Le clergé

24 Urodziny Radia (pożal się Boże) Maryja (źródło: fakt.pl)

24 Urodziny Radia (pożal się Boże) Maryja (źródło: fakt.pl)

„Z władzą świecką można współpracować, ale wiary należy strzec jak skarbu. Za każdym razem, kiedy przedstawiciele Kościoła wchodzili w zbyt zażyłe stosunki z polityką, dobrze im się wiodło, lecz wiara na tym na ogół cierpiała. Mody polityczne przeminęły, a to, co najważniejsze w wierze Kościoła przetrwało, nawet jeśli się wydawało, że nie ma prawa przetrwać.”

(Damian Mrugalski OP)

Słowa te co prawda padły w kontekście zamierzchłej historii, jednak wydają się nad wyraz aktualne. Jeśli spojrzymy na przykład z historii najnowszej – i nie mam tu na myśli Polski – ale Hiszpanię, która wraz z Irlandią, Maltą i Polską stanowiła jeszcze do niedawna jedną z ostoi wyznania katolickiego w Europie, a w ciągu zaledwie jednego pokolenia zupełnie się zlaicyzowała na skutek zgubnego zaangażowania Kościoła w politykę, można się zastanawiać, czym jest „to, co najważniejsze w wierze Kościoła”.

Ktoś może powie: jakość kosztem ilości. Zgoda, to może być oczyszczające doświadczenie dla Kościoła w Polsce. Pod warunkiem, że taka zmiana jakościowa w pierwszej kolejności nastąpi pośród kleru. Przy obecnej znikomej liczbie powołań i przepychaniu kleryków na siłę przez kolejne lata seminarium; przy biskupach, którzy chętnie mówią, ale rzadko słuchają nawet papieża, a co dopiero wiernych; przy akceptowaniu przez duchowieństwo księży-pedofilów, księży-alkoholików, księży-z-kochankami, księży-rasistów, a nade wszystko księdza-który-prowadzi-rozgłośnię-radiową-szerzącą-podziały-w społeczeństwie – nie wydaje się to prawdopodobne. Chociaż – kto wie? Może ostatecznie ten fatalny flirt z PiS-em znacząco poprawi stan duchowości stanu duchownego?

Et que?

i-know-youre-busy-but

Jako świeżo upieczona mama otrzymałam w prezencie od kuzyna tegoroczną nowość wydawniczą: „I co my z tego MAMY?” duetu Dominika Figurska i Agata Puścikowska. Pierwsza z pań jest podobno znaną aktorką (piszę „podobno”, ponieważ osobiście zupełnie jej nie kojarzę, podobnie jak większości aktualnych celebrytów), druga – dziennikarką, a obie łączy fakt, że posiadają po piątce dzieci (własnych, polskich, nieadoptowanych, czyli inaczej niż gwiazdy zachodnie). Książka stanowi zbiór rozmów o macierzyństwie, wychowaniu, rodzinie, kobiecości i wierze.

Zwłaszcza ten ostatni aspekt wart jest podkreślenia, bo choć w moim odczuciu zakrada się tu odrobina nadgorliwości (obie autorki nazwały najmłodsze dziecko imionami Jan Paweł), to otwarte mówienie o wierze katolickiej stanowi rzadko spotykany fenomen, zwłaszcza w kręgach artystycznych. Społeczeństwo się laicyzuje, rodzina przeżywa kryzys, a tu książka dwóch eleganckich kobiet, które zarówno pracują jak i wychowują liczne gromadki dzieci, od czasu do czasu jeżdżąc z mężami na wspólne rekolekcje. Pięknie!

Bardzo przyjemny oddech od medialnej nagonki na Kościół oraz zażartych dyskusji o aborcji i eutanazji. W tym tekście nie ma rozważań czy przyjąć dziecko – a przecież nie tak łatwo wychowywać ich pięcioro, nawet przy dobrych zarobkach! – ale jak najlepiej je przyjąć i wychować na dobrych ludzi, nie zatracając przy tym siebie.

Kto, podobnie jak ja przed lekturą, liczy na cudowne recepty zaprawionych w boju wielodzietnych, ten się przeliczy. Figurska i Puścikowska nie pozostawiają złudzeń: potrzeba mnóstwo ciężkiej pracy, samozaparcia, rewelacyjnej organizacji czasu i rezygnacji z wielu osobistych pragnień. Bynajmniej nie umniejsza to radości z macierzyństwa – raczej ściąga je na ziemię, odczarowuje z błękitno-różowych magazynów dla mam.

A jakie są „porady wesołej brygady” (tytuł jednego z rozdziałów)?

„1. Jesteś mądrą, dobrą kobietą i matką. Uwierz w to.

2. Masz prawo popełniać błędy, bo ludzie popełniają błędy.

3. Kochaj siebie, I szanuj siebie.

4. Nie udawaj kogoś, kim nie jesteś.

5. Nie bój się walczyć o swoje, o swoją rodzinę i małżeństwo.

6. Działaj zgodnie z własnym rozumem, z intuicją. Tylko ty przecież znasz swoją rodzinę najlepiej.

7. I nie daj sobie wmówić, że jesteś gorsza, bo nie dorównujesz jakiemuś ideałowi. Tylko Świętą Rodzinę można starać się naśladować. Zawsze z dobrym skutkiem dla matki, ojca i dzieci.”

A na koniec jeszcze jedna rada, która przebija miejscami przez tekst książki, choć nie zostaje wyrażona w tych słowach:

Zadbana, zdrowa kobieta to szczęśliwa kobieta. A szczęśliwa kobieta to dobra żona i matka. Zadbaj więc o siebie – dla dobra swojej rodziny!

L’affirmation de la vie

01Jestem właśnie po lekturze dwóch przesiąkniętych optymizmem książek Reginy Brett, kobiety, która w dzieciństwie była molestowana, a w dorosłości samotnie wychowywała córkę, zachrowała na raka i straciła obie piersi. Przyznacie, pozytywne nastawienie u osoby po takich przejściach robi wrażenie. „Bóg nigdy nie mruga” oraz „Jesteś cudem” to zbiór przemyśleń i opowieści z życia wziętych dotyczących szczęścia, nadziei i dobrego życia. Nieco naiwne, czasem niedopracowane teksty i tak osiągają swój cel: wzruszają, dodają otuchy, inspirują.

Pozwoliłam sobie stworzyć zestawienie tytułów niektórych rozdziałów oraz cytatów z obu książek, tak, by powstała motywująca strona A4 do wydrukowania i powieszenia na lodówce, lub w innym widocznym miejscu. Mam nadzieję, że Wam się spodoba i doda uśmiechu do Waszej codzienności :)

Życie jest niesprawiedliwe, ale i tak jest dobre.

Zacznij tam, gdzie jesteś.

Zajmij się tym, co możliwe.

Wyolbrzymiaj dobro.

Przychodź wcześniej.

Przygotuj się ponad miarę, a potem daj się ponieść.

Wszyscy robimy to samo. Różnica polega na tym, jak to robimy.

Daj z siebie wszystko i nie zadręczaj się. Może jest jeszcze za wcześnie na ocenę.

_____________________________

Nie traktuj ludzi tak, jak sam chcesz być traktowany, tylko tak, jak oni chcą być traktowani.

Każdy jest Twoim uczniem albo nauczycielem. A większość z ludzi występuje w obu tych rolach.

Zazdrość to strata czasu. Masz już wszystko, czego naprawdę potrzebujesz.

Pocieszaj chorych. Bądź tym, kto zostanie, gdy wszyscy inni się ulotnią.

Wyciągaj rękę na zgodę jak najszybciej, póki nie jest jeszcze za późno.

_____________________________

Nie traktuj siebie tak poważnie. Nikt poza tobą tego nie robi.

Życie jest za krótkie, żeby się nad sobą użalać. Zajmij się życiem albo zajmij się umieraniem.

Nieważne jak się czujesz: wstań, ubierz się i przyjdź, gdzie trzeba.

_____________________________

Zapal świece, śpij w lepszej pościeli, włóż elegancką bieliznę. Nie czekaj na specjalną okazję – wystarczającą okazją jest dzisiejszy dzień.

Nikt oprócz ciebie nie odpowiada za twoje szczęście. Jesteś menedżerem własnej radości.

Pozbądź się wszystkiego, co nie jest pożyteczne, piękne, lub radosne.

_____________________________

To, o czym myślisz, staje się prawdą.

Kto o nic nie prosi, niczego nie dostaje.

Mierz wyżej.

Zostaw po sobie dziedzictwo, którego nie zatrze czas.

Jeśli się dziś obudziłeś, to Bóg jeszcze z Tobą nie skończył.

_____________________________

„Znajdź swój rytm i idź jak burza.”

„Naprzód najważniejsze!”

„(Twoje imię), zasługujesz na dobrobyt!”

„Jeśli próbujesz być kimś innym, poniesiesz porażkę. Świat już ma taką osobę. Teraz potrzebuje ciebie.”

„Okoliczności życiowe odpowiadają za 10% naszego poczucia szczęścia (…). Za kolejne 50% odpowiada genetyka. A reszta zależy wyłącznie od ciebie. Więc może pośiwięć się w 100% tym 40%?”

„To dobrze, że jest trudno. Poradzisz sobie z trudnościami.”

„Wszystko JEST dobrze.”

„Po prostu oddychaj.”

„To nie jest niemożliwe. To po prostu życie.”

„Gdyby miało być inaczej, to byłoby inaczej.”

„Nauczyłam się, że ludzie upadają, ale zwycięzcy się podnoszą, a złoci medaliści po prostu podnoszą się szybciej.”

„Nie ma czegoś takiego jak „nie”. Znajdź sposób aby to „nie” zamieniło się w „tak”.”

„Żyj, (Twoje imię), żyj, (Twoje imię), żyj i nie trać czasu!”

„Jeśli przestrzegasz wszystkich zasad, omija cię cała zabawa.”

„Kiedy uwolnisz się od marzeń o przeszłości, możesz zacząć zmieniać swoją teraźniejszość i stworzyć dla siebie lepszą przyszłość.”

Le kitsch

Kupujcie, kupujcie! Czapki i koszulki z nadrukiem, okolicznościowe monety i znaczki, parasolki, chorągiewki, plakaty i breloczki! Czy to jakiś celebryta przyjechał z koncertem? Ależ skąd – Jan Paweł II został uznany przez Kościół za świętego!

Wczoraj podczas niedzielnej Mszy Świętej mieliśmy możliwość złożenia hołdu relikwiom nowego świętego. Ani mój mąż, ani ja, nie czuliśmy potrzeby podejścia i dotknięcia tego, co znajdowało się w pozłacanym pudełeczku. Nie określono czy była to relikwia pierwszego stopnia (fragment ciała, np. włosy, paznokcie, krew, itp.), drugiego (przedmioty osobiste używane przez świętego), cz też trzeciego (fragment tkaniny potarty o ciało świętego, lub przedmiot dotknięty przez niego za życia). Mamy mieszane uczucia w kwestii dzielenia zwłok na maleńkie kawałeczki, obcinanie paznokci, wyrywanie zębów, włosów, itp., a następnie rozsyłanie ich po całym świecie w celach związanych z kultem. Osobiście wydaje mi się to dość makabryczne, ale nie ma obowiązku wiary w relikwie, a jedynie wiary w Boga. Jeśli zobaczenie, dotknięcie, czy ucałowanie takiej pamiątki pomaga komuś w wierze – w porządku. My odczuwaliśmy opiekę świętego Jana Pawła II równie mocno ze swojego miejsca w ławce. Ku mojemu zaskoczeniu, do uczczenia relikwii ustawiła się ogromna kolejka – znacznie większa niż chwilę wcześniej do Komunii Świętej.

W związku z niedzielną kanonizacją, w księgarniach, ale i supermarketach zaroiło się od książek oraz gadżetów nawiązujących do pontyfikatu Jana Pawła II. No właśnie, nawiązujących, bo ze świecą by szukać pośród nich którejkolwiek z jego własnych publikacji (a było ich przecież niemało!). Albumy ze zdjęciami, złote myśli papieża wyjęte z kontekstu, anegdoty, wspomnienia osób z otoczenia papieża, wspomnienia znajomych z dzieciństwa małego (acz już uroczego) Karola Wojtyły, wspomnienia członków duszpasterstwa prowadzonego przez księdza Wojtyłę… Poza tym oczywiście naklejki, długopisy, obrazki oraz plakaty z co bardziej charakterystycznymi zdjęciami „naszego” papieża (a wszyscy pozostali to już nie nasi?). Ten barwny jarmark zakrawa na jawną kpinę z dorobku wielkiego papieża, filozofa, poety i dramaturga.

Sama z pewnością nie jestem świętą. Daleka jestem od zaglądania ludziom w sumienia i oceniania: ten wierzy dobrze – tamten źle. Wiara ludowa od zarania chrześcijaństwa w Polsce stanowiła bardzo ważny element rozwoju Kościoła Katolickiego, czego najlepszym dowodem są różne święta, których korzenie sięgają wcześniejszych tradycji i wierzeń. Chciałoby się jednak, aby parę setek lat później ta wiara przekształciła się w coś bardziej subtelnego i uduchowionego. Aby ludzie nie tylko ślepo wierzyli, ale wiedzieli w co, i dlaczego, wierzą. Tymczasem odnoszę wrażenie, że pojawiła się grupa – czy wręcz sekta – która otwarcie wyznaje kult kremówki.

Obecna sytuacja przywodzi mi na myśl czasy, kiedy jako nastolatka należałam do Oazy. Ksiądz moderator wielokrotnie przestrzegał nas wówczas  przed zbytnim przywiązaniem do swojej osoby. Miał już doświadczenia grup oazowych, które z radością chodziły na wspólną pizzę, jeździły na kajaki i czuły się uprzywilejowane przebywając z młodym, dowcipnym księdzem, który jest cool. Wystarczyło jednak, by księdza przeniesiono do innej parafii, a z 40 osób w Oazie zostawało nagle 5, bo ten nowy ksiądz nie miał już takiej charyzmy. A przecież ani Oaza nie została założona jako kółko uwielbienia konkretnego księdza, ani Kościół nie został założony dla adoracji konkretnego papieża.

Jak Polska długa i szeroka bardziej lub mniej udane pomniki Jana Pawła II, szkoły, place i ulice jego imienia wyrastają jak grzyby po deszczu. Jego dowcipy nadal bawią, jego cierpienia nadal poruszają, kremówki papieskie nadal smakują, a „to jest twoje miasto, Waaadoowiiiiicee” nadal (niestety!) rozbrzmiewa. Zrobiliśmy z papieża symbol narodowy, celebrytę, krasnala ogrodowego oraz zręcznego komika w jednym. W tej formie jest słodki i łatwy do przełknięcia niczym owa nieszczęsna kremówka. Bo gdyby, nie daj Boże, wczytać się w jego słowa, moglibyśmy tam znaleźć parę mało wygodnych prawd o nas samych.

Kika dni temu zobaczyłam rewelacyjny billboard à propos kanonizacji. Niech jego treść będzie podsumowaniem dzisiejszych niewesołych rozważań.

318706_jp2c_6

La cravate

Najdziwniejsza rozmowa w życiu na temat wiary.

Dopadła mnie gorączka wiosennych porządków, więc pucuję, szoruję i układam jak szalona póki ból pleców nie uświadomi mi, że muszę trochę zwolnić tempo, bo teraz pora na akrobatykę gimnastyczną w wykonaniu potomka. Ledwo znalazłam dogodną pozycję na kanapie (nogi do góry, ręka, wciąż dzierżąca szmatkę do kurzu, w dramatycznym zwisie do podłogi), ledwo mój brzuch zaczął podrygiwać i odkształcać się na najdziwniejsze sposoby, gdy wtem rozległ się dźwięk domofonu. Resztką siły woli, jaka mi jeszcze została po doprowadzeniu mieszkania do standardu czystości  sali operacyjnej, zwlekłam się z legowiska i pokuśtykałam do drzwi, powyginana w najbardziej niespodziewanych miejscach.

W wizjerze ukazał mi się błękitny krawat w srebrne prążki, w otoczeniu białej koszuli oraz srebrnej marynarki.

- Kto tam? – rzuciłam standardowo, podczas gdy do mojego odurzonego środkami czyszczącymi umysłu powoli docierało, że nie jest to oczekiwany kurier z paczką akcesoriów niemowlęcych.

- Dzień dobry. Nazywam się XYZ, – przedstawił się uprzejmie krawat. – Chciałem zaprosić panią na spotkanie, które odbędzie się wtedy-a-wtedy, tam-i-tam, o godzinie takiej-a-takiej. Będzie tam mowa o Jezusie Chrystusie jako Zbawicielu i o tym, co On może zrobić dla pani. Mogę doręczyć pani zaproszenie osobiście lub wrzucić do skrzynki. – Dla podkreślenia siły swoich słów w tym momencie krawat przesunął się na dół, ustępując miejsca gładko ogolonej twarzy starszego mężczyzny ze znakami zapytania zamiast oczu.

- Eeee…Dziękuję, nie jestem zainteresowana, – stanowiło w tym momencie szczyt mojej elokwencji. W odpowiedzi krawat powrócił na swoją pozycję i pożegnał się, życząc mi miłego dnia.

Gdy tylko obraz w wizjerze zniknął, dotarł do mnie sens moich słów. „Dziękuję, nie jestem zainteresowana”??? Czy naprawdę to powiedziałam? Całkiem jakby chodziło o wyprzedaż dywanów, albo promocję przy kasie w Rossmannie. W rzeczywistości jestem bardzo zainteresowana zbawieniem, wiarą i Jezusem. Nie jestem za to zainteresowana rekrutacją do Chrześcijańskiego Zboru Świadków Jehowy. Mam wiele podziwu dla ich wytrwałości oraz odwagi w głoszeniu swoich przekonań. Myślę, że katolicy mogliby się wiele od nich nauczyć pod tym względem. Zastanawia mnie jednak, na ile skuteczna jest taka metoda „na domofon”. Ostatecznie, jeśli ktoś posługuje się chwytami marketingowymi w celu propagowania wiary, nie powinien czuć się zaskoczony gdy usłyszy odpowiedź przeznaczoną dla roznosiciela ulotek.

PCC

Przez dłuższy czas zastanawiałam się czy taki wpis może przynieść więcej szkody czy pożytku, ale ostatecznie doszłam do wniosku, że zdrowa samokrytyka jest wskazana we wszelkich instytucjach i wspólnotach, również w Kościele. Póki co, na szerszym forum najczęściej stykam się z peanami pochwalnymi ze strony wierzących praktykujących (ci sami ludzie psioczą na to i owo ale wyłącznie we własnym gronie) i wybiórczą, często słabo umotywowaną krytyką ze strony niewierzących (którzy w istocie nierzadko chcieliby wierzyć w coś, a nie potrafią). Od razu chciałabym się zdeklarować jako wierząca praktykująca katoliczka, która jednak poza karmieniem duchowości lubi też gdy Kościół daje pożywkę dla rozumu (fides et ratio!) – a to ostatnimi czasy staje się towar luksusowy z nalepką „edycja limitowana”.

Uprzedzam lojalnie – tym razem nie będzie nic o in vitro, eutanazji, ani nawet pedofilii. Tym co w rzeczywistości nas tworzy, lub niszczy, jest szara codzienność. Zwykła Msza Święta niedzielna, dowolny kościół w jednym z Polskich miast. Średnia wieku 50+. 3/4 to kobiety. Pierwsza najistotniejsza sprawa – zajęcie właściwego miejsca (a jeśli przyszło się nieco później, zajęcie miejsca w ogóle). Moi dziadkowie regularnie wychodzą do kościoła z blisko półgodzinnych wyprzedzeniem, choć mieszkają blisko, właśnie żeby zająć miejsce. Swoje miejsce. Nie za blisko, żeby nie być na widoku, nie przy drzwiach, bo tam ciągle wieje, nie obok tego mężczyzny, któremu z rzadka przytrafia się trafić w tonację pieśni, nie obok rodziny z dzieckiem, bo będzie płakać i się wiercić, itd., itp.

Gdy już znajdziemy miejsce, należy go bronić własną krwią. Najlepiej przybrać wyraz głębokiego zatopienia w modlitwie, bądź (jeśli należymy do większości = starszych pań) udawać przygłuchych. Po co mamy się cisnąć w piątkę w ławce, w której tak wygodnie jest trzem osobom? Trzeba było wcześniej przyjść, a nie się teraz przeciskać!

Powiedzmy to sobie raz jeszcze wyraźnie: w miejscu modlitwy, gdzie przychodzimy słuchać o Miłości i Dobroci, najważniejsze na początku jest wygodne posadzenie swoich własnych czterech liter. Żeby nie obarczać całą winą starowinek – nie raz widziałam już nastolatki i młodych mężczyzn rozpartych wygodnie w ławkach, kompletnie nie zauważając stojących obok kobiet z małymi dziećmi, czy osób starszych. Taka współczesna miłość bliźniego.

Osobiście będąc w pierwszych tygodniach ciąży bardzo źle się czułam, często wymiotowałam, nie mogłam długo stać, bo robiło mi się słabo – ale rzecz jasna, brzuszka jeszcze nie było widać. Po wejściu do jednego z poznańskich kościołów przed rozpoczęciem Mszy, znalazłam jedyne wolne miejsce obok kobiety wyglądającej na około 60 lat. Z dużym niezadowoleniem przepuściła mnie przed sobą, choć siedziała z brzegu i wystarczyłoby się przesunąć (pilnuj miejsca swego!). Niestety starsze panie mają upodobanie do mocnych perfum, a duże nagromadzenie starszych pań w jednym miejscu oznacza niezwykłą mieszankę owych zapachów. Po jakichś 10 minutach nabożeństwa zobaczyłam mroczki przed oczami i zrozumiałam, że za chwilę stracę przytomność, po cichu poprosiłam więc tę samą kobietę, by mnie wypuściła. Zero reakcji. Słabym głosem ponowiłam prośbę, nieco głośniej – równie dobrze mogłabym prosić by przesunął się pobliski posąg Maryi Panny (a może ona prędzej by się zlitowała?), twarz mojej sąsiadki wyrażała jednoznacznie co myśli o takich, co to się kręcą w tą i z powrotem i człowiekowi się pomodlić nie dają. Musiałam wyglądać nieciekawie, bo w końcu siedząca za nami kobieta w średnim wieku potrząsnęła jej ramieniem i rozeźlonym głosem kazała jej mnie wypuścić, co nastąpiło nie bez ociągania się, fukania i gniewnych spojrzeń. Gdy wreszcie blada jak ściana, ledwo trzymając się na nogach wyszłam na świeże powietrze, wcale nie miałam ochoty wracać do środka. Było dla mnie za duszno – dosłownie i w przenośni.

Innym razem, w innym kościele – teraz brzuszek było widać już bardzo wyraźnie – podchodzę przed Mszą do młodego mężczyzny, który na całej długości ławki rozłożył parasol. Nieśmiało pytam: „Przepraszam, czy tu wolne?”, łypnął na mnie niechętnie i wyrzucił z siebie (chyba nie ja pierwsza go o to zapytałam) „Tak, zajęte!”. Nawet nie przyszło mu do głowy, żeby w przepełnionym kościele ustąpić tego miejsca, na którym sam siedział (pozostałe pewnie trzymał dla żony/ babci/ dzieci), kobiecie w zaawansowanej ciąży. Miłujmy się jak bracia. Może jest jedynakiem?

No dobrze, powiedzmy, że udało nam się zająć z góry upatrzone pozycje. Zaczyna się pieśń na wejście, czyli solo organisty z okazjonalnym chórkiem mruczących coś pod nosem – albo i nie – wiernych. Ludzie kochani! Pieśni w kościele nie są po to, żeby organista sobie pośpiewał. Mają nie tyle stanowić miły dla ucha przerywnik w modlitwie, czy też wprowadzać nas w klimat modlitwy, co być naszą modlitwą oraz jednoczyć wspólnotę eucharystyczną. Jaka wspólnota, taka modlitwa.

Inną sprawą jest, że polski Kościół katolicki jest nieustannie pogrążony w smutku. Nawet „Wesoły nam dzień dziś nastał” bywa wykonywany w tonacjach molowych, a dla wielu duszpasterzy rok liturgiczny dzieli się na Adwent, Wielki Post, Wszystkich Świętych, oraz przygotowania do tych okresów postu, pokuty i rozmyślań nad kruchością ludzkiego żywota. Gdzie ta radość z Dobrej Nowiny? Co to za „Wesoły dzień”, w którym ludzie spuszczają nos na kwintę i narzekają na wszystko, co powstało po XVIII wieku? Kiedy widzę autentyczną radość, którą wręcz tryskają przedstawiciele młodych Kościołów protestanckich, zastanawiam się, jak to jest, że mamy tą samą Dobrą Nowinę, a nie umiemy się z niej tak samo cieszyć.

Z moich obserwacji wynika, że ludzie, którzy dopiero co z takim poświęceniem wyszli wcześniej z domu by następnie dzielnie walczyć o wygodne miejsca, z momentem rozpoczęcia Eucharystii tracą cały zapał, wyłączają wyższe funkcje życiowe i oczekują, by ich obsłużono. Niczym bezwolne zombie to wstają, to siadają, to znów klęczą, szemrząc wyuczone regułki, myśląc o czym innym. „Ciekawe co na obiad?”, „Po drodze do domu muszę jeszcze…”, „Dlaczego to tak długo się ciągnie? Mamy dzisiaj jakieś święto?”, „Ależ tamta się ubrała!” – myślę, że mniej-więcej tak przedstawiają się pobożne myśli większości wspólnoty. Ksiądz odprawi Mszę, ministranci i organista/ chór/ schola zajmą się całą resztą.

My tu gadu-gadu, (ewentualnie śpiewu-śpiewu) a tymczasem nadchodzi kazanie. Bardzo rzadko zdarza mi się usłyszeć sensowne kazanie, które miałoby przemyślany przekaz, wstęp, rozwinięcie i zakończenie, i na dodatek odnosiłoby się w sposób bezpośredni do liturgii słowa na dany dzień. Wymienione kryteria wydają się tak oczywiste, że to niemal tautologia, a jednak… Regularnie natykam się na kaznodziejów, którzy z takich lub innych powodów nie przygotowali się do kazania i:

  • opowiadają mi raz jeszcze własnymi słowami czytania oraz Ewangelię, które przed chwilą słyszałam,
  • powtarzają bezpieczne truizmy, które wszyscy słyszeli już zbyt wiele razy („niech wszyscy zgadzają się ze sobą, a będzie nadal tak jak jest”),
  • wyrzucają z siebie potok chaotycznych skojarzeń na temat liturgii słowa, które akurat przyszły im do głowy, klucząc przy tym, powracając do niektórych wątków, a inne przerywając w pół,
  • czytają gotowce z internetu, nie skąpiąc słuchaczom potknięć w odczycie.

Przygotowane kazania także bywają lepsze i gorsze, ale doceniam fakt, ze przynajmniej ksiądz potraktował słuchaczy poważnie. Fakt, że księża zostają powołani do kapłaństwa, jak również, że Duch Święty przemawia przez nich, nie zwalnia ich z obowiązku przemyślenia swojego wystąpienia, jak każdego innego mówcę. Czy chcą tego, czy nie, to jest nie tylko powołanie, ale również ich zawód. Mówi się przecież o lekarzach czy nauczycielach z powołania – czy wyobrażacie sobie, że idziecie do lekarza, a on po badaniu mówi: „Co prawda nie wiem, co Pani/Panu dolega, ale mogę bardzo dokładnie opowiedzieć jakie ma Pan/Pani objawy…”?

Jestem rozczarowana i rozeźlona całą tą sytuacją. Nie mam ochoty należeć do stada bezmyślnych owiec, które wysłuchują truizmów z ambony, mamroczą pod nosem i bezmyślnie powtarzają wyuczone gesty. Przez długi czas aktywnie udzielałam się w Oazie, pełniłam funkcję kantora i lektora, jeździłam na rekolekcje jako uczestnik i animator. Rzecz w tym, że po powrocie z rekolekcji nie ma za bardzo na czym się wesprzeć – tam piękne kazania, medytacja, ludzie, którzy wiedzą gdzie i po co przyszli, śpiew na głosy, zaangażowanie, zapał – żywa wiara – a tutaj…. Wszystko, co opisane we wcześniejszych akapitach niniejszego tekstu. Dlaczego na rekolekcjach można podnieść poprzeczkę, a na co dzień nie?

Co więcej, aktualnie dla Kościoła nie jestem grupą targetową. Słowo honoru! Wspólnoty w mojej parafii przedstawiają się następująco: schola małych dzieci, schola młodzieżowa, Oaza (młodzież), ministranci, Apostolstwo Dobrej Śmierci (sic!). Wyraźnie więc widać, że do kościoła chodzą tylko małe dzieci, młodzież oraz emeryci. Dla kobiet w ciąży miejsca brak (dosłownie i w przenośni). Znam osobiście 30-latków, którzy nadal należą do Duszpasterstwa Akademickiego, mimo, ze studia dawno już za nimi, ale chcą być aktywni w Kościele, który nie ma im nic do zaoferowania.

Jakie wnioski na koniec tych smutnych rozważań o stanie Kościoła? Nie mam zamiaru obrażać się na Boga, czy na wiarę, za to, że ludzie potrafią zniekształcić najszlachetniejszą nawet ideę. Cieszę się, że przynajmniej nie zaszło to tak daleko, jak z Koranem w interpretacji Talibów. Cieszy mnie ogromnie każdy kontakt z ludźmi żywej wiary – tak świeckimi, jak i duchownymi. Jestem w trakcie poszukiwania wspólnoty poza moją parafią, to dla mnie pilna sprawa. Czytam o duchowości i rozwijam się na miarę swoich skromnych możliwości.

Polski Kościół katolicki jest najwyraźniej zmęczony, w moim przekonaniu nie pociągnie już długo w tej formie. Z wielu stron napływają mnie wieści, że już wkrótce skończy się wiara „masowa”, że ilość przerodzi się w jakość, a Msze będą odbywać się w domach zamiast w kościołach – jak w początkach Chrześcijaństwa. Może nie zabrzmi to politycznie poprawnie, ale bardzo na to liczę. Nie jestem święta, jednak gdy coś robię, chcę robić to na 100%, a nie na pół gwizdka. Inaczej szkoda mojego czasu.

A na koniec trochę autentycznej radości w śpiewie ludzi wierzących, może ktoś się zarazi i na następnej Mszy Świętej zadziwi szare otoczenie mocnym soczystym basem?


http://www.youtube.com/watch?v=a37bBm8pXSk

Judge not

„Niby taki wierzący, a tu popatrz…”

„Tak biega do kościółka, rączki składa, a jak przyszło co do czego…”

Tego typu komentarze wydają się dość powszechnym sposobem na wyrażenie pogardy wobec hipokryzji ludzi deklarujących się jako wierzący. Nie przeczę, że hipokryzja jest częstą przypadłością praktykujących katolików – ani częstszą, ani rzadszą niż w przypadku wszystkich innych ludzi. Zastanawia mnie jednak pewien rodzaj satysfakcji, którą zdają się czerpać wspomniani komentatorzy z porażek osób, o których mówią. Do niedawna sama ostro potępiałam potknięcia zaangażowanych religijnie znajomych, znacznie ostrzej niż niewierzących, w myśl zasady: „Komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie; a komu wiele zlecono, tym więcej od niego żądać będą” (Łk 12, 48).

Kiedy jedna ze znanych mi animatorek oazowych rozwiodła się ze swoim mężem, z którym poznali się i kilka lat wspólnie działali w Oazie, byłam w szoku. Jak to? Oazowa para, tacy wierzący, a tu rozwód? Nie mieściło mi się to w głowie. Rozwody były gdzieś tam, w złym, zepsutym świecie, a wiara miała być lekarstwem i ochroną przed tego typu zagrożeniami. Wkrótce potem dowiedziałam się o separacji małżeństwa kolejnej animatorki. Obie to świetne dziewczyny, wykształcone, ładne, serdeczne… i wierzące. Nie odważę się stwierdzić „głęboko wierzące” – to sprawa zbyt intymna, by posuwać się do oceny cudzych przeżyć religijnych – mogę jedynie powiedzieć, że ja je tak postrzegam. A przynajmniej postrzegałam, bo kontakt się jakoś urwał, dziewczyny zniknęły ze środowiska, w którym dotąd się wspólnie obracałyśmy. Nikt nie znajduje powodów do dumy w rozpadzie swojego związku, tym bardziej, jeśli jest to w jednoznaczny sposób sprzeczne z zasadami wyznawanymi przez otoczenie.

Dokonując retrospekcji widzę wyraźnie, że zbyt łatwo przyszło mi osądzenie postępowania tych znajomych właśnie dlatego, że są wierzące. Powód był banalny – swoim zachowaniem zniszczyły poczucie bezpieczeństwa, które sobie wytworzyłam w przekonaniu, że jeśli tylko będę wystarczająco mocno wierzyć, moje życie osobiste dobrze się ułoży. Skoro im się nie ułożyło, by nie zniszczyć swojego obrazu rzeczywistości, musiałam założyć, że za mało wierzyły. Że niby takie wierzące, a jednak…

Podobnie łatwo oceniałam ludzi, którzy przystąpili do Krucjaty Wyzwolenia Człowieka – deklarując m.in. dożywotnią abstynencję jako ofiarę w intencji wyzwolenia alkoholików z nałogu – by po paru latach odstąpić od swojego szlachetnego zamierzenia. Jak tak można? Albo decydujesz się, z pełną świadomością co to oznacza, albo wiesz, że Cię na to nie stać i się nie decydujesz. Przecież to zgorszenie! W rzeczywistości problem znów tkwił we mnie, w mojej małości. Sama nie odważyłam się na tak duże wyrzeczenie, a porażka tych, którzy je podjęli umacniała mnie w przekonaniu, że dobrze zrobiłam. Zupełnie jakby finalna decyzja mogła przekreślić nierzadko długie lata zmagania się z pokusą.

Teraz, kiedy wreszcie nieco dorosłam, jestem gotowa, żeby zapytać: „Co ja wiem o trudach innych, żeby wydawać wyrok?” i spojrzeć na bliźnich nieco łagodniej. W myśl zasady „ Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni. Bo takim sądem, jakim sądzicie, i was osądzą; i taką miarą, jaką wy mierzycie, wam odmierzą” (Mt 7,1-2). Wciąż od nowa muszę przypominać sobie, że Kościół to nie zgromadzenie świętych, bo inaczej nie byłoby w nim dla mnie miejsca. Kościół jest właśnie dla tych, którzy mają rozterki, którzy sobie nie radzą, którzy potrzebują pomocy Kogoś większego, niż oni sami. Może właśnie dlatego tak „biegają do kościółka i składają rączki”, że życie im się wali? Tylko jeśli tak, to kto tu jest hipokrytą?

togetherness II

Wczoraj właśnie minęły trzy miesiące od dnia mojego ślubu z T. Nie tak dawno brałam udział w żarliwej dyskusji na temat „dlaczego mężczyźni nie chcą się żenić” a zaraz potem „dlaczego lepiej żyć w konkubinacie niż w małżeństwie” na innych blogach. Koleżanki ostrzegały, że „małżeństwo to szaleństwo”, że tyle wokół rozwodów, że człowiek może się zmienić… W związku z powyższym przyszło mi do głowy pytanie, co też się zmieniło w moim życiu od czasu zawarcia związku małżeńskiego. Co tak dramatycznie odmieniło moją sytuację życiową, że rosnąca grupa młodych ludzi nie rozważa nawet podjęcia kroków zmierzających w tym kierunku?

Naturalnie można mi zarzucić brak doświadczenia w omawianej kwestii – czymże są 3 miesiące wobec całego życia? Jednak w przeciwieństwie do wielu moich rówieśników decyzję tą mam już za sobą, podjęłam ją świadomie i z pełną determinacją wytrwania w złożonej przysiędze, a to już może stanowić o znacznej różnicy doświadczeń. Ponadto Ci, którzy mnie znają, wiedzą aż nazbyt dobrze, że brak doświadczenia jeszcze nigdy nie przeszkodził mi w wyrażeniu swojej opinii.

Zmieniło się bardzo wiele. Zamieszkaliśmy razem, a co za tym idzie, zaczęliśmy dzielić się obowiązkami domowymi, planować wspólne wydatki, wspólnie gotować i wspólnie sypiać. Czasem ja piorę jego skarpetki, czasem on pierze moje. Tworzymy rodzinę. Dom, do którego chciałoby się wracać jak najszybciej, i do którego chcielibyśmy zapraszać przyjaciół oraz rodzinę.

Zaczęliśmy brać pod uwagę swoje plany przy podejmowaniu decyzji. Nim poszłam na kolejne studia podyplomowe przedyskutowaliśmy najpierw czy damy radę nie widywać się przez dwa dni w tygodniu i zrezygnować z pieniędzy, które mogłabym w tym czasie zarobić. Bierzemy za siebie odpowiedzialność. Jeśli mój mąż coś obiecał, zrobię wszystko, żeby umożliwić mu wywiązanie się z tej obietnicy i wiem, że on postąpiłby tak samo wobec mnie. Ufamy sobie we wszystkim, mamy wspólne konto.

Właśnie zapytałam T. co dla niego się zmieniło, a on, jak to on rzucił krótko „Jest po prostu lepiej”, a po chwili zastanowienia dodał „Moje życie jest Twoim życiem”, i ta definicja najbardziej przypadła mi do gustu. Im dłużej piszę, tym bardziej przekonuję się, że z małżeństwem jest trochę tak, jak z wiarą –  jak powiedział ksiądz Peyramale: „Wierzący nie potrzebują żadnych wyjaśnień; wyjaśniać niewierzącym jest rzeczą niemożliwą.”

„Wyznanie”

kocham Twoje kapcie

porzucone zawsze jak bloki startowe

z których wprost wyskoczyłeś i pobiegłeś w świat.

kocham Twoje okruszki

które nie istnieją w Twoim świecie

tylko w moim.

kocham Twój dzbanek do herbaty

na którym kompletnie nie robi wrażenia

ile razy go szoruję.

dotykam czule czajnika

woda po Twojej porannej herbacie

jeszcze ciepła.

Good God!

Właśnie śledzę najnowsze poczynania papieża Franciszka i jestem głęboko poruszona jego wiarą w Boga i w człowieka.

W internecie w najlepsze trwa dyskusja o tym na jakie sposoby polscy hierarchowie Kościoła nie stosują się do zaleceń papieskich. No cóż, zawsze to lepiej niż wcześniejsza dyskusja na tematy stanowiące osławioną „obsesję Kościoła”, id est, aborcji, in vitro i homoseksualizmu. Mam wrażenie, że jednak nie jest to dyskusja o tym, o czym papież miałby ochotę podyskutować. A mianowicie, nie jest to jeszcze rozmowa o istocie Kościoła. Co więcej, do udziału w tej wymianie zdań czują się w pełni uprawnione osoby, które o wierze wiedzą dokładnie tyle, ile przekazują im media publiczne. Moim celem nie jest tu obrażenie kogokolwiek, choć sama nierzadko czuję się obrażona wypowiedziami ludzi, którzy nie mają zielonego pojęcia o czym mówią. Nie mogę pojąć dlaczego ignorancji nie akceptuje się w dyskusjach o astrofizyce czy biotechnologii, natomiast do debat religijnych włącza się każdy, kto tylko ma na to ochotę. Czasem aż ciężko się powstrzymać od zapytania kiedy ktoś taki ostatnio zajrzał do Pisma Świętego albo chociaż KKK.

Wracając do meritum sprawy, czy może właściwie do MERITUM, czy w swojej nauce Jezus Chrystus koncentrował się na aborcji (jak najbardziej już wówczas praktykowanej) i homoseksualizmie (wcale wówczas nie rzadkim)? Czy bezustannie narzekał i opowiadał wszystkim jacy faryzeusze są pazerni, próżni i zepsuci? Nie tak rozumiem Ewangelię, bo co to by niby była za „Dobra Nowina”?

Zachwyca mnie prostota przekazu papieża, który każdym swoim słowem i gestem mówi: „Bóg jest Miłością. Zacznij zmiany od siebie”. Jednocześnie nie przestaje mnie zadziwiać jaka pokrętna logika kieruje odbiorcami tego przekazu, którzy słyszą jedynie: „Kościół jest zepsuty. Zróbmy na niego nagonkę”.