Snoppen och snippan

źródło: fabrykamemow.pl

źródło: fabrykamemow.pl

Edukacja seksualna to niezwykle nośny temat, zwłaszcza w kontekście zbliżającej się reformy systemu szkolnictwa, o której pisałam już tutaj. Jest to także (a może przede wszystkim) bardzo wygodny temat zastępczy w obliczu rosnącego długu publicznego i marnych perspektyw emerytalnych. W moim odczuciu zajęcia edukacji seksualnej czy też WDŻWR (Wychowania Do Życia W Rodzinie) nie mogą jednak poczynić nawet ułamka szkód, które powoduje każdego dnia nieograniczony dostęp do internetu, telewizji oraz osławiony wpływ grupy rówieśniczej, a cały problem sprowadza się do stwierdzenia, że natura nie znosi próżni. Innymi słowy, jeśli dziecko nie uzyska interesujących je informacji w domu, to znajdzie je gdzie indziej.

Wielu rodziców niechętnie przyznaje (lub wręcz nie przyjmuje do wiadomości), że małe dzieci nie są istotami aseksualnymi. Mamy wpojone przez kulturę masową wyobrażenie dziecka-kupidynka, dziecka-aniołka, które idzie przez świat w błogiej nieświadomości i niewinności, aby pewnego dnia, w okresie dojrzewania, ze zdziwieniem stwierdzić, że jego nogi nie łączą się bezpośrednio z brzuchem. Tylko skąd się wzięła „zabawa w doktora”? I dlaczego część zupełnie małych dzieci rozładowuje napięcie poprzez masturbację? Przecież nikt ich tego nie uczy.

To zupełnie normalne zachowania płynące z dziecięcej ciekawości własnego ciała. I rzeczywiście dziecko jest w tym badaniu siebie bardzo niewinne. Problem leży po naszej stronie, bo to my – dorośli – mamy wypaczony obraz ludzkiego ciała i seksualności jako czegoś wstydliwego, złego, grzesznego.

Mając to wszystko na uwadze, a zarazem chcąc uniknąć w przyszłości WIELKIEJ ROZMOWY pt. „Synu, pszczółki latają z kwiatka na kwiatek”, która musi być niezwykle żenującym doświadczeniem dla obu stron, staramy się zajmować edukacją seksualną synka już teraz. Oczywiście, w takim stopniu, w jakim go to interesuje, i w jakim jest na to gotów mając niespełna 3 lata. Zaczęliśmy od podstaw: nazywamy części ciała ich właściwymi nazwami. Brzmi banalnie, prawda? Przecież to oczywiste: na ucho mówimy „ucho”, na nogę „noga”, a na penisa…

No właśnie, i tu zaczynają się schody. Siusiak, siurek-ogórek, ptaszek, piciolek… Ale żeby tak na głos przy dziecku powiedzieć „penis”?! Nie do pomyślenia! Jeszcze gorzej ma się rzecz z waginą. Cipka właściwie ma wydźwięk pejoratywny, a kaczucha nijak się ma zarówno do funkcji jak i do wyglądu tej części ciała. Moja dobra znajoma ukuła nawet na potrzeby swojej córki wyraz „siusiałka”, które ma być żeńskim odpowiednikiem siusiaka.

My jednak uznaliśmy, że skoro każda część naszego ciała ma już swoją nazwę, i każdą z nich podajemy dziecku w niezmienionej formie, to tak samo postąpimy z częściami intymnymi. Potem na dźwięk słów „wagina” i „penis” nie będzie się cały czerwienił albo wybuchał śmiechem, to będzie dla niego normalne słowo. Jednocześnie W. wie już, że to są miejsca intymne, i że nikt bez pozwolenia nie może go tam dotykać.

Już taka prosta sprawa w naszym konserwatywnym społeczeństwie budzi kontrowersje. Usłyszałam na przykład, że niepotrzebnie rozbudzam zainteresowanie dziecka kwestiami seksu. Tyle, że o seksie jeszcze z dzieckiem nie rozmawiałam i w najbliższej przyszłości nie planuję, o ile sam mnie o to nie zapyta. Po prostu jest na takim etapie, że ludzkie ciało go fascynuje i sama nazwa w zupełności mu wystarcza. Na podobnej zasadzie, od kiedy jestem w ciąży wie, że dzidziuś jest ze mną połączony pępowiną i że mieszka w moim brzuchu w małym domku, który się nazywa macica. Czy rozumie sposób funkcjonowania pępowiny i macicy? Zdecydowanie nie. Ale chciał poznać ich nazwy, to mu pomaga uporządkować sobie świat.

Jedyny problem jest taki, że w związku z naszym podejściem, W. nie czuje oporów przed rozmowami o ciele również w miejscach publicznych. I tak na przykład w poczekalni do lekarza, gdzie byliśmy jedynymi pacjentami nim nie przyszła mama z około 9-letnią córką, padło pytanie:

-Mamo, czy to jest dziewczynka?

-Tak, synku.

-A czy ona ma waginę?

(widząc kątem oka szok na twarzach obu przybyłych i rumieńce na twarzy dziewczynki)

- Tak synku, ma.

-A ma w brzuszku dzidziusia?

-Nie, kochanie.

-A dlaczego?

-Bo jest jeszcze za mała.

W tym miejscu musiałam wyjaśnić naszym coraz bardziej zaniepokojonym towarzyszkom, że akurat jestem w ciąży i wszystko co się z tym wiąże bardzo interesuje mojego syna. Skończyło się na wyrozumiałych uśmiechach.

Innym razem, w kawiarni, kiedy W. po raz pierwszy miał okazję zobaczyć mężczyznę w kitce, siedzącego przy pobliskim stoliku, musiał zaspokoić natychmiast swoją ciekawość:

-Mamo, a czy to jest pan czy pani?

-To pan, kochanie.

-A dlaczego on ma długie włosy?

-Bo mu się tak podobało i sobie zapuścił.

(po dłuższej chwili namysłu, na cały głos)

-A czy on ma penisa?

Muszę przyznać, że mężczyzna zachował kamienną twarz – może jakimś cudem nas nie słyszał. Po tych sytuacjach upewniliśmy się, że W. zapamiętał, że o miejscach intymnych możemy rozmawiać w gronie najbliższych, a wśród obcych nie. Taka edukacja seksualna na miarę trzylatka.

A w dzisiejszym filmiku – jak trzylatki edukowane są w Szwecji. I przy całej postępowości jest jednak siusiak i cipka (chociaż może to kwestia tłumaczenia)!

Les autres choses

Myślałam i myślałam nad tym co by tu znów napisać o Mężu, a tymczasem zewsząd nasuwały mi się inne tematy. W końcu dałam za wygraną – cytując klasyka „a teraz coś z zupełnie innej beczki”.

Od czasu ciąży baczniej przyglądam się napotykanym matkom z dziećmi, a odkąd Synek jest już z nami, codzienne spacery z nim dostarczają mi po temu licznych okazji. A jest co obserwować. Boje na linii matka – dziecko w miejscach publicznych zasługują na osobną specjalistyczną publikację. Nie czas i nie miejsce by omawiać wszystkie przejawy tej zatrważającej walki, do której nierzadko zostaje wciągnięty Bogu ducha winny przechodzeń, który ni z tego ni z owego może na przykład usłyszeć tekst typu: „Bo jak się zaraz nie uspokoisz to tamta pani cię zabierze.”. Dlaczego nikomu nie wadzący spacerowicz miałby zostać ukarany przydzieleniem rozwrzeszczanego kilkulatka – nie wiadomo.

Ale nie to miało stać się tematem dzisiejszego wpisu. Dziś bowiem bardziej niż matczyna wojowniczość i – bądźmy szczerzy – bezsilność, zaskakuje mnie przeciwstawny biegun, a mianowicie uległość połączona z nadmiernym wyręczaniem. Częstym obrazkiem jest scena powrotu dziecka ze szkoły. Siedmio-, może ośmioletnia pociecha bieży chyżo jakiś kilometr przed rodzicielką, która ciągnie się z tyłu obładowana niczym wół pociągowy, niosąc torebkę, reklamówki z zakupami oraz jakże twarzowy (zapewne zakupiony z tą myślą) tornister z wojowniczym żółwiem ninja, i poprzez leciutką zadyszkę pokrzykuje coś w stylu: „Jureczku, poczekaj! Uważaj, ulica! Stój, stój! Jedzie samochód!”. Czy Jureczek robi sobie cokolwiek z matczynych ostrzeżeń? W żadnym wypadku.

Czego takie postępowanie uczy Jureczka na temat relacji na płaszczyźnie rodzic – dziecko, starszy – młodszy, kobieta – mężczyzna? Odpowiedź pozostawiam Wam, drodzy czytelnicy. Oczywiście rodzice mają za zadanie wspierać swoje latorośle. Ale po pierwsze mają wychowywać.

Kończąc, pragnę wystosować następujący postulat: Matko, pozostań kobietą! Nie przemień się w pozbawionego własnych potrzeb wielofunkcyjnego robota do troszczenia się o innych!

Pragnę zaznaczyć, że powyższy postulat wystosowałam także sama do siebie, po czym bardzo się przejęłam i wzięłam go sobie głęboko do serca.

Le message

Od ponad dwóch tygodni wprowadzamy Synkowi do diety zupki warzywne. W związku z tym codziennie około milion razy wygłaszam kwestię:

„Synku, nie wkładaj rączek do buzi. Teraz jemy. Otwórz buźkę… No, popatrz, tak jak mama AAAAAAaaaaMMMmmm, PIĘKNIE. I jeszcze raz AAAAaaa… Ale nie wkładamy teraz śliniaczka do buzi, tylko łyżeczkę. O tak, właśnie tak.. Proszę oddać mamusi łyżeczkę. No, oddaj. Tak, dziękuję… Ale nie, nie NIE, nie wkładaj TERAZ rączek do buzi!”.

Zaczynam się zastanawiać czy ewentualne karmienie dziecka całe życie piersią byłoby takim złym pomysłem.

Tymczasem nie daje mi spokoju myśl poddana mi przez Agni, że cały mój wysiłek włożony w proces wychowania (poczynając od nauki jedzenia a na wartościach skończywszy) można równie dobrze sobie darować, bo pewnego pięknego dnia dziecko się zakocha i stanie się innym człowiekiem „jakby je ktoś podmienił”. Oczywiście pragnę dla mojego dziecka szczęścia wiążącego się z pokochaniem drugiej osoby z wzajemnością. Nikt nie wmówi mi jednak, że zakochanie jest tożsame z pożądaniem. Można pożądać nie kochając (tzw. seks bez zobowiązań – swoisty oksymoron, bo nie można wymieniać z kimś płynów ustrojowych i oczekiwać braku jakichkolwiek konsekwencji). Można kochać nie pożądając (miłość platoniczna, miłość rodzicielska, itp.). Wreszcie, można kochać i pożądać… Nie oznacza to jednak jeszcze, że to pożądanie natychmiast należy zrealizować. Nikomu jeszcze nic się nie stało dlatego, że powstrzymał się od współżycia. Natomiast wiele tragedii – takich jak AIDS, niechciane ciąże, zdrady, itp. – wiąże się z brakiem wstrzemięźliwości.

Czy rzeczywiście nie jestem w stanie w żaden sposób ukształtować mojego własnego dziecka pod względem seksualności?

Zastanawiam się, co chciałabym mu przekazać na ten temat. I jak mądrze to przekazać, żeby nie zrazić, nie wzbudzić niezdrowej ciekawości, a jednocześnie przekonująco wytłumaczyć? Kiedy zaczynać takie rozmowy? Czy z synem powinien porozmawiać ojciec „jak mężczyzna z mężczyzną”? Czy może raczej powinien być to temat jak każdy inny, poruszany od niechcenia przy niedzielnym obiedzie?

Na pewno chciałabym mu powiedzieć, że współżycie jest dobre. Może być piękne i wspaniałe. Nawet najwspanialszą rzecz można jednak zepsuć, jeśli nieumiejętnie się z niej korzysta.

Przede wszystkim, wbrew temu co można by wywnioskować z mediów, seks to nie jest taka gimnastyka we dwoje ani sposób na zabicie czasu w nudne popołudnie. To jest najbardziej intymne zbliżenie do jakiego może dojść między dwojgiem ludzi. Powinno być wyrazem miłości. Nie powinno więc do niego dochodzić byle jak, z byle kim, ani byle gdzie. Naturalnie jest to fizycznie możliwe do zrealizowania, ale nie należy wówczas oczekiwać, że będzie to cudowne przeżycie. Jak ze wszystkim, pierwszy raz może być tylko jeden, więc lepiej dobrze się zastanowić, nim się na niego zdecyduje. Czy naprawdę takie wspomnienie tego wydarzenia chcesz w sobie nosić do końca życia?

Myślę, że najważniejszy element spośród tych wymienionych przeze mnie „jak, gdzie i z kim” to właśnie ta druga osoba. Dla mnie na pytanie „z kim?” istnieje tylko jedna dobra odpowiedź: „z miłością Twojego życia”. Tylko wtedy tak wielka bliskość, taka czułość ma sens. Inaczej to jest zwykłe oszustwo. Twoje ciało krzyczy „jestem tylko Twój, kocham Cię, podziwiam Cię, chcę być z Tobą!” a twoje serce milczy. Ujmując to najprościej jak można: jeśli ta dziewczyna nie jest dość dobra, żeby wziąć z nią ślub, to nie jest też dość dobra, żeby iść z nią na całość. Zapytaj siebie czy chcesz mieć dzieci z tą osobą (co jest realną konsekwencją seksu, nawet przy najlepszej antykoncepcji). Czy chcesz spędzić z nią resztę życia. A jeśli odpowiedź brzmi „tak”, to nie ma się z czym śpieszyć, bo reszta życia to zazwyczaj dość długi okres czasu.

Co warte zaznaczenia, można nawet w najlepszej wierze, pomylić się co do swoich uczuć. Teraz sądzę, że to jest miłość mojego życia, a jednak za parę miesięcy się rozstajemy. Co wówczas zaoferujesz tej jedynej, kiedy już ją spotkasz? Jak mawia pewna znana mi wspaniała dziewczyna „przechodzonego, to ja nie chcę”. I ma rację. Większość ludzi pragnie takiej wyłączności: ja tylko dla Ciebie, Ty tylko dla mnie. Nie jest to jakieś naiwne marzenie. Tak powinno być. Tak może być. Nie jest łatwo w tym zwariowanym świecie, ale da się. A wtedy masz coś naprawdę wyjątkowego, czego mogą jedynie pozazdrościć ci wszyscy macho z dziesiątkami „zaliczonych” dziewczyn na koncie.

La formation

Czytając książkę autorstwa H. Clouda i J. Townsenda „Sztuka mówienia NIE” natknęłam się na informację, że już wkrótce nasz rozkoszny bobas zacznie dobitnie wyrażać własne zdanie i oczekiwać jego respektowania. Wielu rodziców ignoruje ten pierwszy przejaw budowania osobowości dziecka i wykorzystuje swoją przewagę fizyczną do wymuszania posłuszeństwa. Przeraziło mnie, że tak szybko nadszedł moment zakończenia naszego harmonijnego związku jako „matkodziecka”, istoty wiedzionej tymi samymi pragnieniami, które dość łatwo zaspokoić (spać, jeść, tulić). Jako mama po raz pierwszy, postanowiłam przygotować się przynajmniej teoretycznie na czekające nas, rodziców, zadanie. Może Wam też się te wskazówki przydadzą.

Zasady wychowania do odpowiedzialności:

1) Ponoszenie konsekwencji własnych działań wzmacnia poczucie odpowiedzialności i kontroli nad własnym życiem.

2) Konsekwencje muszą być dostosowane do wieku.

3) Konsekwencje muszą być proporcjonalne do wykroczenia.

4) Sens egzekwowania granic polega na budowaniu u dziecka wewnętrznej motywacji (robię tak, bo uważam to za słuszne, a nie dlatego, że mama mi kazała).

I. Faza oddzielenia i indywidualizacji:

ja to nie mama → ja to kto?

1. Faza wylęgania / dyferencjacji 5-10 m-c ż.

  • odkrywanie

  • dotykanie

  • smakowanie

  • podejmowanie ryzyka

  • ja ≠ mama

rola rodzica – wspieranie, asystowanie, zachęcanie do próbowania nowych rzeczy, ochrona przed niebezpieczeństwami

2. Faza ćwiczeń 10-18 m-c ż.

  • nauka chodzenia

  • początki mówienia

  • śmiałość

  • inicjatywa

  • poczucie wszechmocy

  • testowanie swoich możliwości

rola rodzica – wytyczenie granic zapewniających bezpieczeństwo, wyrażanie uznania, aprobata

3. Faza powrotu 18 m-c ż.-3 r.ż.

  • świadomość własnych ograniczeń

  • poczucie odrębności

  • poczucie własności (mój, mnie)

  • potrzeba decydowania o sobie

rola rodzica – uczenie wyrażania swoich emocji i potrzeb, uważne słuchanie, branie pod uwagę zdania dziecka, tłumaczenie swoich decyzji, konsekwencja

II. Faza identyfikacji płciowej 3-5 r.ż.

  • utożsamienie się i współzawodnictwo z rodzicem tej samej płci

  • pragnienie poślubienia rodzica płci odmiennej

rola rodzica – delikatne ale stanowcze wyjaśnienie, że to współmałżonek jest dla niego najważniejszy, zaspokajanie ciekawości dziecka dotyczącej różnic między płciami

III. Okres utajenia / wytężonej pracy 6-11 r.ż.

  • ostatnie lata prawdziwego dzieciństwa

  • nawiązywanie kontaktów rówieśniczych

  • nauka celowego działania (edukacja szkolna)

rola rodzica – uczenie planowania, konsekwentnego dążenia do celu, odsuwania spełnienia pragnień w czasie

IV. Wiek młodzieńczy 11-18 r.ż.

  • dojrzewanie płciowe

  • wypracowanie sobie autonomii w stosunku do otoczenia

  • wstępne ukierunkowanie zawodowe

  • pierwsze związki z osobami przeciwnej płci

  • ustalanie własnej hierarchii wartości

  • wytyczanie granic w relacjach z ludźmi

rola rodzica – uznanie w dziecku osoby równoprawnej i niezależnej, sprawowanie władzy wywieranie wpływu, zwiększanie zakresu wolności i odpowiedzialności dziecka, negocjowanie ograniczeń, przygotowanie do wyzwań dorosłości, wskazywanie autorytetów, inspirowanie, pozwalanie na ponoszenie naturalnych konsekwencji działań dziecka przez nie samo (a nie branie ich na siebie)

A żeby nie było za poważnie, na koniec o wychowaniu z przymrużeniem oka :-)

L’église

Ponieważ godziny snu i czuwania W. powoli się ustalają, od niedawna cieszymy się możliwością uczestniczenia całą trójką w nabożeństwach. Zazwyczaj Synek śpi, a nawet po przebudzeniu jak dotąd wykazuje się niebywałym wyczuciem i grzecznie się rozgląda. W analogicznej sytuacji podczas spaceru potrafi dać upust swojemu niezadowoleniu w sposób jednoznaczny dla trzech najbliższych dzielnic miasta. Na wszelki wypadek zajmujemy więc miejsca z tyłu kościoła, umożliwiające szybką ewakuację małego krzykacza. Chodzimy też na Msze dla dzieci, gdzie większość kongregacji potraktuje tego rodzaju odwrót ze zrozumieniem i odprowadzi nas współczującym wzrokiem – wyrażającym co najwyżej ulgę, że tym razem to nie ich dziecko zakłóca modlitewny nastrój – a nie święte oburzenie.

Im dłużej jednak uczestniczymy w tego typu Mszach, tym mocniej odczuwam, że część rodziców traktuje nazwę „Msza dla dzieci” jako przyzwolenie na kompletny brak zainteresowania poczynaniami własnych pociech od momentu przekroczenia progu kościoła, aż po jego opuszczenie. Zdają się tak zatopieni w modlitwie, że nie dostrzegają dokazujących w najlepsze maluchów, które bawią się echem, tupią, biegają przed ołtarzem, rozmawiają, krzyczą, zaczepiają ludzi, śmieją się w głos i piszczą, skutecznie zagłuszając przy tym słowa księdza, a nawet odpowiedzi wiernych.

Daleka jestem od twierdzenia, że świątynia nie jest miejscem dla najmłodszych chrześcijan. Przecież sam Jezus powiedział „Pozwólcie dzieciom przychodzić do mnie”(Mk 10, 14). Sądzę jedynie, że wychowanie dziecka stanowi proces pozbawiony momentów z napisem PAUZA, a wizyty w miejscach użyteczności publicznej wymagają dostosowania się do obowiązujących norm. Rolą rodziców (a nie księdza, czy sfrustrowanej osoby siedzącej obok w ławce) jest wyjaśnić dzieciom jakie te normy są, i egzekwować ich przestrzeganie.

Inną kwestią jest, jak atrakcyjne dla dzieci są Msze, które często dla dzieci są wyłącznie z nazwy. W niektórych kościołach podczas kazania skierowanego do dorosłych maluchy wyprowadzane są do salki, gdzie czekają na nie kolorowanki ze scenami z Ewangelii. W innych ksiądz wychodzi zza ołtarza z mikrofonem i zadaje dzieciom pytania dotyczące czytań. Kolejnym pomysłem jest zaangażowanie siostry zakonnej, która gra na gitarze piosenki z repertuaru „Arki Noego”. W końcu są i takie Msze, gdzie niekończące się kazanie w rzeczywistości jest skierowane do rodziców („Kochane dzieci, powiedzcie swoim rodzicom, że…”). Istota Mszy Świętej wszędzie pozostaje ta sama, ale wobec tak zróżnicowanego spektrum pomysłów na duszpasterstwo, duchowni nie mają prawa obrażać się na churching.

Un peu d’optimisme

Gdybyście, podobnie jak mój mąż, zastanawiali się, czy Susan Forward napisała może w swojej książce cokolwiek, co nie doprowadzałoby czytelnika do oburzenia/ smutku/ przerażenia/ depresji (niepotrzebne skreślić), mam dla Was kilka cytatów o prawidłowych relacjach rodzinnych.

Dzieci posiadają pewne podstawowe, nienaruszalne prawa: powinny być karmione, ubierane, ochraniane i bezpieczne. Ale zarazem mają prawo do rozwoju emocjonalnego, szacunku dla swych uczuć, a także do tego, by traktowano je w sposób umożliwiający rozwój poczucia własnej wartości.

Dzieci mają również prawo do tego, by ich zachowania były ograniczane przez rodziców w sposób właściwy. Mają prawo do popełniania błędów oraz do tego, by przywoływano je do porządku bez fizycznych czy emocjonalnych nadużyć.

Dzieci mają przede wszystkim prawo, aby być dziećmi. Mają prawo przeżyć swoje młode lata z radością, spontanicznie i nieodpowiedzialnie. Naturalnie, w miarę jak dzieci dorastają, kochający rodzice winni pielęgnować ich dojrzałość powierzając im pewną dozę odpowiedzialności i rodzinne obowiązki, ale nigdy za cenę dzieciństwa.”

Dzieci mają prawo do błędów oraz do pełnej jasności tego, że nie jest to koniec świata. W ten właśnie sposób nabierają odwagi do poznawania w życiu nowych rzeczy.”

 „Chociaż role rodzicielskie w czasie ostatnich dwudziestu lat uległy zaskakującym zmianom, rodzice mają dzisiaj te same obowiązki, jakie miało pokolenie ich rodziców:

  1. Powinni zaspokajać fizyczne potrzeby swoich dzieci.

  2. Powinni ochraniać swoje dzieci przed fizyczną krzywdą.

  3. Powinni zaspokajać dziecięce potrzeby miłości, uwagi i przywiązania.

  4. Powinni chronić swoje dzieci przed krzywdą uczuciową.

  5. Powinni troszczyć się o kościec moralny swoich dzieci.”

Susan Forward, „Toksyczni rodzice”

 Mimo, że nie jest to lektura ani łatwa, ani przyjemna, sądzę, że każdy powinien ją przeczytać. Wszyscy mamy rodziców, wielu z nas jest lub będzie rodzicami, a świadomość rozległości oraz trwałości szkód jakie rodzice mogą wyrządzić dzieciom zdaje się być bardzo pomocna w podejmowaniu wychowawczych decyzji, jak i zrozumieniu własnych i cudzych zachowań. Wreszcie, znając sposób postępowania osób, które wyrosły w toksycznej rodzinie, można im pomóc, a przynajmniej zaakceptować ich sposób postępowania jako wyuczony system obronny, a nie zamierzony atak personalny.

Aktualnie postanowiłam przyjąć podejście zadaniowe i zabieram się za ogromne tomiszcze autorstwa Heidi Murkoff: „Pierwszy rok życia dziecka”. Może się wreszcie dowiem jak obcinać te mini paznokcie!

PS. Pozdrowienia i uściski dla mojego taty, który właśnie wczoraj miał imieniny :-) specjalnie dla niego dzisiejszy utwór muzyczny:

Fonder une famille

                                        W ciąży i rozanielona, naturalnie!

Skręciliśmy z T. łóżeczko dla dziecka i muszę przyznać, że sama nie spodziewałam się ogromu emocji jakie to wydarzenie we mnie wzbudzi (i nie mam tu na myśli frustracji ze względu na niezrozumiałe rysunki w instrukcji montażu).

Kiedyś myślałam, że w ciąży przez 9 miesięcy będę nieustannie chodzić rozpromieniona, uśmiechnięta, rozmarzona i głaskać się po brzuchu. Wyznałam T., że chyba coś jest nie tak z moim instynktem macierzyńskim, bo wszystkie kobiety w ciąży na zdjęciach (w książkach, gazetach, reklamach, na stronach internetowych) wyglądają na absolutnie zachwycone swoim stanem. Tymczasem w moim osobistym doświadczeniu im mniej czasu zostaje do porodu, tym bardziej czuję się wyczerpana tak psychicznie jak i fizycznie, coraz mniej rozumiem samą siebie, coraz mniej podoba mi się własny wygląd i zachowanie, a nade wszystko jestem absolutnie przerażona ogromem odpowiedzialności, która lada moment na nas spadnie. T. widząc moją nieszczęśliwą minę zaczął się śmiać, pocałował mnie w nos i powiedział, że kocha mnie nawet kiedy coś jest nie tak z moim instynktem macierzyńskim.

Pani na zdjęciu oczywiście też nie może przestać się uśmiechać na myśl o rychłych kolkach, biegunkach i wysypkach.

Skąd ten strach? Nie chodzi mi tu o nocne wstawanie, pilnowanie terminów szczepień, ani nawet o obcinanie mikroskopijnych paznokci wymachującemu rączkami niemowlęciu (a przynajmniej nie tym razem). Oczywiście, już planując ciążę wiedzieliśmy, że rodzicielstwo jest poważną sprawą. Jednak zupełnie inaczej jest wiedzieć o czymś w teorii, a inaczej musieć zmierzyć się z praktyką, gdy nie ma drogi odwrotu, ani żadnych jednoznacznych wytycznych co do metod działania.

Czy wiedzieliście, że charakter człowieka kształtuje się do 3 roku życia? W późniejszym okresie ulega on już tylko niewielkim modyfikacjom, a wprowadzenie jakichkolwiek poważniejszych zmian jest bardzo trudne. Zarazem jest to ten czas naszego życia, w którym jesteśmy całkowicie zdani na rodziców. Nie mamy z tych lat prawie żadnych świadomych wspomnień. Pomyślcie tylko: my teraz dostaniemy w swoje ręce małego bezbronnego człowieczka, a będąc tylko ludźmi popełnimy całą masę błędów w jego wychowaniu, czego skutki będzie odczuwał przez całą resztę życia (a my razem z nim). Jak rodzice w ogóle wytrzymują takie obciążenie psychiczne?

Otóż, bardzo wielu nie wytrzymuje. Korzystając z kolejnej bezsennej nocy (tym razem z przejęcia) rzuciłam się na książkę Susan Forward „Toksyczni rodzice”. W ramach anty-przewodnika, rzecz jasna. Sporządziłam krótką notatkę na własny użytek, może Wam też się przyda.

Toksyczni rodzice – greccy bogowie:

  • idealni (nie wolno ich krytykować, również po śmierci), wszechwładni (nie wolno się sprzeciwiać), kapryśni, osądzający, nieprzewidywalni, na piedestale; „Ryby i dzieci głosu nie mają”, „Odzywaj się do mnie z szacunkiem, albo wcale”

  • dziecko na emocjonalnej huśtawce, nie wie dlaczego jest karane lub nagradzane; jego samopoczucie jest uzależnione od nastroju rodziców, których gloryfikuje (szuka usprawiedliwień dla postępowania swoich dobrych, idealnych rodziców); ma zaniżone poczucie własnej wartości, rozstrój emocjonalny; nie umie nawiązywać trwałych, zdrowych relacji interpersonalnych; ciągle szuka aprobaty i miłości rodziców; w dorosłym życiu często samo staje się toksycznym rodzicem

  • jeśli dzieje się coś złego, jest to wina dziecka, nigdy rodzica

  • złość na rodziców jest przenoszona na łatwiejszy cel (żona, dzieci, pies, itp.) lub staje się autodestrukcyjna

  • zniekształcone wyobrażenie miłości: nie ma miłości bez cierpienia, dobre chwile należy odpokutować znosząc chwile ciężkie

  • brak komunikacji i zaufania, relacja oparta na strachu, dominacji i uległości

  • częsta zamiana lub zatarcie ról rodzic – dziecko, potrzeby rodzica są na pierwszym miejscu

  1. rodzice nieadekwatni: niedojrzali, niezaradni życiowo, zaburzeni emocjonalnie, często rozwiedzeni, w depresji; nieobecni duchowo lub fizycznie; zależni od dzieci, walczą o bycie w centrum ich uwagi, wpędzają je w ciągłe poczucie winy; „Wiesz ile to by dla mnie znaczyło, gdybyś tylko…”

  • dziecko przedwcześnie dorosłe; następuje odwrócenie ról, bierze na siebie odpowiedzialność za rodziców i młodsze rodzeństwo, próbuje naprawić sytuację rodzinną, czuje się winne gdy tego nie potrafi; „Ktoś musi się tym zająć”

  • dziecko staje się drugorzędne wobec potrzeb rodziców, przez co w późniejszym życiu nie potrafi wyrażać głębszych uczuć ani mówić o swoich potrzebach

  1. rodzice – kontrolerzy: despotyczni, tyranizujący, nadopiekuńczy, manipulujący (często posługują się w tym celu pieniędzmi) wywierający presję, krytykanccy; nie potrafią rozstać się z dzieckiem, nie chcą, by dorosło, nie akceptują jego niezależności, odczuwają silnie „syndrom pustego gniazda”; często dziecko jest jedyną miłością ich życia (samotni, wdowcy, niespełnieni w małżeństwie); narzucają niechcianą i niepotrzebną pomoc, wpędzają w poczucie winy; „Wpędzisz mnie do grobu”, „To ja tu sobie żyły dla ciebie wypruwam, a ty tak mi się odwdzięczasz?”

  • dziecko niezależnie od wieku sprowadzane do roli osoby infantylnej, która na niczym się nie zna i sama z niczym sobie nie poradzi; zaniżone poczucie własnej wartości, wyuczona bezradność, nadmierna zależność wobec rodziców, zdominowanie LUB bunt, kompletne odcięcie się, zerwanie więzów; „Gdyby mogła oddychałaby za mnie”, „Jestem w moim własnym życiu pomocniczym graczem”

  1. rodzice – alkoholicy/ narkomani: w centrum zainteresowania rodziny są ich potrzeby, ukrywanie ich nałogu i/ lub próby ich leczenia (rola dziecka); nieobliczalni, często posuwają się do agresji słownej lub przemocy fizycznej wobec pozostałych członków rodziny; zrzucają winę za swoje uzależnienie na innych, w tym na dzieci; „Gdybyś był grzeczny, gdybyś nie stwarzał tyle problemów, gdybyś miał lepsze oceny, itp. nie musiałbym/ musiałabym pić!”

  • dziecko ma przerost poczucia odpowiedzialności, potrzebę opiekowania się rodzicami (rola rodzica), wykazuje ślepą lojalność wobec nich, tłumi w sobie ogromny gniew, jest chorobliwie nieśmiałe, niepewne siebie, przygnębione, podejrzliwe; często wchodzi w rolę tzw. „złotego dziecka” – skrajny perfekcjonizm we wszystkim co robi (sport, nauka, praca, itp.) aby zasłużyć na miłość rodziców LUB „kozła ofiarnego” – poniżane, również publicznie, przez pijącego rodzica, samo zaczyna wierzyć w swoją bezwartościowość i postępuje tak, by ją udowodnić (słabe wyniki w nauce, zachowania autodestrukcyjne, przestępczość)

  • w dorosłym życiu dziecko często samo wpada w alkoholizm (często wprowadzone w nałóg przez uzależnionego rodzica jako „kumpel do picia”) LUB zawiera małżeństwo z alkoholikiem (wierząc, że tym razem zdoła naprawić sytuację, która przerosła je w dzieciństwie)

  • drugi z rodziców jest współuzależniony (przyzwalający) – podświadomie wypiera istnienie problemu, „sprzątając bałagan” po uzależnionym partnerze pozwala by proceder trwał, często okazuje bezradność, również przyjmując rolę dziecka, LUB potrzebuje uzależnionego partnera, by poprawić własną samoocenę, będąc męczennikiem w oczach otoczenia

  1. rodzice – krytycy: sadystyczni, okrutni, bezwzględni, złośliwie wyśmiewają dzieci pod pozorem żartów, zawstydzają, ubliżają im, wyzywają, znieważają (także publicznie); krytykują ich wygląd, inteligencję, umiejętności, podważają ich wartość jako istot ludzkich; krzyczą, używają wulgaryzmów; poprawiają własną samoocenę kosztem dzieci, często przerzucają na nie swoje niespełnione aspiracje; „Mówię to dla twojego dobra: po prostu się nie nadajesz, po co masz się rozczarować”, „Żałuję, że się w ogóle urodziłeś!”

  • dziecko internalizuje opinie rodziców o sobie, jest przewrażliwione, nieśmiałe, podejrzliwe, nieufne, z zaniżonym poczuciem własnej wartości, przekonane, że wszyscy z niego szydzą; często staje się perfekcjonistą; „Niezależnie od tego co robię, czuję się jak ktoś, kto ciągle przegrywa”, „Jestem skazany na niepowodzenie”

  1. rodzice – bokserzy: nie potrafią kontrolować własnych emocji, agresywni, nieobliczalni, wyładowują złość i stres poprzez fizyczne znęcanie się nad dziećmi i/ lub współmałżonkiem, szukają pretekstu do bicia, prowokują sytuacje temu sprzyjające, próby obrony ich drażnią; po pobiciu często szukają zrozumienia i rozgrzeszenia u swoich ofiar, tłumaczą się; „On musi wiedzieć, kto tu rządzi”, „Mnie też bito i wyrosłem na przyzwoitego człowieka, porządne lanie od czasu do czasu jeszcze nikomu nie zaszkodziło”

  • dziecko jest nieufne, marzy o zemście, tłumi w sobie gniew i lęk, które z czasem mogą przerodzić się w depresję lub zachowania autodestrukcyjne; „Nienawidzę siebie”, „Widocznie sobie zasłużyłem na lanie”

  • drugi z rodziców – milczący partner – jest współodpowiedzialny za przemoc wobec dzieci poprzez swoją bierność, często również jest zastraszony, bity, czasem wchodzi w rolę pocieszyciela, przychodząc do pobitego dziecka by przepraszać i łagodzić ból

  1. rodzice – gwałciciele: pochodzą z wszelkich grup społecznych, często wiodą bujne życie seksualne w swoim małżeństwie, sprawują odpowiedzialne funkcje; próbują flirtować z własnymi dziećmi, podglądają je, czerpią przyjemność z opowiadania im o własnych intymnych doznaniach, robią im zdjęcia w wyzywających pozach, dotykają ich w celu pobudzenia się seksualnie, rozbierają je/ się przed nimi, gwałcą; traktują dziecko jako prywatną własność, stają się agresywni wobec potencjalnych „rywali” (np. chłopaków córki), zmuszają do uległości oraz zachowania tajemnicy groźbami i/lub przemocą; „Jeśli komuś powiesz, zabiję cię/ oddam cię do domu dziecka/ i tak nikt ci nie uwierzy”, „Tak naprawdę sama mnie do tego skłoniłaś swoim wyzywającym zachowaniem”

  • dziecko uległe, nieśmiałe, niepewne siebie, osamotnione, nieufne, często dokonuje samookaleczeń, próbuje się ukarać, czuje się winne za to co mu się przydarzyło (zwłaszcza jeśli czerpało fizyczną przyjemność ze stosunku), czuje się winne zdrady wobec drugiego rodzica; niezdolne do stworzenia zdrowej relacji z przedstawicielem płci przeciwnej (ponieważ czuje się jakby zdradzało rodzica – gwałciciela), ma poważne zaburzenia w życiu emocjonalnym i seksualnym, może odczuwać wstręt na samą myśl o seksie, lub popaść w drugą skrajność i współżyć z kim popadnie, dowodząc tym samym przed sobą, że rzeczywiście jest z gruntu uwodzicielskie; „Czuję się zbrukana” „Jeśli komuś powiem, wszyscy mnie znienawidzą”

  • drugi z rodziców – milczący partner – jest współodpowiedzialny za przemoc wobec dzieci poprzez swoją bierność, niedostrzeganie cierpienia własnego dziecka (rzadko zdarza się, że rzeczywiście nic nie wie), zazwyczaj domyśla się, ale nie chce wiedzieć, wypiera prawdę nawet wobec jednoznacznych dowodów na rzecz spokoju rodziny

Baby books

Od kiedy przeszłam na zwolnienie nie ma dnia, żeby ktoś mnie nie odwiedził albo nie dzwonił. Wygląda na to, że wszyscy moi znajomi jak jeden mąż (i jedna żona) pomyśleli, że musi mi doskwierać samotność. Tymczasem w życiu nie mieliśmy tylu gości w trakcie jednego tygodnia, że o urywających się telefonach oraz e-mailach nie wspomnę! W obliczu napływu ludzkiej serdeczności, nieodmiennie połączonej z przysmakami typu słoika pomidorowej, własnoręcznie przyrządzonego dżemu czy ciasteczek, wstąpił we mnie nowy duch (oraz niemała ilość nadliczbowych kalorii). Czuję się głęboko poruszona, a zarazem nieźle podtuczona!

Jedna ze znajomych zapytała mnie ostatnio jakie książki mogę polecić na temat ciąży oraz wychowania dzieci. Primo, pozwolę sobie zauważyć, że czytanie jako takie jest zdecydowanie wskazane dla kobiet w ciąży, gdyż wkrótce może im zabraknąć czasu na tą szlachetną czynność. I choć fora internetowe oraz internetowe strony tematyczne roją się od różnorakich informacji, nie są to pewne źródła wiedzy, na których mogliby polegać niedoświadczeni rodzice. Secundo, oferta rynkowa jest bardzo bogata i można wśród niej znaleźć zarówno prawdziwe perełki, jak i ładnie ilustrowane pustosłowie. W gąszczu tytułów nietrudno się pogubić: „Moje dziecko”, „Twoje dziecko”, „Nasze dziecko” – już na tym etapie można złapać się za głowę. Czyje to jest w końcu dziecko, a co za tym idzie, dla kogo została napisana książka?

Nie miałam okazji (a prawdę powiedziawszy, również cierpliwości) zaznajomić się z wieloma pozycjami dotyczącymi ciąży, niemniej spośród tych znanych mi, zdecydowanie polecam „W oczekiwaniu na dziecko” autorstwa Heidi  Murkoff i Sharon Mazel. Napisana przystępnym językiem książka nie tylko miesiąc po miesiącu szczegółowo opisuje rozwój dziecka i zmiany zachodzące w organizmie matki, ale także podpowiada jak się odżywiać, jak gimnastykować  i – co dla mnie przeważyło o wartości tekstu – jakich dolegliwości należy się spodziewać, a jakie nie powinny wystąpić i jako takie należy je skonsultować z lekarzem. Myślę, że to cenne wskazówki zwłaszcza dla tzw. pierworódek, które, podobnie jak ja, z jednej strony drżą o los dziecka i nie do końca wiedzą czego oczekiwać, a z drugiej nie chcą wyjść na histeryczki, które z każdym drobiazgiem biegną do przychodni. Zawczasu zaopatrzyłam się również w kolejną część z tej serii „Pierwszy rok życia dziecka” (często można kupić je w zestawie, wtedy wychodzi taniej), jednak ze zrozumiałych względów bardziej interesowała mnie jak dotąd ta pierwsza część.

Moim największym skarbem jest książka „Oto jestem! Ilustrowana opowieść o pierwszych miesiącach życia człowieka.” z autografami Włodzimierza Fijałkowskiego i Roksany Jędrzejewskiej-Wróbel. Została ona napisana z punktu widzenia nienarodzonego dziecka i z myślą o dzieciach, które spodziewają się rodzeństwa. Niewątpliwie można ją nazwać naiwną i nieco bajkową, mnie jednak nieodmiennie rozczula, opisując rozwój dziecka od zapłodnienia do porodu bardzo po ludzku, nie stroniąc jednak od faktów naukowych. Przekonuje mnie znacznie bardziej niż ściągnięta zza granicy jako informacyjne objawienie dla dzieci i młodzieży „Wielka księga cipek” (Dan Höjer, Gunilla Kvarnström).

W końcu, jeśli rzecz o wychowaniu, wybór jest przeogromny. Książki dla ojców, książki dla matek, książki o wychowaniu chłopców, książki o wychowaniu dziewczynek, książki o wychowaniu bliźniaków, książki o wychowaniu jedynaków, książki o ADHD, dysleksji itp., itd. Wychowanie bezstresowe, tradycyjne, demokratyczne, katolickie, antypedagogika… Myślę, że tutaj najważniejszy jest zdrowy rozsądek. Pamiętajmy o dewizie Napoleona, który zapytany o to, kiedy należy zacząć wychowywać dziecko, odparł, że na dwadzieścia lat przed jego urodzeniem. Innymi słowy, jeśli chcesz nauczyć czegoś swoje dziecko, najpierw sam się tego naucz. A jeśli już mam coś polecić, to na początek gorąco zachęcam do lektury „Być rodzicem – to takie proste” Marcina Przewoźniaka i Marii Szarf. Ciekawy jest już sam pomysł na książkę, której autorzy wymieniają ze sobą serię maili-rozdziałów na tematy dręczące świeżo upieczonych rodziców. Raz przerażeni, raz sfrustrowani, a innym razem znów dumni wymieniają najnowsze informacje o swoich pociechach: „Czy to powinno tak być?”, „Czy to normalne?”, „Co powinienem zrobić w takiej sytuacji?”, „A jak to jest u Ciebie?” – tak w skrócie telegraficznym przedstawiają się ich dyskusje. Dodatkowym atutem jest spojrzenie zarówno męskie jak i damskie oraz ogromna dawka poczucia humoru.

Jak natrafię na jakiś ciekawy tytuł, nie omieszkam dodać go do listy. A póki co oddalam się z powrotem do mojego „Starcia królów”…

PS À propos ostatniego wpisu, przypomniało mi się jeszcze powiedzenie „Jesteś tym, co jesz”. Moi drodzy, muszę Was przestrzec, że jest w tych słowach ziarno prawdy. Jeśli ubrałabym się w dopasowany strój barwy oranżu, ani chybi z każdym dniem coraz bardziej przypominam dojrzałą pomarańczę, zwłaszcza z profilu!

PPS Serdeczne pozdrowienia dla P. ze Szczecina, jej świeżo poślubionego męża, oraz koleżanki z pracy, która zaczęła niedawno czytać mojego bloga :)