Le message

Od ponad dwóch tygodni wprowadzamy Synkowi do diety zupki warzywne. W związku z tym codziennie około milion razy wygłaszam kwestię:

„Synku, nie wkładaj rączek do buzi. Teraz jemy. Otwórz buźkę… No, popatrz, tak jak mama AAAAAAaaaaMMMmmm, PIĘKNIE. I jeszcze raz AAAAaaa… Ale nie wkładamy teraz śliniaczka do buzi, tylko łyżeczkę. O tak, właśnie tak.. Proszę oddać mamusi łyżeczkę. No, oddaj. Tak, dziękuję… Ale nie, nie NIE, nie wkładaj TERAZ rączek do buzi!”.

Zaczynam się zastanawiać czy ewentualne karmienie dziecka całe życie piersią byłoby takim złym pomysłem.

Tymczasem nie daje mi spokoju myśl poddana mi przez Agni, że cały mój wysiłek włożony w proces wychowania (poczynając od nauki jedzenia a na wartościach skończywszy) można równie dobrze sobie darować, bo pewnego pięknego dnia dziecko się zakocha i stanie się innym człowiekiem „jakby je ktoś podmienił”. Oczywiście pragnę dla mojego dziecka szczęścia wiążącego się z pokochaniem drugiej osoby z wzajemnością. Nikt nie wmówi mi jednak, że zakochanie jest tożsame z pożądaniem. Można pożądać nie kochając (tzw. seks bez zobowiązań – swoisty oksymoron, bo nie można wymieniać z kimś płynów ustrojowych i oczekiwać braku jakichkolwiek konsekwencji). Można kochać nie pożądając (miłość platoniczna, miłość rodzicielska, itp.). Wreszcie, można kochać i pożądać… Nie oznacza to jednak jeszcze, że to pożądanie natychmiast należy zrealizować. Nikomu jeszcze nic się nie stało dlatego, że powstrzymał się od współżycia. Natomiast wiele tragedii – takich jak AIDS, niechciane ciąże, zdrady, itp. – wiąże się z brakiem wstrzemięźliwości.

Czy rzeczywiście nie jestem w stanie w żaden sposób ukształtować mojego własnego dziecka pod względem seksualności?

Zastanawiam się, co chciałabym mu przekazać na ten temat. I jak mądrze to przekazać, żeby nie zrazić, nie wzbudzić niezdrowej ciekawości, a jednocześnie przekonująco wytłumaczyć? Kiedy zaczynać takie rozmowy? Czy z synem powinien porozmawiać ojciec „jak mężczyzna z mężczyzną”? Czy może raczej powinien być to temat jak każdy inny, poruszany od niechcenia przy niedzielnym obiedzie?

Na pewno chciałabym mu powiedzieć, że współżycie jest dobre. Może być piękne i wspaniałe. Nawet najwspanialszą rzecz można jednak zepsuć, jeśli nieumiejętnie się z niej korzysta.

Przede wszystkim, wbrew temu co można by wywnioskować z mediów, seks to nie jest taka gimnastyka we dwoje ani sposób na zabicie czasu w nudne popołudnie. To jest najbardziej intymne zbliżenie do jakiego może dojść między dwojgiem ludzi. Powinno być wyrazem miłości. Nie powinno więc do niego dochodzić byle jak, z byle kim, ani byle gdzie. Naturalnie jest to fizycznie możliwe do zrealizowania, ale nie należy wówczas oczekiwać, że będzie to cudowne przeżycie. Jak ze wszystkim, pierwszy raz może być tylko jeden, więc lepiej dobrze się zastanowić, nim się na niego zdecyduje. Czy naprawdę takie wspomnienie tego wydarzenia chcesz w sobie nosić do końca życia?

Myślę, że najważniejszy element spośród tych wymienionych przeze mnie „jak, gdzie i z kim” to właśnie ta druga osoba. Dla mnie na pytanie „z kim?” istnieje tylko jedna dobra odpowiedź: „z miłością Twojego życia”. Tylko wtedy tak wielka bliskość, taka czułość ma sens. Inaczej to jest zwykłe oszustwo. Twoje ciało krzyczy „jestem tylko Twój, kocham Cię, podziwiam Cię, chcę być z Tobą!” a twoje serce milczy. Ujmując to najprościej jak można: jeśli ta dziewczyna nie jest dość dobra, żeby wziąć z nią ślub, to nie jest też dość dobra, żeby iść z nią na całość. Zapytaj siebie czy chcesz mieć dzieci z tą osobą (co jest realną konsekwencją seksu, nawet przy najlepszej antykoncepcji). Czy chcesz spędzić z nią resztę życia. A jeśli odpowiedź brzmi „tak”, to nie ma się z czym śpieszyć, bo reszta życia to zazwyczaj dość długi okres czasu.

Co warte zaznaczenia, można nawet w najlepszej wierze, pomylić się co do swoich uczuć. Teraz sądzę, że to jest miłość mojego życia, a jednak za parę miesięcy się rozstajemy. Co wówczas zaoferujesz tej jedynej, kiedy już ją spotkasz? Jak mawia pewna znana mi wspaniała dziewczyna „przechodzonego, to ja nie chcę”. I ma rację. Większość ludzi pragnie takiej wyłączności: ja tylko dla Ciebie, Ty tylko dla mnie. Nie jest to jakieś naiwne marzenie. Tak powinno być. Tak może być. Nie jest łatwo w tym zwariowanym świecie, ale da się. A wtedy masz coś naprawdę wyjątkowego, czego mogą jedynie pozazdrościć ci wszyscy macho z dziesiątkami „zaliczonych” dziewczyn na koncie.

Encore une fois

Ze względu na zainteresowanie, które wzbudził ostatni wpis postanowiłam ponownie odnieść się do tematyki lekkiego podejścia do spraw seksu, ze szczególnym naciskiem na coraz bardziej powszechne zjawisko konkubinatu oraz społecze przyzwolenie na nie. Cieszy mnie polemika na poziomie – szczególne podziękowania dla olenqui i Kary – dzięki niej mam okazję przemyśleć swoje stanowisko i uświadomić sobie pewne rzeczy na nowo, jaśniej. Niestety miejsce na komentarze jest ograniczone, a i nie wszyscy czytelnicy zaglądają do komentarzy. Stąd, niektóre myśli mogą się powtórzyć. Jestem głęboko przekonana, że właśnie ludzie młodzi, zwłaszcza rodzice wychowujący kolejne pokolenia, powinni dyskutować o wartościach. Zupełnie inny wydźwięĸ w tym kontekście mają słowa księdza (który często ma jedynie wiedzę podręcznikową) czy starszej pani w berecie z wiadomego materiału (która okres wielkich namiętności raczej ma już za sobą), a inny wypowiedź osób młodych i zakochanych.

Jestem praktykującą katoliczką i mój punkt widzenia jest nierozerwalnie powiązany z moim światopoglądem. Sądzę, że warto podkreślić, że katolikiem nie zostaje się po to, żeby być MIŁYM i wszystkich wokół głaskać po głowach (ewentualnie zbierać cięgi i grzecznie się uśmiechać). To jest religia miłości, owszem, ale miłości mądrej, która WYMAGA od siebie i od innych.

Dla pełnej jasności: nie twierdzę, że małżeństwo jest jedyną drogą do szczęścia ani gwarantem odpowiedzialnego zachowania drugiej połówki. Oczywiście, że istnieją nieudane małżeństwa oraz udane związki bez ślubu. Jestem jednak przekonana, że świadomie zawarte małżeństwo ma większe szanse na szczęśliwy, trwały związek, a wyjątki potwierdzają regułę.

Mimo moich osobistych przekonań na potrzeby tej dyskusji mówiąc o małżeństwie mam na myśli osoby, które zawarły ślub konkordatowy, kościelny, lub cywilny, ponieważ, jak słusznie zauważyła olenqa, nie wszyscy są wierzący. Co prawda oficjalnie ok. 95% Polaków to katolicy, ale praktykuje już tylko ok. 40% (dane GUS). Ponadto rozwodnicy nie mogą wziąć ponownie ślubu kościelnego, nic nie stoi jednak na przeszkodzie, aby wzięli ślub cywilny z nowym wybrankiem/ wybranką. Dlaczego tego nie robią? Czy powoduje nimi obawa przed ponownym zranieniem i przechodzeniem przez piekło rozwodu? Jeśli tak, to po co znów wchodzić w związek? Trudno mi się w tym połapać.

Spotkałam się już z takim stwierdzeniem: „nie jestem gotowy na poważny związek”. W takim razie wykreśl słowo „poważny”. Ty nie jesteś gotowy na żaden związek, bo drugiego człowieka nie można traktować jak zabawki. To JEST poważna sprawa. Idź do kina albo do kawiarni, ale nie do łóżka, gdzie może (u osób płodnych zawsze istnieje taka szansa) począć się kolejny człowiek od początku uwikłany w jakąś niejasną sytuację.

Inne tłumaczenie: jest ok, ale jak trafię na kogoś lepszego, to się rozstaniemy. Ta osoba jest jak gdyby poczekalnią na jakąś lepszą przyszłość. Czy ktokolwiek chciałby świadomie znaleźć się w takiej sytuacji?

Jeszcze inna postawa: my się sprawdzamy. Co dokładnie sprawdzacie? Jeśli kogoś kocham, to podejmuję ryzyko: „Kocham Cię i chcę spędzić z Tobą resztę życia, chcę dla Ciebie tego co najlepsze, oddaję Ci wszystko co mam”. Natomiast tutaj mamy podejście: „Kocham siebie i chcę dla siebie tego, co najlepsze. Jeśli się nadajesz, to może Cię zatrzymam, a jak nie, no to trudno.”

Najdziwniejsze jest to, że tego typu relacji najzacieklej bronią tkwiące w nich kobiety. Dla mężczyzny taki układ jest szalenie wygodny, przyznaję. Ale kobieta ma mnóstwo do stracenia, ryzykuje całą swoją przyszłość.

Jednak zjawiskiem, które budzi mój szczególny niepokój jest konkubinat czy… Jak to w ogóle nazwać?… Rozwiązłość (mam tu na myśli serię krótkotrwałych związków, lub przygodnych relacji, o podłożu seksualnym) wśród ludzi młodych, nastolatków i studentów dopiero wkraczających w świat dorosłości. Młodzież zawsze stanowiła surowego krytyka błędów dorosłych, wytykała hipokryzję, wskazywała ideały. Większość powstań i rewolucji opierała się właśnie na wierze młodych, że ten świat można uczynić lepszym. Że TRZEBA uczynić go lepszym. Tymczasem obecnie w moim odczuciu mnóstwo młodych przejawia cynizm, znudzenie i kieruje się głównie własną wygodą.

Szczególnie boli mnie ogromna hipokryzja, pewna labilność poglądów, którą nieraz już obserwowałam. Młody, zaangażowany w Kościele człowiek wyjeżdża na studia do dużego miasta po czym… Zrywa z Kościołem i zamieszkuje ze swoją sympatią (a potem może i następną, i następną – kto wie? Coraz dalej od Kościoła). Rodzice niby protestują, niby się nie zgadzają, ale tak naprawdę czują się bezsilni wobec swoich własnych dzieci, którym przecież jeszcze niedawno podcierali tyłki i nosy. Gdyby jeszcze przyczyną tej zmiany były jakieś wątpliwości duchowe, rozterki – można by dyskutować, przekonywać. Ale jak dyskutować z pożądaniem, z namiętnością? W wielu domach o takich sprawach wcale się nie rozmawia. Matki i ojcowie, którzy niejedno już przeszli, czują się zawstydzeni postępowaniem małolatów, które ledwo dostały dowód osobisty (albo i nawet nie), a już chcą koniecznie również zostać matkami i ojcami.

Temat jak widać jest bardzo obszerny i mam jeszcze wiele przemyśleń, którymi podzielę się z Wami w najbliższym czasie. Tymczasem zachęcam do dalszej dyskusji!

Le modernisme

Nie jestem nowoczesna. Nigdy nie byłam. Odkąd sięgam pamięcią urzekał mnie świat gramofonów, czarno-białych fotografii, listów pisanych piórem i kapeluszy z wielkimi rondami. Tkwi w nich jakaś niewymuszona elegancja, spokojny namysł kogoś, kto w danej chwili koncentruje uwagę tylko i wyłącznie na jednej czynności – i czerpie z niej pełną przyjemność. Wyszłam za mąż za staromodnego chłopaka. Kupiliśmy gramofon. Nie kupiliśmy telewizora. I tak żyłyśmy na bezpieczny dystans: nowoczesność sobie, ja sobie.
Ostatnimi czasy nowoczesność nabrała jednak pewności siebie, a w efekcie stała się agresywna. Zaczęła kąsać moje najbardziej osobiste przekonania, nazywając je zacofanymi. Swoje własne poparła głównie faktem, że są nowe, popularne i z zachodu. Cóż takiego nowego miała do zaoferowania?
Przede wszystkim seks i jeszcze więcej seksu. Bardzo dobrze. Ale gdyby to była nowość, ludzkość dawno już zniknęłaby z powierzchni ziemi. W takim razie bezpruderyjność: wolne związki, otwarte związki, seks bez zobowiązań, eksponowanie nagości, epatowanie erotyką zawsze i wszędzie. Nic nowego… A raczej nowe, ładniejsze opakowanie dla tej samej zawartości: konkubinat, rozwiązłość, nierząd, ekshibicjonizm, bezwstyd. Nie bez powodu mówi się przecież o „najstarszym zawodzie świata”.
Tyle, że teraz osoby nieprzyzwoite nie chcą już być nieprzyzwoite: oni są nowocześni, a ich zachowanie zupełnie naturalne (tu się muszę zgodzić; tak naturalne jak u zwierząt – bardziej naturalnie już się nie da). Dawniej zdrada, wiarołomstwo, czy życie „na kocią łapę” wiązało się z wielkim wstydem, wynikającym, jeśli nie z poczucia przyzwoitości, to chociaż ze społecznego potępienia. Aktualnie tego typu zachowania ukazuje się jako normę, którą należy akceptować.
Nie zgadzam się. Protestuję przeciwko tej „nowoczesności”. Nazywajmy rzeczy po imieniu. Zło jest złem. Zepsucie jest zepsuciem. Jeśli większość osób tak robi – tym gorzej dla większości. Przynależność do bezmyślego tłumu jeszcze nikomu nie przyniosła zaszczytu.
Co w tym złego, skoro każdy ma własne życie oraz własny pomysł na szczęście? Czy tego chcemy, czy nie, nikt nie jest samotną wyspą. Jeśli akceptuję cudze zdrady, konsekwetnie będę musiała uśmiechnąć się kiedyś ze zrozumieniem na wieść o kochance mojego męża. Jeśli nie przeszkadza mi złe prowadzenie się obcych ludzi, nie mogę mieć wyrzutów do mojego dziecka za sypianie ze swoją sympatią. Przecież to normalne! Jeśli syn przyprowadzi swoją nastoletnią dziewczynę w ciąży zapewne powinno się przyjąć ich z radosnymi gratulacjami? Skąd w takim razie rozczarowanie, skąd łzy? Skąd poczucie pustki i bezsensu?
A skąd ma być poczucie pełni, skoro najpierw samemu się to życie spłaszczyło, zniżyło do ulegania najprostszym zachciankom?
A co z wiernością, skromnością, niewinnością, wzajemnym zaufaniem? To bajki dla dzieci, przeżytek i ciemnogród. Cóż… Nigdy nie byłam nowoczesna.
I tak żyjemy na coraz mniej bezpieczny dystans: nowoczesność sobie, ja sobie.

L’affirmation de la vie

01Jestem właśnie po lekturze dwóch przesiąkniętych optymizmem książek Reginy Brett, kobiety, która w dzieciństwie była molestowana, a w dorosłości samotnie wychowywała córkę, zachrowała na raka i straciła obie piersi. Przyznacie, pozytywne nastawienie u osoby po takich przejściach robi wrażenie. „Bóg nigdy nie mruga” oraz „Jesteś cudem” to zbiór przemyśleń i opowieści z życia wziętych dotyczących szczęścia, nadziei i dobrego życia. Nieco naiwne, czasem niedopracowane teksty i tak osiągają swój cel: wzruszają, dodają otuchy, inspirują.

Pozwoliłam sobie stworzyć zestawienie tytułów niektórych rozdziałów oraz cytatów z obu książek, tak, by powstała motywująca strona A4 do wydrukowania i powieszenia na lodówce, lub w innym widocznym miejscu. Mam nadzieję, że Wam się spodoba i doda uśmiechu do Waszej codzienności :)

Życie jest niesprawiedliwe, ale i tak jest dobre.

Zacznij tam, gdzie jesteś.

Zajmij się tym, co możliwe.

Wyolbrzymiaj dobro.

Przychodź wcześniej.

Przygotuj się ponad miarę, a potem daj się ponieść.

Wszyscy robimy to samo. Różnica polega na tym, jak to robimy.

Daj z siebie wszystko i nie zadręczaj się. Może jest jeszcze za wcześnie na ocenę.

_____________________________

Nie traktuj ludzi tak, jak sam chcesz być traktowany, tylko tak, jak oni chcą być traktowani.

Każdy jest Twoim uczniem albo nauczycielem. A większość z ludzi występuje w obu tych rolach.

Zazdrość to strata czasu. Masz już wszystko, czego naprawdę potrzebujesz.

Pocieszaj chorych. Bądź tym, kto zostanie, gdy wszyscy inni się ulotnią.

Wyciągaj rękę na zgodę jak najszybciej, póki nie jest jeszcze za późno.

_____________________________

Nie traktuj siebie tak poważnie. Nikt poza tobą tego nie robi.

Życie jest za krótkie, żeby się nad sobą użalać. Zajmij się życiem albo zajmij się umieraniem.

Nieważne jak się czujesz: wstań, ubierz się i przyjdź, gdzie trzeba.

_____________________________

Zapal świece, śpij w lepszej pościeli, włóż elegancką bieliznę. Nie czekaj na specjalną okazję – wystarczającą okazją jest dzisiejszy dzień.

Nikt oprócz ciebie nie odpowiada za twoje szczęście. Jesteś menedżerem własnej radości.

Pozbądź się wszystkiego, co nie jest pożyteczne, piękne, lub radosne.

_____________________________

To, o czym myślisz, staje się prawdą.

Kto o nic nie prosi, niczego nie dostaje.

Mierz wyżej.

Zostaw po sobie dziedzictwo, którego nie zatrze czas.

Jeśli się dziś obudziłeś, to Bóg jeszcze z Tobą nie skończył.

_____________________________

„Znajdź swój rytm i idź jak burza.”

„Naprzód najważniejsze!”

„(Twoje imię), zasługujesz na dobrobyt!”

„Jeśli próbujesz być kimś innym, poniesiesz porażkę. Świat już ma taką osobę. Teraz potrzebuje ciebie.”

„Okoliczności życiowe odpowiadają za 10% naszego poczucia szczęścia (…). Za kolejne 50% odpowiada genetyka. A reszta zależy wyłącznie od ciebie. Więc może pośiwięć się w 100% tym 40%?”

„To dobrze, że jest trudno. Poradzisz sobie z trudnościami.”

„Wszystko JEST dobrze.”

„Po prostu oddychaj.”

„To nie jest niemożliwe. To po prostu życie.”

„Gdyby miało być inaczej, to byłoby inaczej.”

„Nauczyłam się, że ludzie upadają, ale zwycięzcy się podnoszą, a złoci medaliści po prostu podnoszą się szybciej.”

„Nie ma czegoś takiego jak „nie”. Znajdź sposób aby to „nie” zamieniło się w „tak”.”

„Żyj, (Twoje imię), żyj, (Twoje imię), żyj i nie trać czasu!”

„Jeśli przestrzegasz wszystkich zasad, omija cię cała zabawa.”

„Kiedy uwolnisz się od marzeń o przeszłości, możesz zacząć zmieniać swoją teraźniejszość i stworzyć dla siebie lepszą przyszłość.”

Any suggestions?

No Kochani, nie wiem jak się przedstawia u Was sytuacja meteorologiczna, ale nad mój dom nadciągnęły dziś czarne chmury i nastała pora deszczowa. A że dziecko musi się ruszać, i na dodatek powinno mieć swobodny dostęp do endorfin z krwi matczynej, wskoczyłam na rowerek stacjonarny, włączyłam koncert  ELO i zaczęłam żwawo (acz statecznie, jak na panią matkę przystało) przebierać kończynami dolnymi. Swoją drogą, ciekawi mnie jakie to uczucie znajdować się w brzuchu kogoś, kto jedzie na rowerze i w głos wyśpiewuje „Eeeeevil woman, eeeevil woman!”. Nie wiedzieć czemu, akurat muzyka z lat 80-tych naładowana jest pozytywną energią. Posłuchajcie tego brzmienia! Electric Light Orchestra, Earth, Wind and Fire, ABBA, początki George’a Michaela i Phila Collinsa… Tak wiele radości i uśmiechu w tej muzyce! Na deszczową chandrę jak znalazł!

Jadę sobie, jadę (nie napiszę wszak, że pedałuję, bo to aktualnie dość ryzykowne stwierdzenie) i myślę o tym, co nas wkrótce czeka. Wydawać by się mogło, że nie tak łatwo spłodzić potomka (choć doświadczenia licznych rozrywkowych nastolatek mówią co innego), a następnie go urodzić (na razie staram się o tym nie myśleć). Jednak choć wyzwania najbliższych miesięcy wydają się znaczne i przerastają np. pewną feministkę, która zniesławiła się przed świętami, są one niczym wobec następujących później lat wychowywania.

Zastanawiam się czego nauczyć dziecko. Jest to dylemat pomiędzy wartościami, które wyznajemy, a umiejętnościami, które pozwalają na przetrwanie oraz zwycięstwo w obecnym świecie. Wielu rodziców wydaje się pozostawiać rozwój moralny dziecka jemu samemu twierdząc, że nie chcą niczego wymuszać na potomku, niech sam zdecyduje czy i w co chce wierzyć. Problem polega na tym, że tego typu pytanie na poważnie można zadać dopiero osobie dojrzałej, ukształtowanej. A skąd ma się wziąć ta dojrzałość i ukształtowanie, jeśli rodzic woli nie ingerować w sferę przekonań swojego dziecka? Zapewne ktoś, lub coś tę lukę zapełni. Środki masowego przekazu, rówieśnicy, nauczyciele… Jeśli nie chcesz wychować swojego dziecka, ktoś zrobi to za Ciebie. Tylko w jaki sposób? Zresztą, idąc tym tropem powinniśmy głęboko się zastanowić czy przypadkiem nakładanie dzieciom ubrań nie jest narzucaniem im w sposób sztuczny naszych przyzwyczajeń, których same by nie wybrały – o czym wie każdy, kto usiłował kiedyś odziać baraszkujące nago niemowlę. Czyż ludzie nie rodzą się nadzy?

Już Roosevelt powiedział, że:

„Kształcić tylko umysł człowieka, nie udzielając mu nauk moralnych, to stwarzać zagrożenie społeczne”.

Zgoda. Skąd więc mój dylemat? Stąd, że pragnąc dla moich bliskich jak najwznioślejszych wartości, takich jak uczciwość, wierność, czy sprawiedliwość, mam świadomość, że to zarazem najprostsza droga do wychowania dzieci naiwnych, wrażliwych na zranienie i kompletnie nieprzystosowanych do tak zwanego życia w społeczeństwie. Mówiąc krótko: jak wychować dobrego człowieka, którego rówieśnicy nie zjedzą już pierwszego dnia w przedszkolu? Mam zagwozdkę na kolejne 4,5 miesiąca.

A żeby nie było tak całkiem smutno, możecie sobie ze mną zanucić „Evil woman”. W razie braku sprzętu kolarskiego, możecie robić „rowerek” w powietrzu.*

*tylko dla gorliwych fanów światłosekundy

Good to be alive

Gdybyście mieli wytłumaczyć nienarodzonemu dziecku dlaczego warto przyjść na ten świat, co byście powiedzieli? Wyobrażam sobie taki dialog mniej-więcej tak:

Ja-Na świecie jest pięknie. Przyroda pospołu z ludzką twórczością potrafi nieustannie zadziwiać swoim bogactwem.

Nienarodzone Dziecko-Tak, ale na świecie bywa też brzydko, okropnie i nieprzyjaźnie. Środowisko (vel „smrodowisko”) jest coraz bardziej zanieczyszczone, w tym również zanieczyszczone hałasem i światłem, których bardzo nie lubię.

J-Spotkasz tu mądrych, dobrych ludzi.

ND-Owszem, niestety napotkam na swojej drodze również ignorantów, egocentryków oraz ludzi tak spaczonych przez trudne doświadczenia, że należałoby ich raczej unikać.

J-Dowiesz się czym jest miłość i przyjaźń.

ND-Skoro tak, to zapewne dowiem się także czym jest ból, strach i złość.

J-To prawda. Świat nie jest Niebem. Każdy zysk pociąga za sobą jakąś stratę. Wybór jednej rzeczy często oznacza rezygnację z wielu innych. A jednak to czy warto żyć zależy tylko od Ciebie.

ND-Jak to?

J-Ponieważ życie jest dynamicznym procesem, w którym nic nie jest dane i zagwarantowane raz na zawsze. To Ty podejmując swoje małe i duże decyzje nadajesz swojemu życiu znaczenie lub mu je odbierasz. Na przykład jeśli zaprzyjaźnisz się z kimś, dodasz nową jakość Twojemu istnieniu. Jeśli jednak zdecydujesz, że wolisz spędzić czas, który zajęłoby Ci poznanie przyjaciela, na leżeniu przed telewizorem, w jakiś sposób umniejszysz swoje człowieczeństwo do postaci nieruchomego trwania i tępego wlepiania wzroku w elektroniczne pudełko. Przy czym posiadanie wielu przyjaciół nie wyklucza oglądania od czasu do czasu telewizji, a nawet największy telemaniak może w pewnym momencie powiedzieć: stop, od tej pory nie chcę widzieć żadnego sprzętu elektronicznego – odtąd będę całymi dniami przebywał pośród ludzi!

Poza tym jesteś zdecydowanie zbyt elokwentne jak na nienarodzone dziecko. Lepiej weź się do nauki ssania palca, czy co tam robią inne grzeczne nienarodzone dzieci.

A few remarks on the art of confrontation

 

W życiu każdego, nawet nadspodziewanie opanowanego człowieka zdarzają się sytuacje, w których musi zmierzyć się z osobą o odmiennym stanowisku, nierzadko obdarzoną bardziej wybuchowym temperamentem. Jak trafnie ujęła niegdyś sedno sprawy moja dobra znajoma: „Jestem niezwykle spokojną osobą, dopóki ktoś mnie nie zdenerwuje”. W świetle moich ostatnich doświadczeń chciałabym się podzielić kilkoma przemyśleniami. Z góry chciałabym zaznaczyć, że podziwiam wszystkie osoby, które potrafią omawiać kwestie sporne w sposób wysoce kulturalny oraz bez unoszenia się. Niestety sama nadal szlifuję tę trudną sztukę.

Co ciekawe, w retrospektywie okazuje się zazwyczaj, że to wcale nie punkt zapalny dyskusji stanowił meritum sprawy. W istocie jest to zaledwie pretekst, lub kropla, która przelała czarę goryczy. Znamienne, że w trakcie rozgorączkowanej argumentacji udostępniamy oponentowi znacznie więcej informacji niż byśmy sobie życzyli, a zarazem nierzadko znacznie więcej niż on sam chciałby o nas wiedzieć. Wszelkie zdania zaczynające się od „zawsze”, „oczywiście”, „nigdy”, „normalnie” wskazują na głębokie przekonania oraz wartości, które wcale nie muszą stanowić prawd uniwersalnych, a jedynie takimi się wydawać temu, kto je głosi. Można wówczas łatwo się przekonać co stanowi dla rozmówcy prawdziwą wartość.

Ponadto, wszelkie zarzuty kierowane pod adresem drugiej strony świadczą wcale nie o stronie atakowanej, ale o sposobie postrzegania świata atakującego – mierzymy innych własną miarą, spodziewamy się zachowań oraz sposobu rozumowania, które sami jesteśmy sobie w stanie logicznie wytłumaczyć. „Ach tak, – pomyśli kobieta chorobliwie zazdrosna – Uśmiechnęła się do niego chcąc nawiązać flirt!”, „Wcale nie – powie kobieta przekonana o własnych deficytach intelektualnych – Uśmiechnęła się do niego znacząco, jakby chciała powiedzieć: ona i tak nic nie rozumie z naszej rozmowy!”, na co początkująca gospodyni domowa: „Tak naprawdę wcale się nie uśmiechnęła, tylko skrzywiła próbując mojej sałatki, ale próbowała zamaskować ten fakt uśmiechem”.

Dodatkowe źródło informacji stanowią reakcje emocjonalne rozmówcy. Czy zastanawia się nad tym co i do kogo mówi, czy waży słowa, czy też wyrzuca z siebie ciąg słów niczym karabin maszynowy: szybko, dużo, głośno i pozostawia z przeciwnika krwawą miazgę. Obserwując różnych ludzi, także tych piastujących stanowiska wymagające częstych konfrontacji, odnoszę wrażenie, że zdecydowany prym wiedzie ta druga technika. O ile jest dość spektakularna, chociażby w polityce, w życiu prywatnym może sprowadzić się do palenia za sobą mostów.

Jeśli się już z kimś kłócę, to najprawdopodobniej jest to dla mnie osoba na tyle ważna, że uważam za zasadne poświęcić czas i energię na przekonanie jej do swoich racji. (Wyjątek stanowią tu osoby kłócące się – aż się ciśnie na usta określenie „wykłócające się” –  dla sportu z każdym i w każdych możliwych okolicznościach.) I jeśli taką ważną dla nas osobę zmasakrujemy na dzień dobry z broni pokroju bazooka, to choćbyśmy potem nawet wybaczyli sobie, poklepali się po plecach i postanowili zostać najlepszymi kumplami, blizny pozostaną (oby tylko blizny, a nie pourywane kończyny).

Brak mi momentu ciszy i zastanowienia w dyskusjach. Tak jakby to był wyścig kto powie szybciej, więcej, kto zakrzyczy oponenta. W takiej atmosferze zupełnie zapominam o tym, że mogę chociażby na parę sekund zamilknąć, pozwolić tej drugiej osobie usłyszeć co właściwie przed chwilą powiedziała, i może odrobinę się zreflektować. Brak czasu na wyciszenie, zastanowienie się, czy rzeczywiście chcę kontynuować tą rozmowę, czy warto. Muszę przecież odpowiedzieć NATYCHMIAST, najlepiej równo z ostatnią sylabą wypowiedzianą przez drugą stronę, wytknąć wszystkie słabe punkty argumentacji, po czym przejść do własnych argumentów nim ktoś mi nie przerwie.

Słów raz wypowiedzianych nie da się wycofać, żadne gesty przyjaźni ich nie wymażą. „Skoro coś powiedziałeś, to znaczy, że tak pomyślałeś. A skoro pomyślałeś raz, to bardzo prawdopodobne, że cały czas tak uważasz, tylko o tym nie mówisz” – taka rysa wystarczy by rozluźnić najbardziej nawet zacieśnione więzy.

Myślę, że kto potrzebuje spokoju, musi ten spokój nosić w sobie i sięgać do jego pokładów w trudnych sytuacjach. Okazuje się, że najlepszą odpowiedzią na ostrzał z bazooki nie jest wyciągnięcie armaty, ale jasne stwierdzenie: „Słuchaj, mierzysz do mnie z bazooki. Myślałam że mieliśmy tylko porozmawiać”.

Może wreszcie się nauczyłam, że tylko wtedy mogę być rzeczywiście dumna z wyniku dowolnej wymiany zdań, jeśli dla drobnego „zwycięstwa” nie posunę się do działań, których potem byłoby mi wstyd przed samą sobą.

I’m Blue da ba dee dabba da-ee dabba dee-a dabba da da ba dee da dabba dee-a dabba da da ba dee da dabba dee-a dabba da da ba dee da

Cate Blanchett – wielkie brawa za odwagę wystąpienia bez makijażu! Bardzo mi to poprawiło samoocenę.

Wybraliśmy się z T. do kina na „Blue Jasmin” Woodiego Allena. Film, opisany w gablocie poznańskiego Cinema City jako „komedia/ dramat”, dla mnie w sposób oczywisty JEST dramatem z okazjonalnym przebłyskiem Allenowskiego żartu. Liczyłam na typowe dla reżysera życzliwe wyśmianie człowieka w jego małości, tymczasem jego najnowszy film odebrałam jako nieskończenie smutny obraz starzejącej się piękności, która potrafi jedynie wydawać efektowne przyjęcia (że o wydawaniu pieniędzy nie wspomnę). Jest to jednak dramat, który, jak sądzę, zachęca do refleksji w sposób znacznie bardziej subtelny i przemyślany niż chociażby „O północy w Paryżu” tegoż twórcy – mimo, że temat jakby ten sam.
Zastanawia mnie chociażby, czy oglądanie życia Jasmine/ Janette byłoby choć odrobinę weselsze, gdyby nie utraciła całej fortuny. Myślę, że nie, ale przecież to już widzieliśmy wiele razy w różnych wydaniach. O, nieszczęśni bogacze! Jak trudny jest wasz los! Współczuję z głębi serca.
A zupełnie na poważnie, intryguje mnie fakt, że temat bogactwa jako źródła korupcji oraz niemożności dostrzeżenia tego, co w życiu się liczy, przewija się tak często w twórczości tego wziętego scenarzysty i reżysera. Jak podaje portal iwoman.pl, „Blue Jasmin” uzyskał w pierwszy weekend wyświetlania: „ponad 102 tysiące dolarów wpływów na kopię [filmu]”. Allenowi musi być bardzo ciężko.
I pomyśleć, że kiedyś oglądałam jego komedie/ dramaty dla jego poczucia humoru, nieświadoma, że on przez cały ten czas cierpiał katusze. Bogatsza (o, zgrozo!) o tę wiedzę nieomal fizycznie czuję jak zmieniam się w dojrzałego widza. Starzejemy się, Panie Allen, co tu kryć.

A na pocieszenie polecam do odsłuchania rewelacyjną ścieżkę dźwiękową z filmu:

PS Właśnie sobie uświadomiłam, że nie napisałam Wam w końcu wczoraj czym się wyraża męskość mojego męża! Zilustruję przykładem:
Mąż siedzi w kuchni zatopiony w lekturze gazety. „Tonem zwiędłego fiołka”, jak określiłby to Andrzej Bobkowski, zaczynam się cichutko skarżyć na nowe buty. Mąż marszczy brew. Prezentuję poobcierane stópki. Mąż podnosi znad gazety zimny wzrok mordercy i oświadcza tonem nieznoszącym sprzeciwu: „Do wyrzucenia!”
Tak, tak, tak! Panowie, uczcie się!