La force

To się dzieje zawsze kiedy słyszę jakiś jednostajny szum tła. Pracujący wentylator. Brzęczenie radia.

I nagle jestem prawie pewna, że słyszę płacz mojego dziecka. Chociaż tak wiele razy już tego doświadczałam i wiem, że na 98% dziecko wcale nie płacze, niepokój zawsze jest ten sam. A potem płacz dziecka przeradza się w inny dźwięk.

W zwierzęce wycie z bólu rodzących kobiet, które słyszałam na porodówce. Ba, które sama z siebie wydawałam, choć zapomniałam już, że umiem wydawać takie dźwięki. Po pierwszym porodzie też prześladował mnie ten krzyk, który niesie się przez okna aż do sal, w których śpią pacjentki z urodzonymi już dziećmi. Rozdzierający krzyk, przepełniony siłą i cierpieniem, niczym zniekształcony jakąś złośliwą mocą okrzyk rozkoszy wydawany przy poczęciu dzieci, które teraz przychodzą na świat. Oczywiście wiem, że wcale go nie słyszę,że za kilka tygodni znów o nim zapomnę i przestanie mnie prześladować. A jednocześnie przecież jest prawdziwy, rozlega się nieustannie w różnych miejscach na ziemi, zwiastując nowe życie.

Jest w nas element zwierzęcy, który przez większość życia spychamy do podświadomości, ignorujemy, próbujemy okiełznać, stłumić. Podczas porodu właśnie ta część nas dochodzi do głosu. Pierwotna i przerażająca, ale też czyniąca nas potężniejszymi niż kiedykolwiek mogłybyśmy przypuszczać.

La vie et la mort

Kobieta w ciąży jest bramą pomiędzy życiem i śmiercią. Mam głębokie przekonanie, że nie jest to zbędny patos. Chodzimy po świecie niczym symbole. Z jednej strony nosimy w sobie potencjał życia – jak się przyjęło mówić, „nowe życie”. Z drugiej strony, jak każda żywa istota, nosimy w sobie także potencjał śmierci – tyle, że tym razem zwielokrotniony.

Trudno ustalić jak często dochodzi do poronień. Często dzieje się to na pierwszym etapie ciąży, kiedy matka nie wie jeszcze o zapłodnieniu i odczuwa poronienie jako spóźnioną miesiączkę. A jeśli już wie, w naszej kulturze w dużym stopniu pozostaje to temat tabu. Jak gdyby fakt, że się tego dziecka nie widziało, nie przytulało, a teraz jeszcze się o nim nie mówi, sprawiał, że ból po jego stracie zniknie.

Moja bliska koleżanka ze studiów napisała mi dzisiaj, że poroniła w 14 tygodniu ciąży. Co to oznacza? Po pierwsze górę formalności. Po drugie, ponieważ poronienie nastąpiło przed 16 tygodniem ciąży, od rodziców zależy, czy chcą poznać płeć zmarłego dziecka. I tu następuje procedura, która w cywilizowanym kraju jest nie do przyjęcia: rodzice otrzymują martwy płód, zwany „próbką”, do przechowania przez kilka dni w domowej lodówce, do czasu wykonania badania. Brak mi słów.

Z drugiej strony, każdego dnia około 830 kobiet umiera z powodów powiązanych z ciążą lub porodem (dane wg WHO). Co prawda, 99% tych śmierci ma miejsce w krajach rozwijających się, gdzie nawet dostęp do wody bieżącej w szpitalu nie jest sprawą oczywistą. Natrafiłam niedawno na reportaż BBC obrazujący skalę problemu. Na przykład Kemisa z Ugandy otwarcie stwierdza, że położna na liście zakupów przedporodowych umieściła 10 par gumowych rękawiczek dla lekarza, ale ciężarna kupiła ich tylko dwie. Powód? Na więcej jej nie stać. Za to Ellen z Malawi urodziła dziecko w publicznym ośrodku zdrowia, w którym odbiera się 90 porodów miesięcznie, mimo że nie ma tam wody bieżącej, sprzętu do sterylizacji narzędzi ani prądu. Nadaje to staraniom działającej w Polsce Fundacji Rodzić po Ludzku nieco inny wymiar.

Ale skoro już mowa o Polsce, usłyszałam niedawno smutną historię. Kobieta miała urodzić kolejne już dziecko poprzez cesarskie cięcie. Miała umówioną datę, swojego lekarza, zarezerwowaną salę, przygotowane jednostki swojej grupy krwi. Zabieg przebiegł pomyślnie, dziecko przyszło na świat całe i zdrowe. Z niewiadomych przyczyn matka wykrwawiła się na śmierć. Przy całej nowoczesnej technologii, w sterylnych warunkach, pod okiem wykwalifikowanych lekarzy. Trudno to zaakceptować. A jednak pewne, wcale niemałe, obszary życia pozostają zupełnie poza naszą kontrolą. Życie i śmierć to nadal tajemnica.

Przeczytałam ostatnio świetną książkę Justyny Dąbrowskiej „Nie ma się czego bać. Rozmowy z mistrzami”, która składa się z wywiadów dotyczących przemijania i śmieci. Zastanowiło mnie, że średni wiek rozmówcy wynosił 80 lat. Tak jakby wcześniej się nie umierało…

Nie chcę kończyć w tym fatalistycznym tonie. Naturalnie większość rodziców oczekuje szczęśliwego rozwiązania i narodzin zdrowego potomka. W zdecydowanej większości wypadków, tak się właśnie dzieje. Myślę tylko, że warto uświadomić sobie od czasu do czasu jakie to ogromne, nieoczywiste szczęście.

La vie en rose

We wtorek wybraliśmy się rodzinnie na poznańską Cytadelę. Słoneczne popołudnie, klomby kwitnących róż, mieniąca się w promieniach słońca sadzawka, rodziny z dziećmi, pary zakochanych. Usiedliśmy na ławce, W. został spacyfikowany przy pomocy chrupek kukurydzianych i przytuliliśmy się całą trójką. Pachniały róże, rozlegał się śmiech dzieci. Jasne, czyste wspomnienie.

-Pamiętasz jak jako para siedzieliśmy na tamtej ławce i słuchaliśmy Szustaka? – Mruczę mężowi do ucha.

-A gdybym Ci wtedy powiedział, że za trzy lata będziemy siedzieć na tej ławce z naszym małym W.? – Odmrukuje T.

-Nie uwierzyłabym. – Uśmiechamy się zgodnie i wygrzewamy się w ciszy. Przy małym dziecku trzeba opanować sztukę oszczędzania energii przy każdej nadarzającej się okazji.

Czasem trudno uwierzyć, że życie może być aż tak dobre.

Incroyable!

1298Życie pisze najbardziej niewiarygodne scenariusze!

Znajomy niedawno spadł z drabiny podczas drobnych prac remontowych w domu i złamał rękę. Złamanie kości łokciowej i promieniowej z przemieszczeniem, tuż nad nadgarstkiem, to nie przelewki. Na domiar złego była to prawa ręka, a znajomy jest praworęczny i trudni się naprawą laptopów. Poważny problem, zwłaszcza, że od czasu złamania stracił czucie w palcach, co może uniemożliwić mu dalszą pracę w zawodzie. Nic dziwnego, że chłopak się zamartwiał. Zaraz po założeniu gipsu zaczął dzwonić do klientów z informacją, że nie jest w stanie wywiązać się na czas ze zleceń, które przyjął.

- Dzień dobry z tej strony XYZ, niestety nie będę mógł naprawić pani laptopa w umówionym terminie, ponieważ złamałem rękę. Naprawa może się opóźnić o jakieś 2-3 miesiące.

- Nic nie szkodzi. W zasadzie to wcale mi się nie śpieszy. Miałam wypadek samochodowy i złamałam kręgosłup. Jestem sparaliżowana od szyi w dół.

Znajomy przestał się zamartwiać.

L’affirmation de la vie

01Jestem właśnie po lekturze dwóch przesiąkniętych optymizmem książek Reginy Brett, kobiety, która w dzieciństwie była molestowana, a w dorosłości samotnie wychowywała córkę, zachrowała na raka i straciła obie piersi. Przyznacie, pozytywne nastawienie u osoby po takich przejściach robi wrażenie. „Bóg nigdy nie mruga” oraz „Jesteś cudem” to zbiór przemyśleń i opowieści z życia wziętych dotyczących szczęścia, nadziei i dobrego życia. Nieco naiwne, czasem niedopracowane teksty i tak osiągają swój cel: wzruszają, dodają otuchy, inspirują.

Pozwoliłam sobie stworzyć zestawienie tytułów niektórych rozdziałów oraz cytatów z obu książek, tak, by powstała motywująca strona A4 do wydrukowania i powieszenia na lodówce, lub w innym widocznym miejscu. Mam nadzieję, że Wam się spodoba i doda uśmiechu do Waszej codzienności :)

Życie jest niesprawiedliwe, ale i tak jest dobre.

Zacznij tam, gdzie jesteś.

Zajmij się tym, co możliwe.

Wyolbrzymiaj dobro.

Przychodź wcześniej.

Przygotuj się ponad miarę, a potem daj się ponieść.

Wszyscy robimy to samo. Różnica polega na tym, jak to robimy.

Daj z siebie wszystko i nie zadręczaj się. Może jest jeszcze za wcześnie na ocenę.

_____________________________

Nie traktuj ludzi tak, jak sam chcesz być traktowany, tylko tak, jak oni chcą być traktowani.

Każdy jest Twoim uczniem albo nauczycielem. A większość z ludzi występuje w obu tych rolach.

Zazdrość to strata czasu. Masz już wszystko, czego naprawdę potrzebujesz.

Pocieszaj chorych. Bądź tym, kto zostanie, gdy wszyscy inni się ulotnią.

Wyciągaj rękę na zgodę jak najszybciej, póki nie jest jeszcze za późno.

_____________________________

Nie traktuj siebie tak poważnie. Nikt poza tobą tego nie robi.

Życie jest za krótkie, żeby się nad sobą użalać. Zajmij się życiem albo zajmij się umieraniem.

Nieważne jak się czujesz: wstań, ubierz się i przyjdź, gdzie trzeba.

_____________________________

Zapal świece, śpij w lepszej pościeli, włóż elegancką bieliznę. Nie czekaj na specjalną okazję – wystarczającą okazją jest dzisiejszy dzień.

Nikt oprócz ciebie nie odpowiada za twoje szczęście. Jesteś menedżerem własnej radości.

Pozbądź się wszystkiego, co nie jest pożyteczne, piękne, lub radosne.

_____________________________

To, o czym myślisz, staje się prawdą.

Kto o nic nie prosi, niczego nie dostaje.

Mierz wyżej.

Zostaw po sobie dziedzictwo, którego nie zatrze czas.

Jeśli się dziś obudziłeś, to Bóg jeszcze z Tobą nie skończył.

_____________________________

„Znajdź swój rytm i idź jak burza.”

„Naprzód najważniejsze!”

„(Twoje imię), zasługujesz na dobrobyt!”

„Jeśli próbujesz być kimś innym, poniesiesz porażkę. Świat już ma taką osobę. Teraz potrzebuje ciebie.”

„Okoliczności życiowe odpowiadają za 10% naszego poczucia szczęścia (…). Za kolejne 50% odpowiada genetyka. A reszta zależy wyłącznie od ciebie. Więc może pośiwięć się w 100% tym 40%?”

„To dobrze, że jest trudno. Poradzisz sobie z trudnościami.”

„Wszystko JEST dobrze.”

„Po prostu oddychaj.”

„To nie jest niemożliwe. To po prostu życie.”

„Gdyby miało być inaczej, to byłoby inaczej.”

„Nauczyłam się, że ludzie upadają, ale zwycięzcy się podnoszą, a złoci medaliści po prostu podnoszą się szybciej.”

„Nie ma czegoś takiego jak „nie”. Znajdź sposób aby to „nie” zamieniło się w „tak”.”

„Żyj, (Twoje imię), żyj, (Twoje imię), żyj i nie trać czasu!”

„Jeśli przestrzegasz wszystkich zasad, omija cię cała zabawa.”

„Kiedy uwolnisz się od marzeń o przeszłości, możesz zacząć zmieniać swoją teraźniejszość i stworzyć dla siebie lepszą przyszłość.”

Le caléidoscope

Kiedy byłam mała, dostałam od rodziców tekturowy kalejdoskop. Była to szczególna zabawka – rzec by można: magiczna. Na tyle szczególna, że do teraz doskonale pamiętam fascynację, którą napełniały mnie, zmieniające się pod wpływem nieznacznego obrotu dłonią, obrazy z małych kolorowych szkiełek. Pamiętam swoje zdziwienie i niemożność zrozumienia jak to się dzieje, że taka mała „luneta” mieści w sobie tyle różnych widoków.

Aktualnie mam wrażenie, że moje życie toczy się w takim właśnie kalejdoskopie, który czyjaś niewidzialna ręka porusza bez uprzedzenia i bez ustanku. Ledwo nauczę się szczegółów otaczającego mnie krajobrazu, ledwo zaczyna mi się zdawać, że potrafię poradzić sobie z jego wyzwaniami – zmiana. Wszystko staje na głowie. Niby elementy te same, ale jednak ułożone w zupełnie nowy sposób. Zaczynam się potykać i popełniać błędy, a dotychczas sprawdzone metody nie mają zastosowania.

Niełatwo jest być dobrą córką i siostrą. Trudno być dobrą żoną, synową i bratową. Bycie dobrą matką określiłabym jako arcytrudne. A umiejętne łączenie wszyskich tych funkcji graniczy z niemożliwością. Komu należy się moja uwaga, miłość i lojalność? Kto ma pierwszeństwo, a kto musi poczekać? Jak wszystkich zadowolić, albo chociaż nikogo nie urazić?

Dotąd moim punktem odniesienia byli zazwyczaj rodzice. Niezależnie od tego, czy się z nimi zgadzałam, czy zawzięcie się im sprzeciwiałam. Wydawali się niezmienną ostoją, tak pewni i od zawsze obecni, że gdy raz zakodowałam sobie, że mama ma 36 lat, stało się to dla mnie faktem aktualnym przez następne dziesięciolecie. Teraz, kiedy sama staję się rodzicem, coraz dobitniej uświadamiam sobie dynamikę ich życia. Kiedy ja zostaję żoną, oni stają się teściami. Ja uczę się roli matki, oni – dziadków. A przecież każdy ma jeszcze swoje indywidualne życiowe zmagania. I nie sposób ocenić komu z nas jest trudniej stawić czoła tym nowym wyzwaniom.

W poszukiwaniu trwałości połączonej z doświadczeniem życiowym wybrałam się z wizytą do ponad 80-letniej pani S. A pani S., jak się okazuje, przewróciła się w łazience i złamała nogę. W rezultacie wprowadza się do niej wnuczek, który będzie jej pomagał i miał na nią oko. Wystraszona nie na żarty i jakby zgaszona tym przeżyciem, sama potrzebowała mojego wsparcia znacznie bardziej niż ja jej.

Mój Boże!” – pomyślałam – „Czy nie istnieje nikt, na kogo niezmiennym trwaniu mogłabym polegać, jak na latarni wiodącej zawsze do domu?”. Nieomal się roześmiałam na tę myśl. Wreszcie zwróciłam się do właściwej osoby.

Les douleurs de l’accouchement

1722493Dostałam od mojej kochanej Mamy rewelacyjną książkę dla matek, oraz wszystkich zainteresowanych tematem porodu: „Mundra” Sylwii Szwed. Jest to zbiór wywaidów z położnymi, które na przestrzeni ostatnich 70 lat przyjmowały porody Polek. Zastrzegam, że niektóre opisy są dość drastyczne i kobiety w ciąży może niekoniecznie powinny zgłębiać tę lekturę, bo mogłyby się niepotrzebnie obawiać jakichś patologii, które występują bardzo rzadko. Pewnie jesteście ciekawi skąd to wiem, skoro nie mam nawet czasu się wyspać? Otóż wzięłam się na sposób i czytam podczas karmienia. Kto wie, może W. wyssie pasję czytelniczą z mlekiem matki? A że Synkowi apetyt dopisuje, W. jada często i długo, a ja jestem już po lekturze.

Pada tu wiele mądrych słów i ważnych pytań: o istotę kobiecości, o prawo do godności we wszelkich okolicznościach, o zwierzęcą stronę natury człowieka, o sens bólu. Jedna z położnych, pani Stefania Hoch (ur. 1922) stwierdza na przykład:

„Teraz kobiety są nastawione na unikanie cierpienia. Chcą zasnąć, za pół godziny się obudzić i zobaczyć dzieciątko [o tak, jak ja o tym podczas porodu marzyłam! - parson] Zeby jednak dziecko przedostało się na zewnątrz, muszą nastąpić nieodzowne procesy fizjologiczne. Boję się, że gdy kobiety przestaną rodzić naturalnie, dojdzie do jakichś genetycznych zmian w anatomii. To się odbije na kolejnych pokoleniach.”

To dość ciekawe, że chodziliśmy z T. do szkoły rodzenia, czytaliśmy wiele poradników i oglądaliśmy filmy o ciąży i porodzie, ale dopiero w tej książce natknęłam się na stwierdzenie, że ból porodowy ma sens. Wszędzie indziej są jedynie informacje jak tego bólu uniknąć, lub chociaż go zniwelować. Tu zaś wreszcie dowiedziałam się, że w trakcie porodu pod wpływem bólu powinny wyzwolić się cztery grupy hormonów stanowiące tzw. „koktajl miłości”, który powoduje wytworzenie unikalnej emocjonalnej więzi między matką a dzieckiem. Cały proces trwa godzinami, żeby poziom stresu dziecka rósł stopniowo. Stres jest potrzebny, bo dzięki adrenalinie możliwe są w ogóle narodziny. Jeśli dochodzi do cesarskiego cięcia, dla dziecka jest to szok, stres nagle osiąga bardzo wysoki poziom, co może prowadzić do wielu problemów zdrowotnych oraz emocjonalnych. Dlatego planowanie cesarskiego cięcia w celu uniknięcia zniekształcenia krocza wydaje się co najmniej nierozważne – zwłaszcza, jeśli weźmie się pod uwagę, że w efekcie może dojść do uszkodzenia pęcherza moczowego, jelit lub naczyń krwionośnych macicy, a także dużej utraty krwi u matki.

„Mundra” pomogła mi przewartościować mój poród. Dowiedziałam się co się ze mną dokładnie działo i dlaczego. Zrozumiałam, że nikt nie chciał mi zrobić krzywdy, a jedynie kierując się swoim osądem i doświadczeniem ludzie, na których trafiłam próbowali mi pomóc… Co nie oznacza, że mieli rację. W Polsce niestety mamy pięknie rozwiniętą teorię, a w praktyce w tak dużym mieście jak Poznań nie ma szpitala, który pozwoliłby na poród w pozycji wertykalnej. Osoby obecne przy porodzie były zupełnie przypadkowe i najprawdopodobniej już nigdy ich nie spotkam – a oni nie dostaną ode mnie informacji zwrotnej: jak przebiega połóg, jak rozwija się dziecko, czy jestem zadowolona z tego jak się mną zaopiekowano… Położne, z którymi spotkała się Sylwia Szwed mówią o cierpieniu, ale również o cudzie narodzin, o „pięknych porodach” (sic!), o doświadczeniu kobiecej solidarności oraz wsparcia między położną a rodzącą. Bardzo chciałabym kiedyś mieć możliwość przeżyć tak głęboko i świadomie poród. Teraz pozostaje mi tylko wymyślenie jak tego dokonam.

W dedykacji Mama napisała mi „Witaj w gronie matek” – i rzeczywiście czuję jakbym wstąpiła do jakiejś wspólnoty. Wszystkie matki, z którymi teraz rozmawiam bardzo się solidaryzują z moimi przeżyciami, opowiadają chętnie jak to u nich było, dzielą się radościami i smutkami, a także stanowią nieocenioną skarbnicę porad w kwestiach rodzicielstwa. Mam wrażenie, że przeszłam jakąś niewidzialną barierę, coś w rodzaju testu, który umożliwił mi zrozumienie i zbliżenie się do mojej Mamy, Teściowej, Babć i wszystkich matek. Nastąpiło to nieoczekiwanie dla mnie samej, w sposób, który w innej sytuacji nigdy nie byłby możliwy, choćbym przegadała z każdą z nich setki godzin. Jest coś, co one po prostu wiedzą, a teraz wiem to także ja. Co to takiego? Nie mogę Wam powiedzieć. Żeby to odkryć, trzeba najpierw przez dziewięć miesięcy nosić pod sercem nowe życie, a potem je wydać na ten świat. Innej drogi nie ma.

Le secret

It's a boy!

It’s a boy!

Witam serdecznie po dłuższej przerwie wszystkich cierpliwych, a tych niecierpliwych, którzy już dopytują o kolejny wpis, witam z jeszcze większą serdecznością. W końcu mając takich czytelników nie miałam wyjścia i musiałam po świątecznym lenistwie zasiąść do klawiatury.

No, może przejechanie 600 km i odwiedzenie większości rodziny w ciągu pięciu dni w 35-tym tygodniu ciąży (blisko, blisko, coraz bliżej!) nie do końca podpada pod moją kategorię lenienia się, ale taki już los tych, którzy na studia wybrali się daleko od domu. W rezultacie na balkonie suszę właśnie całe góry ślicznych dziecięcych ubranek od Zająca (różowe od mamy, bo brzuszek mam okrągły a nie spiczasty; niebieskie od teściowej, bo urodę zachowałam; babcia dyplomatycznie postawiła na uniseks), a mój kochany mąż masuje mi obolałe plecy.

Z dumą donoszę, że właśnie dziś, wraz z zakupem paru ostatnich drobiazgów w aptece, osiągnęlismy stan gotowości Czapajewa. O ile nic nam nie umnknęło, mamy cały niezbędny ekwipunek do zaopiekowania się małym bezradnym szkrabem, który budząc mnie o piątej rano potężnym kopniakiem w żołądek nie wydaje się wcale ani taki mały, ani taki bezradny. Koniec końców, jeszcze się nie urodził/a, a już bez reszty zawładnął/ęła naszymi sercami, że o sercach naszych rodziców i dziadków nie wspomnę.

Swoją drogą, wiele osób dziwi się, że w czasach tak rozwiniętej technologii, wchodząc w dziewiąty miesiąc ciąży, nie znamy płci dziecka. Gdy wyjaśniamy, że to nasz własny wybór, zdziwienie jeszcze wzrasta. Niektórzy nawet nie wierzą, że nie wiemy „kto jest w środku” i sugerują, że chcemy zachować tę wiedzę dla siebie. Czy nie jesteśmy ciekawi? Ależ umieramy z ciekawości! Wiele wieczornych rozmów poświęciliśmy dywagacjom czy to on właśnie kopnął, czy też ona kopła… Tylko sprawdzam waszą koncentrację – czy kopnęła, naturalnie. Mimo to, w naszym wspólnym odczuciu, tak właśnie jest właściwie.

Cud nowego życia spowija głęboka tajemnica. Jak dochodzi do zapłodnienia (i nie mam tu na myśli opisu procesu, ale jego wyjaśnienie)? Dlaczego spośród tylu starających się par, akurat nam się udało? Do kogo dziecko będzie podobne? Jaki będzie miało temperament? Jakie talenty? Nawet najlepszy ultrasonograf nie wskaże odpowiedzi na te pytania. Przez dziewięć miesięcy dziecko żyje w ukryciu, szykując swoją wielką niespodziankę. Zdecydowaliśmy pozwolić mu zachować swoje tajemnice do czasu, gdy spotkamy się po tej stronie brzucha.

Jest to pewien problem techniczny, ponieważ zdecydowana większość producentów artykułów dziecięcych nie przygotowała się na taką możliwość. W przedbiegach odpadły różowe wózki, kaftaniki z koronkami, czapeczki z kokardkami, oraz niebieskie śpioszki z napisem „It’s a boy!”. Z drugiej strony, słyszeliśmy już historie rodziców, którzy po uprzednim sprawdzeniu płci stworzyli potomkowi cały różowy świat, tylko po to, by po porodzie przekonać się, że lekarz wprowadził ich w błąd, i oto w koronkach oraz kokardkach będą tulić synka. Co, poza pewnym skrępowaniem podczas prezentacji zdjęć z dzieciństwa, nie pociąga za sobą i tak większych konsekwencji, bo w końcu noworodkowi kompletnie wszystko jedno jakiego koloru są przemioty, które obsikuje/ na które ulewa.

Tak czy inaczej, równie mocno będziemy kochać syna jak i córkę – a gwoli ścisłości, równie mocno już kochamy. Boże Narodzenie, a następnie Wielkanoc, ze wszystkimi rozmowami na temat nowego życia, odrodzenia, zaufania, rodzicielskiej miłości Boga, i w końcu tajemnicy, w kontekście ciąży nabierają zupełnie nowego wymiaru.

Monsieur le clochard

Podczas dzisiejszego spaceru natknęłam się na następującą scenę: pod ścianą betonowego śmietnika, na skąpanej w promieniach słońca, starej kanapie rozsiadł się wygodnie kloszard. Mężczyzna w bliżej nieokreślonym wieku oraz gustownym czerwonym swetrze w choinki najwyraźniej czuł się w tym miejscu u siebie. Zaparkował w dobrze widocznym punkcie swój wózek ze złomem, z zadowoleniem poczochrał się po obfitym zaroście, umościł się wygodnie i wyciągnął wymiętą gazetę, po czym zatopił się w głębokiej lekturze. Wyraźnie rozkoszował się słońcem oraz nagrzaną kanapą.

Wokół do swoich ważnych spraw pędzili ludzie, w piłkę grali chłopcy, których matki domagały się stanowczo z balkonów, żeby założyli bluzy, podjeżdżały i odjeżdżały samochody dostawcze, szczekały psy, płakały niemowlęta. A on zwyczajnie sobie siedział na kanapie, w samym środku tego całego zamętu, wystawiał wymiętą twarz do słońca i czytał.

Poczułam dziwną jedność z tym człowiekiem, który podobnie jak ja znalazł chwilę wytchnienia od codziennych trosk w plamie słońca. Zarazem doznałam osobliwego uczucia, zupełnie jakbym nieproszona wtargnęła do czyjegoś salonu.

Quatre heures du matin

Czwarta rano. Po kolejnym nocnym kursie do toalety nie mogę zasnąć, co jest dla mnie, osoby genetycznie uwarunkowanej do zasypiania o każdej porze i w dowolnych warunkach (tak, tak, tato, ma się to szczęście!), absolutną nowością. Stwierdzam, że może przy tej częstotliwości wydalania płynów chce mi się pić. Szklanka wody – powrót do łóżka – parę minut wiercenia się – nie, to nie to. Nos mam lekko zablokowany, co obecnie jest standardem (jedna z najbardziej niewinnie brzmiących częstych przypadłości kobiet w ciąży: „niedrożność nosa”, bardzo chce mi udowodnić, że taka niewinna wcale nie jest), więc już nie przywiązuję do tego większej wagi, ale w tych okolicznościach przyrody gramolę się z powrotem z ciepłego łóżka po kafelkach do kuchni. Wyszukuję wodę morską (zwykłych kropli do nosa w ciąży brać nie wolno, podobnie jak większości innych leków – zastanawiam się, czy wobec tego poza ciążą również powinno się je przyjmować…), odczekuję dłuższą chwilę nim zadziała i znów szukam dogodnej pozycji w łóżku, tylko po to, by ponownie stwierdzić, że nic z tego. A przecież wieczorem już o 20.00 tak bardzo chciało mi się spać! Dziecko trochę się kręci – czy to możliwe, żebym dostała kopniaka w nadnercza, który wywołałby wyrzut adrenaliny? Uparcie zaciskam powieki i wtulam się w nagrzane snem, kochane ciało męża. Próbuję oddychać jego sennym rytmem, jednak całe moje ciało ogłosiło bunt wobec woli. Koniec spania!

Przypomniały mi się słowa z książki, którą obecnie czytam, „Życie i los” Grossmana:

„Poczucie, że ma swoje własne, odrębne życie, na chwilę przysłoniło jej teraźniejszość – skraj życiowej przepaści.

Najdziwniejsze ze wszystkich uczuć! Nie można go przekazać, nie można się nim podzielić z najbliższym człowiekiem, żoną, matką, ojcem, bratem, synem, przyjacielem; jest tajemnicą duszy, ta zaś, nawet jeśli ogromnie tego pragnie, nie może swojej tajemnicy zdradzić. Człowiek zabierze to uczucie, nie podzieli go z nikim. Cud odrębności, oddzielności człowieka, w którego świadomości i podświadomości zebrało się wszystko, co dobre i złe, śmieszne, miłe, wstydliwe, żałosne, haniebne, uprzejme, nieśmiałe, zdziwione, co istniało od dzieciństwa aż po starość – zlepione, złączone w niemym i tajemniczym, samotnym poczuciu własnego życia.”

W nocy, pośród ciszy i ciemności śpiącego mieszkania to uczucie narasta, i choć bywa piękne – bo ja, to ja, a nikt inny, bo moich wspomnień i przeżyć nie da się odtworzyć w cudzym życiu – przytłacza mnie teraz z ogromną siłą fali samotności. Myślę, że ludzka odrębność staje się najbardziej odczuwalna w obliczu skrajnych sytuacji życia i śmierci. Nikt za mnie nie umrze, nikt nie poczuje jak czuje się osoba chora, nawet drugi chory na tą samą chorobę, nikt inny nie urodzi mojego dziecka.

Mimo, że oczywiście jest to nasza ciąża, nasze dziecko i nasze ogromne szczęście, to zarazem, choćby T. był ze mną w każdej sekundzie porodu, nigdy nie będą to nasze bóle porodowe, nasze nacięte krocze, czy nasze rozstępy na brzuchu, że o mniej estetycznych dolegliwościach poporodowych nie wspomnę. On jest dla mnie najbliższą osobą, ogromnym wsparciem, oraz morzem cierpliwości wobec moich zmiennych nastrojów, zachcianek i frustracji – a jednak… W obliczu największych wyzwań swojego człowieczeństwa pozostajemy zupełnie sami. Tak, jak teraz, gdy przytłoczona całą mocą słowa „odrębność” popijam herbatkę ziołową w niespotykanie cichej kuchni gdzieś pośrodku sennego osiedla, a mój ukochany najspokojniej w świecie cicho pochrapuje.