Amour

Ostatnimi czasy sporo uwagi poświęcam procesowi wychowania (takie uroki posiadania w domu zbuntowanego trzylatka) i w ramach próby nabrania dystansu do bieżących wydarzeń zaczęłam po raz kolejny się zastanawiać jaki tak właściwie jest cel rodzicielstwa. Teoretycznie – przekazanie kolejnemu pokoleniu swoich genów, wiedzy i majątku. Ale to odpowiedź, która nie wyczerpuje złożoności tematu, ani z pewnością nie zadowala nikogo, kto podjął się trudu opieki nad małym człowiekiem. Bo przecież rodzice adopcyjni przeżywają swoje rodzicielstwo równie autentycznie co rodzice biologiczni (a  często także bardziej świadomie). Co do wiedzy… Różnie z tym bywa. Może nam jej brakować, dzieci mogą nie chcieć z niej korzystać. A majątek to raczej zbyt duże słowo na określenie tego, co większość z nas ma, rozpoczynając życie rodzinne.

Daleka jestem także od uzasadnień typu: „będzie ci miał kto podać szklankę wody na łożu śmierci”. Smutna prawda jest taka, że nie wiadomo kto kogo przeżyje, ani w jakich relacjach będziemy z dziećmi gdy dorosną. A propos, właśnie przypomniał mi się skecz Bautroczyka – może znacie?

Nie, myślę, że relacja dziecko-rodzic ma miejsce tu i teraz – nie ma żadnego mitycznego „potem”, kiedy to dziecko nam się odpłaci za całe to wycieranie pupy, czyszczenie nosa, serwowanie bio warzyw i owoców i czyszczenie ciastoliny z dywanu. Dziecko TERAZ jest piękne i urocze, słodko się uśmiecha, kocha nas tak jak potrafi – i to już jest nasza nagroda. Nie dostaniemy złotego medalu, dyplomu dobrego rodzica i uścisku ręki prezesa. Nikt nawet nie przyjdzie poklepać nas po plecach i powiedzieć: „dobra robota”.

Sądzę więc, że prawdziwym celem rodzicielstwa jest nauka prawdziwie bezinteresownej miłości. Miłości, która każe zatracić samego siebie, zrezygnować z instynktu samozachowawczego i funkcjonować niczym zombie – bez snu, bez gorących posiłków, bez kofeiny i alkoholu w roli wspomagacza, bez czasu dla siebie i współmałżonka – a jednocześnie cierpliwie zaspokajać nieustające potrzeby małego człowieka. Wychowywać, chronić, dbać, pieścić – a potem wypuścić go w świat, wolnego jak ptak.

La mère

Dzisiaj niby o czym innym, a jednak o tym samym. Mowa o strachu i straszeniu. A dokładniej o tym, że mam już serdecznie dość sensacyjnych informacji na temat wychowania dzieci, które co rusz pojawiają się w mediach.

Zaczyna się od najprostszych rzeczy. Na przykład takich:

Jeśli kładziesz niemowlę na brzuszku do snu, wzrasta prawdopodobieństwo śmierci łóżeczkowej. Na boku? Dysplazja biodrowa gotowa. Jeśli myślisz, że rozwiązaniem jest kładzenie na plecach, jesteś w błędzie! Chyba, że chcesz, żeby twojemu dziecku się ulało i żeby zakrztusiło się we śnie? Noszenie tez odpada, bo wtedy rozpieszczasz. Słowem – najlepiej gdyby dziecko jak najszybciej opanowało sztukę lewitacji!

I tak na każdym kroku!

Jeśli jesteś zbyt surowa – wychowujesz psychopatę. Jeśli zbyt pobłażliwa – terrorystę. Jeśli szczepisz dziecko, ryzykujesz skutki uboczne na własne życzenie (niektórzy sugerują, że autyzm). Jeśli nie szczepisz, ryzykujesz polio, krztusiec, WZW typu B i wiele innych chorób, którym można przecież było zapobiec. Jeśli przykrywasz dziecko kocykiem, może się w niego zaplątać i udusić. Jeśli pozwalasz mu kąpać się w fontannie, lub basenie wypełnionym piłeczkami, narażasz je na kolonizację bakteriami salmonelli, gronkowca i bakteriami kałowymi.

Spójrzmy prawdzie w twarz: cokolwiek robisz (lub nie robisz), jesteś złą matką i zawsze, ale to zawsze, jest twoja wina.

À propos, przeczytałam niedawno serię artykułów poświęconych zaborczym matkom w majowym numerze miesięcznika „W drodze” (tak, tak, kiedyś może jeszcze uda mi się czytać miesięczniki w miesiącach, w których zostały wydane, ale póki dzieci są małe…). Uderzyło mnie, że na ten temat wypowiedzieli się kolejno: pan profesor (teolog kultury i mediów), mężczyzna opowiadający o swojej zaborczej matce, oraz ksiądz. Nie mam zamiaru występować w roli adwokata toksycznych rodziców (płci obojga), ale wydaje mi się, że brakuje tu kobiecej perspektywy. A gdyby jeszcze nie dość, że kobieta, to jeszcze matka zechciała się wypowiedzieć? Sytuacja ta przywodzi mi na myśl zasłyszane kiedyś zabawne i smutne jednocześnie zdanie, że „grupą, która najchętniej wypowiada się w Polsce na temat seksu i antykoncepcji są mężczyźni żyjący w celibacie”.

Moją szczególną uwagę przykuł ekshibicjonistyczny wręcz artykuł, pod dramatycznym tytułem „Co mi zrobiłaś, mamo”, którego autor opisuje szczegółowo swoje relacje z matką i ich – jak sądzi – dramatyczny wpływ na jego życie. Rozumiem potrzebę uporania się z przeszłością. Nie rozumiem, że 34-letni mężczyzna za swoje życiowe niepowodzenia obwinia matkę, która już dawno przestała mieć faktyczny wpływ na jego losy. Nie rozumiem także, dlaczego nie ma miejsca na tę drugą wersję zdarzeń – wersję matki. Autor rzuca mocne oskarżenia pod jej adresem, opowiada o intymnych wydarzeniach, a przecież ta kobieta ma pewnie jakieś swoje życie i rodzinę, czy znajomych, którzy mogą ten artykuł przeczytać. Czy nie można było inaczej? Porozmawiać, dać szansę coś wyjaśnić, czy chociażby prosić o wybaczenie? Albo napisać anonimowo? Jak na pismo chrześcijańskie, mało to po chrześcijańsku…

Inną kwestią jest opisywanie co też te zaborcze matki robią i jak wpływają na swoje biedne dzieci, bez dotknięcia źródła problemu. Jakie te kobiety miały wzorce w domu? Jakie relacje ze swoimi rodzicami? Jakie wsparcie znajdują w mężach? Nikt z nas nie żyje w próżni.

Nie chodzi o to, że Matka Polka to jest jakaś świętość, i nie wolno jej krytykować. Rzecz w tym, że żeby wypowiadać się na tak trudny temat, przydałyby się solidniejsze podstawy niż obserwacje kogoś, kto nigdy matką nie był i z założenia być nie może (a w dwóch przypadkach z trzech nie jest nawet ojcem). Nie zna uczucia towarzyszącego ruchom dziecka we własnym ciele, bólu i strachu towarzyszącego porodowi, horroru zwanego połogiem, a potem tych nieustających, płynących zewsząd oczekiwań, że z samego tytułu bycia kobietą masz wiedzieć jak postępować z dzieckiem. Wychowujemy dzieci w zupełnie innych czasach, niż lata naszego dzieciństwa i mamy je przygotować na życie w jeszcze innym świecie, którego kierunek rozwoju trudno przewidzieć.

Uważam, że szkoła rodzenia to dobry wstęp.

Podobnie jak poród to zaledwie początek.

Snoppen och snippan

źródło: fabrykamemow.pl

źródło: fabrykamemow.pl

Edukacja seksualna to niezwykle nośny temat, zwłaszcza w kontekście zbliżającej się reformy systemu szkolnictwa, o której pisałam już tutaj. Jest to także (a może przede wszystkim) bardzo wygodny temat zastępczy w obliczu rosnącego długu publicznego i marnych perspektyw emerytalnych. W moim odczuciu zajęcia edukacji seksualnej czy też WDŻWR (Wychowania Do Życia W Rodzinie) nie mogą jednak poczynić nawet ułamka szkód, które powoduje każdego dnia nieograniczony dostęp do internetu, telewizji oraz osławiony wpływ grupy rówieśniczej, a cały problem sprowadza się do stwierdzenia, że natura nie znosi próżni. Innymi słowy, jeśli dziecko nie uzyska interesujących je informacji w domu, to znajdzie je gdzie indziej.

Wielu rodziców niechętnie przyznaje (lub wręcz nie przyjmuje do wiadomości), że małe dzieci nie są istotami aseksualnymi. Mamy wpojone przez kulturę masową wyobrażenie dziecka-kupidynka, dziecka-aniołka, które idzie przez świat w błogiej nieświadomości i niewinności, aby pewnego dnia, w okresie dojrzewania, ze zdziwieniem stwierdzić, że jego nogi nie łączą się bezpośrednio z brzuchem. Tylko skąd się wzięła „zabawa w doktora”? I dlaczego część zupełnie małych dzieci rozładowuje napięcie poprzez masturbację? Przecież nikt ich tego nie uczy.

To zupełnie normalne zachowania płynące z dziecięcej ciekawości własnego ciała. I rzeczywiście dziecko jest w tym badaniu siebie bardzo niewinne. Problem leży po naszej stronie, bo to my – dorośli – mamy wypaczony obraz ludzkiego ciała i seksualności jako czegoś wstydliwego, złego, grzesznego.

Mając to wszystko na uwadze, a zarazem chcąc uniknąć w przyszłości WIELKIEJ ROZMOWY pt. „Synu, pszczółki latają z kwiatka na kwiatek”, która musi być niezwykle żenującym doświadczeniem dla obu stron, staramy się zajmować edukacją seksualną synka już teraz. Oczywiście, w takim stopniu, w jakim go to interesuje, i w jakim jest na to gotów mając niespełna 3 lata. Zaczęliśmy od podstaw: nazywamy części ciała ich właściwymi nazwami. Brzmi banalnie, prawda? Przecież to oczywiste: na ucho mówimy „ucho”, na nogę „noga”, a na penisa…

No właśnie, i tu zaczynają się schody. Siusiak, siurek-ogórek, ptaszek, piciolek… Ale żeby tak na głos przy dziecku powiedzieć „penis”?! Nie do pomyślenia! Jeszcze gorzej ma się rzecz z waginą. Cipka właściwie ma wydźwięk pejoratywny, a kaczucha nijak się ma zarówno do funkcji jak i do wyglądu tej części ciała. Moja dobra znajoma ukuła nawet na potrzeby swojej córki wyraz „siusiałka”, które ma być żeńskim odpowiednikiem siusiaka.

My jednak uznaliśmy, że skoro każda część naszego ciała ma już swoją nazwę, i każdą z nich podajemy dziecku w niezmienionej formie, to tak samo postąpimy z częściami intymnymi. Potem na dźwięk słów „wagina” i „penis” nie będzie się cały czerwienił albo wybuchał śmiechem, to będzie dla niego normalne słowo. Jednocześnie W. wie już, że to są miejsca intymne, i że nikt bez pozwolenia nie może go tam dotykać.

Już taka prosta sprawa w naszym konserwatywnym społeczeństwie budzi kontrowersje. Usłyszałam na przykład, że niepotrzebnie rozbudzam zainteresowanie dziecka kwestiami seksu. Tyle, że o seksie jeszcze z dzieckiem nie rozmawiałam i w najbliższej przyszłości nie planuję, o ile sam mnie o to nie zapyta. Po prostu jest na takim etapie, że ludzkie ciało go fascynuje i sama nazwa w zupełności mu wystarcza. Na podobnej zasadzie, od kiedy jestem w ciąży wie, że dzidziuś jest ze mną połączony pępowiną i że mieszka w moim brzuchu w małym domku, który się nazywa macica. Czy rozumie sposób funkcjonowania pępowiny i macicy? Zdecydowanie nie. Ale chciał poznać ich nazwy, to mu pomaga uporządkować sobie świat.

Jedyny problem jest taki, że w związku z naszym podejściem, W. nie czuje oporów przed rozmowami o ciele również w miejscach publicznych. I tak na przykład w poczekalni do lekarza, gdzie byliśmy jedynymi pacjentami nim nie przyszła mama z około 9-letnią córką, padło pytanie:

-Mamo, czy to jest dziewczynka?

-Tak, synku.

-A czy ona ma waginę?

(widząc kątem oka szok na twarzach obu przybyłych i rumieńce na twarzy dziewczynki)

- Tak synku, ma.

-A ma w brzuszku dzidziusia?

-Nie, kochanie.

-A dlaczego?

-Bo jest jeszcze za mała.

W tym miejscu musiałam wyjaśnić naszym coraz bardziej zaniepokojonym towarzyszkom, że akurat jestem w ciąży i wszystko co się z tym wiąże bardzo interesuje mojego syna. Skończyło się na wyrozumiałych uśmiechach.

Innym razem, w kawiarni, kiedy W. po raz pierwszy miał okazję zobaczyć mężczyznę w kitce, siedzącego przy pobliskim stoliku, musiał zaspokoić natychmiast swoją ciekawość:

-Mamo, a czy to jest pan czy pani?

-To pan, kochanie.

-A dlaczego on ma długie włosy?

-Bo mu się tak podobało i sobie zapuścił.

(po dłuższej chwili namysłu, na cały głos)

-A czy on ma penisa?

Muszę przyznać, że mężczyzna zachował kamienną twarz – może jakimś cudem nas nie słyszał. Po tych sytuacjach upewniliśmy się, że W. zapamiętał, że o miejscach intymnych możemy rozmawiać w gronie najbliższych, a wśród obcych nie. Taka edukacja seksualna na miarę trzylatka.

A w dzisiejszym filmiku – jak trzylatki edukowane są w Szwecji. I przy całej postępowości jest jednak siusiak i cipka (chociaż może to kwestia tłumaczenia)!

Les autres choses

Myślałam i myślałam nad tym co by tu znów napisać o Mężu, a tymczasem zewsząd nasuwały mi się inne tematy. W końcu dałam za wygraną – cytując klasyka „a teraz coś z zupełnie innej beczki”.

Od czasu ciąży baczniej przyglądam się napotykanym matkom z dziećmi, a odkąd Synek jest już z nami, codzienne spacery z nim dostarczają mi po temu licznych okazji. A jest co obserwować. Boje na linii matka – dziecko w miejscach publicznych zasługują na osobną specjalistyczną publikację. Nie czas i nie miejsce by omawiać wszystkie przejawy tej zatrważającej walki, do której nierzadko zostaje wciągnięty Bogu ducha winny przechodzeń, który ni z tego ni z owego może na przykład usłyszeć tekst typu: „Bo jak się zaraz nie uspokoisz to tamta pani cię zabierze.”. Dlaczego nikomu nie wadzący spacerowicz miałby zostać ukarany przydzieleniem rozwrzeszczanego kilkulatka – nie wiadomo.

Ale nie to miało stać się tematem dzisiejszego wpisu. Dziś bowiem bardziej niż matczyna wojowniczość i – bądźmy szczerzy – bezsilność, zaskakuje mnie przeciwstawny biegun, a mianowicie uległość połączona z nadmiernym wyręczaniem. Częstym obrazkiem jest scena powrotu dziecka ze szkoły. Siedmio-, może ośmioletnia pociecha bieży chyżo jakiś kilometr przed rodzicielką, która ciągnie się z tyłu obładowana niczym wół pociągowy, niosąc torebkę, reklamówki z zakupami oraz jakże twarzowy (zapewne zakupiony z tą myślą) tornister z wojowniczym żółwiem ninja, i poprzez leciutką zadyszkę pokrzykuje coś w stylu: „Jureczku, poczekaj! Uważaj, ulica! Stój, stój! Jedzie samochód!”. Czy Jureczek robi sobie cokolwiek z matczynych ostrzeżeń? W żadnym wypadku.

Czego takie postępowanie uczy Jureczka na temat relacji na płaszczyźnie rodzic – dziecko, starszy – młodszy, kobieta – mężczyzna? Odpowiedź pozostawiam Wam, drodzy czytelnicy. Oczywiście rodzice mają za zadanie wspierać swoje latorośle. Ale po pierwsze mają wychowywać.

Kończąc, pragnę wystosować następujący postulat: Matko, pozostań kobietą! Nie przemień się w pozbawionego własnych potrzeb wielofunkcyjnego robota do troszczenia się o innych!

Pragnę zaznaczyć, że powyższy postulat wystosowałam także sama do siebie, po czym bardzo się przejęłam i wzięłam go sobie głęboko do serca.

Le message

Od ponad dwóch tygodni wprowadzamy Synkowi do diety zupki warzywne. W związku z tym codziennie około milion razy wygłaszam kwestię:

„Synku, nie wkładaj rączek do buzi. Teraz jemy. Otwórz buźkę… No, popatrz, tak jak mama AAAAAAaaaaMMMmmm, PIĘKNIE. I jeszcze raz AAAAaaa… Ale nie wkładamy teraz śliniaczka do buzi, tylko łyżeczkę. O tak, właśnie tak.. Proszę oddać mamusi łyżeczkę. No, oddaj. Tak, dziękuję… Ale nie, nie NIE, nie wkładaj TERAZ rączek do buzi!”.

Zaczynam się zastanawiać czy ewentualne karmienie dziecka całe życie piersią byłoby takim złym pomysłem.

Tymczasem nie daje mi spokoju myśl poddana mi przez Agni, że cały mój wysiłek włożony w proces wychowania (poczynając od nauki jedzenia a na wartościach skończywszy) można równie dobrze sobie darować, bo pewnego pięknego dnia dziecko się zakocha i stanie się innym człowiekiem „jakby je ktoś podmienił”. Oczywiście pragnę dla mojego dziecka szczęścia wiążącego się z pokochaniem drugiej osoby z wzajemnością. Nikt nie wmówi mi jednak, że zakochanie jest tożsame z pożądaniem. Można pożądać nie kochając (tzw. seks bez zobowiązań – swoisty oksymoron, bo nie można wymieniać z kimś płynów ustrojowych i oczekiwać braku jakichkolwiek konsekwencji). Można kochać nie pożądając (miłość platoniczna, miłość rodzicielska, itp.). Wreszcie, można kochać i pożądać… Nie oznacza to jednak jeszcze, że to pożądanie natychmiast należy zrealizować. Nikomu jeszcze nic się nie stało dlatego, że powstrzymał się od współżycia. Natomiast wiele tragedii – takich jak AIDS, niechciane ciąże, zdrady, itp. – wiąże się z brakiem wstrzemięźliwości.

Czy rzeczywiście nie jestem w stanie w żaden sposób ukształtować mojego własnego dziecka pod względem seksualności?

Zastanawiam się, co chciałabym mu przekazać na ten temat. I jak mądrze to przekazać, żeby nie zrazić, nie wzbudzić niezdrowej ciekawości, a jednocześnie przekonująco wytłumaczyć? Kiedy zaczynać takie rozmowy? Czy z synem powinien porozmawiać ojciec „jak mężczyzna z mężczyzną”? Czy może raczej powinien być to temat jak każdy inny, poruszany od niechcenia przy niedzielnym obiedzie?

Na pewno chciałabym mu powiedzieć, że współżycie jest dobre. Może być piękne i wspaniałe. Nawet najwspanialszą rzecz można jednak zepsuć, jeśli nieumiejętnie się z niej korzysta.

Przede wszystkim, wbrew temu co można by wywnioskować z mediów, seks to nie jest taka gimnastyka we dwoje ani sposób na zabicie czasu w nudne popołudnie. To jest najbardziej intymne zbliżenie do jakiego może dojść między dwojgiem ludzi. Powinno być wyrazem miłości. Nie powinno więc do niego dochodzić byle jak, z byle kim, ani byle gdzie. Naturalnie jest to fizycznie możliwe do zrealizowania, ale nie należy wówczas oczekiwać, że będzie to cudowne przeżycie. Jak ze wszystkim, pierwszy raz może być tylko jeden, więc lepiej dobrze się zastanowić, nim się na niego zdecyduje. Czy naprawdę takie wspomnienie tego wydarzenia chcesz w sobie nosić do końca życia?

Myślę, że najważniejszy element spośród tych wymienionych przeze mnie „jak, gdzie i z kim” to właśnie ta druga osoba. Dla mnie na pytanie „z kim?” istnieje tylko jedna dobra odpowiedź: „z miłością Twojego życia”. Tylko wtedy tak wielka bliskość, taka czułość ma sens. Inaczej to jest zwykłe oszustwo. Twoje ciało krzyczy „jestem tylko Twój, kocham Cię, podziwiam Cię, chcę być z Tobą!” a twoje serce milczy. Ujmując to najprościej jak można: jeśli ta dziewczyna nie jest dość dobra, żeby wziąć z nią ślub, to nie jest też dość dobra, żeby iść z nią na całość. Zapytaj siebie czy chcesz mieć dzieci z tą osobą (co jest realną konsekwencją seksu, nawet przy najlepszej antykoncepcji). Czy chcesz spędzić z nią resztę życia. A jeśli odpowiedź brzmi „tak”, to nie ma się z czym śpieszyć, bo reszta życia to zazwyczaj dość długi okres czasu.

Co warte zaznaczenia, można nawet w najlepszej wierze, pomylić się co do swoich uczuć. Teraz sądzę, że to jest miłość mojego życia, a jednak za parę miesięcy się rozstajemy. Co wówczas zaoferujesz tej jedynej, kiedy już ją spotkasz? Jak mawia pewna znana mi wspaniała dziewczyna „przechodzonego, to ja nie chcę”. I ma rację. Większość ludzi pragnie takiej wyłączności: ja tylko dla Ciebie, Ty tylko dla mnie. Nie jest to jakieś naiwne marzenie. Tak powinno być. Tak może być. Nie jest łatwo w tym zwariowanym świecie, ale da się. A wtedy masz coś naprawdę wyjątkowego, czego mogą jedynie pozazdrościć ci wszyscy macho z dziesiątkami „zaliczonych” dziewczyn na koncie.

La formation

Czytając książkę autorstwa H. Clouda i J. Townsenda „Sztuka mówienia NIE” natknęłam się na informację, że już wkrótce nasz rozkoszny bobas zacznie dobitnie wyrażać własne zdanie i oczekiwać jego respektowania. Wielu rodziców ignoruje ten pierwszy przejaw budowania osobowości dziecka i wykorzystuje swoją przewagę fizyczną do wymuszania posłuszeństwa. Przeraziło mnie, że tak szybko nadszedł moment zakończenia naszego harmonijnego związku jako „matkodziecka”, istoty wiedzionej tymi samymi pragnieniami, które dość łatwo zaspokoić (spać, jeść, tulić). Jako mama po raz pierwszy, postanowiłam przygotować się przynajmniej teoretycznie na czekające nas, rodziców, zadanie. Może Wam też się te wskazówki przydadzą.

Zasady wychowania do odpowiedzialności:

1) Ponoszenie konsekwencji własnych działań wzmacnia poczucie odpowiedzialności i kontroli nad własnym życiem.

2) Konsekwencje muszą być dostosowane do wieku.

3) Konsekwencje muszą być proporcjonalne do wykroczenia.

4) Sens egzekwowania granic polega na budowaniu u dziecka wewnętrznej motywacji (robię tak, bo uważam to za słuszne, a nie dlatego, że mama mi kazała).

I. Faza oddzielenia i indywidualizacji:

ja to nie mama → ja to kto?

1. Faza wylęgania / dyferencjacji 5-10 m-c ż.

  • odkrywanie

  • dotykanie

  • smakowanie

  • podejmowanie ryzyka

  • ja ≠ mama

rola rodzica – wspieranie, asystowanie, zachęcanie do próbowania nowych rzeczy, ochrona przed niebezpieczeństwami

2. Faza ćwiczeń 10-18 m-c ż.

  • nauka chodzenia

  • początki mówienia

  • śmiałość

  • inicjatywa

  • poczucie wszechmocy

  • testowanie swoich możliwości

rola rodzica – wytyczenie granic zapewniających bezpieczeństwo, wyrażanie uznania, aprobata

3. Faza powrotu 18 m-c ż.-3 r.ż.

  • świadomość własnych ograniczeń

  • poczucie odrębności

  • poczucie własności (mój, mnie)

  • potrzeba decydowania o sobie

rola rodzica – uczenie wyrażania swoich emocji i potrzeb, uważne słuchanie, branie pod uwagę zdania dziecka, tłumaczenie swoich decyzji, konsekwencja

II. Faza identyfikacji płciowej 3-5 r.ż.

  • utożsamienie się i współzawodnictwo z rodzicem tej samej płci

  • pragnienie poślubienia rodzica płci odmiennej

rola rodzica – delikatne ale stanowcze wyjaśnienie, że to współmałżonek jest dla niego najważniejszy, zaspokajanie ciekawości dziecka dotyczącej różnic między płciami

III. Okres utajenia / wytężonej pracy 6-11 r.ż.

  • ostatnie lata prawdziwego dzieciństwa

  • nawiązywanie kontaktów rówieśniczych

  • nauka celowego działania (edukacja szkolna)

rola rodzica – uczenie planowania, konsekwentnego dążenia do celu, odsuwania spełnienia pragnień w czasie

IV. Wiek młodzieńczy 11-18 r.ż.

  • dojrzewanie płciowe

  • wypracowanie sobie autonomii w stosunku do otoczenia

  • wstępne ukierunkowanie zawodowe

  • pierwsze związki z osobami przeciwnej płci

  • ustalanie własnej hierarchii wartości

  • wytyczanie granic w relacjach z ludźmi

rola rodzica – uznanie w dziecku osoby równoprawnej i niezależnej, sprawowanie władzy wywieranie wpływu, zwiększanie zakresu wolności i odpowiedzialności dziecka, negocjowanie ograniczeń, przygotowanie do wyzwań dorosłości, wskazywanie autorytetów, inspirowanie, pozwalanie na ponoszenie naturalnych konsekwencji działań dziecka przez nie samo (a nie branie ich na siebie)

A żeby nie było za poważnie, na koniec o wychowaniu z przymrużeniem oka :-)

L’église

Ponieważ godziny snu i czuwania W. powoli się ustalają, od niedawna cieszymy się możliwością uczestniczenia całą trójką w nabożeństwach. Zazwyczaj Synek śpi, a nawet po przebudzeniu jak dotąd wykazuje się niebywałym wyczuciem i grzecznie się rozgląda. W analogicznej sytuacji podczas spaceru potrafi dać upust swojemu niezadowoleniu w sposób jednoznaczny dla trzech najbliższych dzielnic miasta. Na wszelki wypadek zajmujemy więc miejsca z tyłu kościoła, umożliwiające szybką ewakuację małego krzykacza. Chodzimy też na Msze dla dzieci, gdzie większość kongregacji potraktuje tego rodzaju odwrót ze zrozumieniem i odprowadzi nas współczującym wzrokiem – wyrażającym co najwyżej ulgę, że tym razem to nie ich dziecko zakłóca modlitewny nastrój – a nie święte oburzenie.

Im dłużej jednak uczestniczymy w tego typu Mszach, tym mocniej odczuwam, że część rodziców traktuje nazwę „Msza dla dzieci” jako przyzwolenie na kompletny brak zainteresowania poczynaniami własnych pociech od momentu przekroczenia progu kościoła, aż po jego opuszczenie. Zdają się tak zatopieni w modlitwie, że nie dostrzegają dokazujących w najlepsze maluchów, które bawią się echem, tupią, biegają przed ołtarzem, rozmawiają, krzyczą, zaczepiają ludzi, śmieją się w głos i piszczą, skutecznie zagłuszając przy tym słowa księdza, a nawet odpowiedzi wiernych.

Daleka jestem od twierdzenia, że świątynia nie jest miejscem dla najmłodszych chrześcijan. Przecież sam Jezus powiedział „Pozwólcie dzieciom przychodzić do mnie”(Mk 10, 14). Sądzę jedynie, że wychowanie dziecka stanowi proces pozbawiony momentów z napisem PAUZA, a wizyty w miejscach użyteczności publicznej wymagają dostosowania się do obowiązujących norm. Rolą rodziców (a nie księdza, czy sfrustrowanej osoby siedzącej obok w ławce) jest wyjaśnić dzieciom jakie te normy są, i egzekwować ich przestrzeganie.

Inną kwestią jest, jak atrakcyjne dla dzieci są Msze, które często dla dzieci są wyłącznie z nazwy. W niektórych kościołach podczas kazania skierowanego do dorosłych maluchy wyprowadzane są do salki, gdzie czekają na nie kolorowanki ze scenami z Ewangelii. W innych ksiądz wychodzi zza ołtarza z mikrofonem i zadaje dzieciom pytania dotyczące czytań. Kolejnym pomysłem jest zaangażowanie siostry zakonnej, która gra na gitarze piosenki z repertuaru „Arki Noego”. W końcu są i takie Msze, gdzie niekończące się kazanie w rzeczywistości jest skierowane do rodziców („Kochane dzieci, powiedzcie swoim rodzicom, że…”). Istota Mszy Świętej wszędzie pozostaje ta sama, ale wobec tak zróżnicowanego spektrum pomysłów na duszpasterstwo, duchowni nie mają prawa obrażać się na churching.

Un peu d’optimisme

Gdybyście, podobnie jak mój mąż, zastanawiali się, czy Susan Forward napisała może w swojej książce cokolwiek, co nie doprowadzałoby czytelnika do oburzenia/ smutku/ przerażenia/ depresji (niepotrzebne skreślić), mam dla Was kilka cytatów o prawidłowych relacjach rodzinnych.

Dzieci posiadają pewne podstawowe, nienaruszalne prawa: powinny być karmione, ubierane, ochraniane i bezpieczne. Ale zarazem mają prawo do rozwoju emocjonalnego, szacunku dla swych uczuć, a także do tego, by traktowano je w sposób umożliwiający rozwój poczucia własnej wartości.

Dzieci mają również prawo do tego, by ich zachowania były ograniczane przez rodziców w sposób właściwy. Mają prawo do popełniania błędów oraz do tego, by przywoływano je do porządku bez fizycznych czy emocjonalnych nadużyć.

Dzieci mają przede wszystkim prawo, aby być dziećmi. Mają prawo przeżyć swoje młode lata z radością, spontanicznie i nieodpowiedzialnie. Naturalnie, w miarę jak dzieci dorastają, kochający rodzice winni pielęgnować ich dojrzałość powierzając im pewną dozę odpowiedzialności i rodzinne obowiązki, ale nigdy za cenę dzieciństwa.”

Dzieci mają prawo do błędów oraz do pełnej jasności tego, że nie jest to koniec świata. W ten właśnie sposób nabierają odwagi do poznawania w życiu nowych rzeczy.”

 „Chociaż role rodzicielskie w czasie ostatnich dwudziestu lat uległy zaskakującym zmianom, rodzice mają dzisiaj te same obowiązki, jakie miało pokolenie ich rodziców:

  1. Powinni zaspokajać fizyczne potrzeby swoich dzieci.

  2. Powinni ochraniać swoje dzieci przed fizyczną krzywdą.

  3. Powinni zaspokajać dziecięce potrzeby miłości, uwagi i przywiązania.

  4. Powinni chronić swoje dzieci przed krzywdą uczuciową.

  5. Powinni troszczyć się o kościec moralny swoich dzieci.”

Susan Forward, „Toksyczni rodzice”

 Mimo, że nie jest to lektura ani łatwa, ani przyjemna, sądzę, że każdy powinien ją przeczytać. Wszyscy mamy rodziców, wielu z nas jest lub będzie rodzicami, a świadomość rozległości oraz trwałości szkód jakie rodzice mogą wyrządzić dzieciom zdaje się być bardzo pomocna w podejmowaniu wychowawczych decyzji, jak i zrozumieniu własnych i cudzych zachowań. Wreszcie, znając sposób postępowania osób, które wyrosły w toksycznej rodzinie, można im pomóc, a przynajmniej zaakceptować ich sposób postępowania jako wyuczony system obronny, a nie zamierzony atak personalny.

Aktualnie postanowiłam przyjąć podejście zadaniowe i zabieram się za ogromne tomiszcze autorstwa Heidi Murkoff: „Pierwszy rok życia dziecka”. Może się wreszcie dowiem jak obcinać te mini paznokcie!

PS. Pozdrowienia i uściski dla mojego taty, który właśnie wczoraj miał imieniny :-) specjalnie dla niego dzisiejszy utwór muzyczny: