faire un bébé

pop-ink-csa-images-woman-receiving-a-child-at-end-of-baby-assembly-line

A jednak wrócę jeszcze do „Projektu matka”, bo padło tam pewne sformułowanie, na które natknęłam się już kilkukrotnie i za każdym razem tak samo mnie ono mierzi. Ostatnio – kiedy usłyszałam, że znajomi pojechali na zagraniczne wakacje „zrobić sobie dziecko”. Cóż za finezja! Przywodzi mi to na myśl ciężką harówkę przy taśmie produkcyjnej, plan wynikowy  oraz kontrolę jakości. Moje skojarzenia związane z seksualnością są zgoła odmienne.

Zrobić to sobie można kawę lub herbatę, ewentualnie szalik na drutach. Słowem, zrobić można COŚ, ale już nie KOGOŚ. Czy to się komuś podoba czy nie, ludzie mają dość ograniczone pole manewru w kwestii naturalnego poczęcia dziecka. Mogą badać swoją płodność, wybierać najkorzystniejszy czas i mieć nadzieję, że się uda. Znajomym akurat się nie udało. I z taką opcją też trzeba się liczyć. Bo dwa wolne tygodnie w kalendarzu mogą pasować nam, ale naszym hormonom i organom wewnętrznym już niekoniecznie.

Kiedy o tym myślę, przychodzi mi jeszcze inny przykład biznesplanu w wersji family: cesarskie cięcie na życzenie. „Najlepiej zanim na brzuchu pojawią się rozstępy, w ten dzień nie, bo mam akurat umówione spotkanie, sama nie wiem – lepiej żeby dziecko było Skorpionem czy Strzelcem?”

Jeżeli dziecko musi się urodzić przez cesarskie cięcie za względu na wskazania medyczne, to tak musi być, trudno. Tak właśnie, TRUDNO, bo dla prawidłowo ułożonego, zdrowego dziecka najzdrowiej jest urodzić się drogami natury. Również dla matki w większości przypadków jest to najkorzystniejsze – nomen omen – rozwiązanie. W imię utrzymania kontroli oraz ograniczenia bólu (to ostatnie akurat rozumiem, choć nie popieram – w ostatecznym rozrachunku po cesarskim cięciu dochodzi się do siebie dłużej, a kiedy puści znieczulenie ból też jest niemały) z inwazyjnej operacji robi się umówiony „zabieg”. Świadomość możliwych komplikacji w trakcie i po operacji oraz wiedza o ryzyku niedonoszenia kolejnych ciąż ze względu na bliznę na macicy, wydają się zastraszająco małe w porównaniu z powszechną wiedzą, że „najlepiej ciąć na uśmiech, bo wtedy blizna jest mało widoczna”.

Co do nas – nigdy nie myśleliśmy w kategoriach „zróbmy sobie dziecko”. My się zwyczajnie kochaliśmy i bardzo pragnęliśmy założyć rodzinę. Później z niepokojem i ogromną niecierpliwością czekaliśmy na tę wielką niewiadomą, na narodziny synka.

Żadna w tym nasza zasługa, ani wina znajomych, że my otrzymaliśmy dar rodzicielstwa, a oni – jeszcze – nie. Nie ZROBILIŚMY nic lepiej, nie mieliśmy też lepszego planu wynikowego. Niektóre rzeczy zwyczajnie od nas nie zależą. Trudno przyjąć ten fakt współczesnemu człowiekowi sukcesu.

Patrząc na nasze śpiące maleństwo, widząc jakie jest piękne, jak szybko się rozwija, jakie jest do nas podobne – a zarazem jak bardzo odmienne od każdego z nas – jestem głęboko przekonana, że nigdy nie umielibyśmy ZROBIĆ nic równie dobrego.