Le réveillon

Wieczór przed porodem był bardzo ciepły. Przyjechali do nas moi rodzice. Mały W. już od jakiegoś czasu cicho pochrapywał w łóżeczku, a my świętowaliśmy pierwsze spotkanie od czasu Wielkanocy. Piwonie w wazonie pachniały zniewalająco. Paliły się świeczki. Zimny arbuz z lodówki różowił się na stole obok kwaskowatego ciasta z rabarbarem. W tle dyskretnie rozbrzmiewał jazz. Pokój wypełnił się rozmową i śmiechem.

Przed snem rozważałam rodzinne wyjście do ZOO następnego dnia.

c’est pourquoi

Po upalnym dniu ze zbuntowanym, zapuszczającym zęby trzonowe, lekko przeziębionym synkiem… Po dniu zajmowania się domem i gotowania… Po nauce do egzaminów wstępnych na studia w każdej wolnej chwili… Przychodzi taki moment, kiedy myślę sobie: a może by tak zrobić chociaż jedną z miliona zaległych spraw?

Po czym wzruszam ramionami, sięgam po „Listy niezapomniane” Shauna Ushera (polecam gorąco!) i opieram się wygodnie o mojego zaczytanego męża. Który, obejmując mnie, natychmiast zasłania mi pole widzenia swoim tomiszczem fantastyki. Które ja z kolei zasłaniam swoją książką. Te przepychanki (oraz przeplatane wybuchami śmiechu ustalenia kto-ma-sobie-zrobić-co z którą kończyną) trwają jeszcze przez chwilę, nim oboje nie wsiąkniemy na dobre w lekturę. Następnie okazuje się, ze pora jest już nieprzyzwoicie późna i, o ile chciałabym następnego ranka być w stanie otworzyć przynajmniej jedno oko, wypadałoby iść spać.

Jeśli więc ktokolwiek chciałby zapytać mnie dlaczego nie zrobiłam jeszcze X, gdzie X = dowolna rzecz, którą obiecałam/ powinnam/ mogłabym zrobić, to odpowiedź brzmi: DLATEGO.

I wiecie co? DLA TEGO było warto.

La liberté!

w-_czym_do_spaniaWczoraj wieczorem, gdy nasz Maluch już zasnął, zostawiłam go z Tatą i wybrałam się na dwudziestominutowy spacer. Natychmiast po przekroczeniu drzwi domu ogarnęła mnie fala euforii, porównywalna chyba tylko z tą , jaką czuje dziecko wypuszczone na dwór po raz pierwszy bez nadzoru dorosłych. Do woli chodziłam po wysokich krawężnikach, schodach i wszelkich wertepach. Wolne od wózka ręce włożyłam najpierw do kieszeni, a po chwili zaczęłam energicznie nimi wymachiwać, bo dziwacznie się czułam mając je znów do własnej dyspozycji. Uzmysłowiłam sobie nagle, że od narodzin W. ani razu nie miałam dla siebie tyle czasu w samotności. Nie musiałam myśleć o kolejnej zmianie pieluchy, karmieniu, nie nasłuchiwałam płaczu ani gaworzenia, a wieczorne odgłosy miasta wydały mi się doskonałą ciszą… Wręcz fizycznie czułam jak oczyszcza się mój umysł. A gdy do reszty już odurzyła mnie swoboda, wyobraziłam sobie nagle mojego maleńkiego Synka śpiącego, dokładnie tak, jak go zostawiłam w łóżeczku: ciepłe pulchne rączki rozrzucone w górze, różowe policzki, słodka minka, głęboki, spokojny oddech i nieporównywalny z niczym innym, piękny zapach niemowlęcia. Zapragnęłam go przytulić. A może już się zbudził i płacze, a mnie tam nie ma? Wykonałam natychmiastowy w tył zwrot i popędziłam co sił do domu.