełnosprawny, żeby ominąć zawstydzającą część, w której mówię „Przepraszam, tu jest wolne”. W kolejce do kasy dla osób uprzywilejowanych w IKEA zamiast torować sobie drogę brzuchem pokrzykując przy tym „Z DROGI! JESTEM W CIĄŻY!”, staję grzecznie na końcu ogonka i czekam na swoją kolej (jeszcze się nie zdarzyło, żeby ktoś mnie przepuścił, nawet do kasy uprzywilejowanej!). Nie domagam się specjalnego traktowania, bo, Bogu dzięki, jestem wystarczająco zdrowa aby normalnie funkcjonować w normalnym stanie fizjologicznym jakim dla kobiety w wieku reprodukcyjnym jest ciąża. A jednak raz na jakiś czas czuję się zmęczona dźwiganiem dodatkowych kilogramów, długie stanie w jednej pozycji (że o dodatkowych efektach aromaterapii tramwajowej nie wspomnę) często powoduje, że robi mi się słabo i naprawdę miło byłoby, gdybym właśnie wtedy została dostrzeżona.

Przez długi czas tłumaczyłam sobie, że przecież mojej ciąży jeszcze nie widać. Że inni przecież też są zmęczeni, nawet bardziej niż ja. Teraz, w ósmym miesiącu, mojej ciąży nie da się ukryć, o czym świadczą dobitnie ochroniarze w sklepach, którzy pilnie mnie obserwują (może wypchałam sobie brzuch ukradzionym towarem) oraz pełne dezaprobaty westchnienia osób, które wymijają powolną i obszerną mnie na ulicy. A co do tych „bardziej zmęczonych osób”, czarę goryczy przelała starsza pani o zaciśniętych ustach, która sprytnie manewrując wyautowała mnie z ostatniego wolnego miejsca w tramwaju gdy poszłam do kasownika, zostawiła swoje rzeczy na siedzeniu, po czym dopiero sama poszła skasować bilet. Wszystko to w tempie zasługującym na medal olimpijski. No cóż… Przecież nie będę walczyć o miejsce z siwą staruszką.

Można by tu się rozpisywać o upadku kultury młodzieży gimnazjalnej, która okablowuje się sprzętem elektronicznym, knebluje usta gumą balonową i rozwala się na siedzeniu twarzą w kierunku okna. Można by… Gdyby nie fakt, że w ciągu ośmiu miesięcy od kiedy noszę dziecko pod sercem jeden jedyny raz miejsca ustąpił mi właśnie gimnazjalista, siedzący na plastikowej obudowie z przodu tramwaju. Mężczyźni w sile wieku siedzieli w tym czasie wygodnie rozparci na wyściełanych krzesełkach, bardzo pilnie przyglądając się pierwszym zielonym pąkom na krzewach przy torowisku.

Polska ma ujemny przyrost naturalny. Według rankingu przyrostu naturalnego wikipedii znajdujemy się na 169 miejscu spośród 193 istniejących na świecie niezależnych państw. Polityka prorodzinna państwa sprowadza się do absurdów typu „roczny urlop macierzyński, podczas gdy do żłobka można posłać dopiero dziecko 1,5 roczne”. Młodzi rodzice muszą się zmierzyć z biurokracją, służbą zdrowia, wątpliwymi widokami na powrót na swoje stanowisko pracy po urlopie macierzyńskim oraz własnymi obawami. Czy to za mało? Odrobina życzliwości od przypadkowych nieznajomych naprawdę bardzo by nam pomogła.