Mam ogromne szczęście: otaczają mnie dobrzy ludzie.

Od kiedy urodził się nasz drugi syn codziennie ktoś życzliwy się do mnie odzywa, chociażby po to, żeby powiedzieć „cześć” i życzyć mi dobrego dnia. Znajomi wpadają z zakupami, albo z obiadem. Młode mamy z sąsiedztwa pożyczają mi akcesoria niemowlęce i ciuszki. Po wpisie o pociętej kartce dostałam nowe kartki z gratulacjami i kwiaty. Zaskoczyło mnie to morze dobroci pośród którego się nagle znalazłam i właściwie czuję się zawstydzona, że nie doceniałam mojego otoczenia – i że może sama nie byłam aż tak dobrą przyjaciółką w potrzebie dla innych. Zawsze kiedy myślę, że już rozgryzłam tę ludzką zagadkę, wydarza się coś, co zupełnie mnie zaskakuje… I całe szczęście!

La journée internationale de la femme

„Zwracaj twarz w kierunku słońca, a nigdy nie będziesz widział cienia.”

Helen Keller

Mam bardzo dobrą znajomą, która twierdzi, że nie znam życia. Że zawsze doszukuję się pozytywów tam, gdzie ich nie ma i widzę ludzi lepszymi niż są. Bo wokół rozwody, zdrady, przekręty, a ja uparcie trzymając się swojego pozytywnego myślenia, żyję w mydlanej bańce – pięknej, lecz kruchej.

Ale co ja mogę poradzić w słoneczne dni takie jak ten, kiedy zewsząd atakuje mnie ludzka życzliwość? Kierowcy zatrzymują się na pasach, żeby mnie przepuścić. Właściciele psów pozwalają je pogłaskać. Przypadkowe osoby w windzie i w kolejce wdają się ze mną w rozmowę. Dostaję życzenia z okazji Dnia Kobiet. Przed kwiaciarnią napotykam długą kolejkę mężczyzn pragnących obdarować swoje kobiety kwiatami. Kasjerka nie domaga się brakującego do rachunku grosika, twierdząc, że oddam przy okazji. Ludzie uśmiechają się. Ktoś przytrzymuje mi drzwi, żebym mogła przejść. Ktoś sam z siebie oferuje, że pomoże mi wnieść wózek do tramwaju. W powietrzu czuć wiosnę. Wszyscy mówią „kocham cię”… A nie, to akurat tytuł filmu ;-) .

Może to kwestia bycia z dzieckiem. Albo bycia w ciąży. Albo w ciąży i na dodatek z dzieckiem. A może ludzie po prostu są uprzejmi i mili, a my tego nie dostrzegamy, bo to jest „normalne”, a kiedy ktoś nas zmiesza z błotem to taka sytuacja zapada nam w pamięć na dłużej?

Inna moja dobra znajoma, siedząc uśmiechnięta ze śpiącym niemowlęciem w ramionach pośród kompletnego rozgardiaszu charakterystycznego dla domów, w których mieszkają dzieci, powiedziała lekko podniesionym głosem (ponad odgłosami pracy silnika samochodowego wydawanymi przez nasze pociechy): „Aż głupio coś takiego powiedzieć, ale jestem szczęśliwa. Jest w nas coś takiego, że jak to wypowiem, to może zaraz zniknie, albo ktoś usłyszy i… Prawda?”

Un sourire

nastolatka199-9a38dfefb9add8240a89

Będąc w niedzielę całą rodziną na spektaklu w poznańskim Zamku natknęliśmy się na niezwykle nieuprzejmą panią kasjerkę, która na kasę tego dnia chyba trafiła za karę. A przynajmniej wskazywało na to całe jej zachowanie, ton głosu i postawa. Szkoda miejsca i czasu na pisanie o takich ludziach, jak mówi piosenka Kabaretu Starszych Panów:

„Więc tę pierwszą odłóżmy na bok -

a o drugiej niech toczy się tok”.

Wybraliśmy się dzisiaj z synkiem na zakupy do osiedlowego sklepu z mydłem i powidłem. W zasadzie niby jest to sklep papierniczy, ale jak to bywa na osiedlach, stopniowo poszerzał asortyment o artykuły pierwszej potrzeby: od gumek do włosów i nici, poprzez zabawki, poduszki i gry planszowe aż po portfele, parasole i wreszcie materiały biurowe.

Oczywiście wszystko to stanowi niewyczerpane źródło odkryć dla mojego dwulatka. Zapędził się trochę w swoich poszukiwaniach i wszedł za ladę, skąd pośpiesznie go odciągnęłam w obawie przed reakcją ekspedientki. Ta jednak zamiast nas zganić za brak wychowania zaproponowała „wycieczkę” za ladą. Pokazała nam kasę, wejście na zaplecze i upragnione półki z samochodami, do których tak pchał się mały ciekawski. Na koniec wręczyła mu nawet „bilet” – kolorowy kartonik z narysowanymi zwierzątkami, pewnie z jakiegoś opakowania. Życzliwość tej kobiety rozjaśniła pochmurny dzień małego chłopca, który aż do wieczora opowiadał o swojej „wycieczce”. I coś mi mówi, że nie tylko jego dzień.

Dlaczego o tym piszę? Ponieważ można by się spodziewać, że kasjerka w CENTRUM KULTURY Zamek wykaże się większą uprzejmością niż sklepowa w małym papierniczym. Drodzy ekspedienci, kasjerzy, recepcjoniści, urzędnicy, doradcy, konsultanci, lekarze, pracownicy banków i urzędów pocztowych! Mam dla Was wspaniałą (acz dla niektórych szokującą) nowinę:

uśmiech nic nie kosztuje!

Mając codziennie do czynienia z mnóstwem ludzi macie niewyobrażalną moc dodawania otuchy, szerzenia optymizmu i pogody ducha. Szkoda byłoby nie skorzystać. Przesyłam Wam piękny uśmiech.

La promenade

159108_dziecko_wozek_wiklinowy

Młoda mama bardzo szybko poznaje na nowo topografię swojego najbliższego otoczenia. Gdzie są dziurawe chodniki, gdzie wysoki krawężnik, gdzie strome schody, gdzie pokoje do karmienia i łazienki z przewijakiem, a gdzie sklepy, w których odległości między regałami są zbyt wąskie nawet dla spacerówki, że o gondoli nie wspomnę (nigdy nie zrozumiem zostawiania przed wejściem do sklepu wózka z dzieckiem w środku – przecież każdy może podejść i z nim odjechać, nim ktokolwiek się zorientuje!).

Zarazem, poruszanie się po mieście z dzieckiem pozwala odkryć pokłady życzliwości w przypadkowo napotkanych ludziach.

Poszliśmy z W. na spacer nad Maltę. Pamiętałam niejasno, że w miejscu, w którym planowałam zejść na ścieżkę wokół jeziora, są podjazdy dla wózków. Kiedy jednak znaleźliśmy się przy schodach, okazało się, że podjazdy projektował ktoś, kto z pewnością nigdy nie musiał z nich korzystać. Stromo, to mało powiedziane. Oczyma wyobraźni już widziałam rozpędzony wózek, ze mną powiewającą u poręczy, wpadający wprost na znajdującą się poniżej betonową ścianę. Właśnie zabierałam się za obmyślanie alternatywnej trasy, gdy nabiegł młody chłopak ze słuchawkami w uszach. Uśmiechnął się szeroko i zaproponował pomoc. „Tak, proszę!” – wyrzuciłam z siebie, nieomal dodając: „Mój Wybawco!”. We dwójkę jako-tako udało nam się sprowadzić wózek. Na koniec życzyliśmy sobie miłego dnia. 

Innym razem podeszliśmy do przejścia dla pieszych na trzypasmowej w tym miejscu ulicy (dwa pasy w jedną stronę, jeden w przeciwną). Z jednej strony nadjeżdżał elegancki samochód osobowy (nie znam się na markach, ale był bardzo ładny i czerwony :-D) oraz autobus. Kierowca autobusu na nasz widok zaczął zwalniać, ale kierowca samochodu osobowego nie wykazywał najmniejszej ochoty do przepuszczenia pieszych. Powoli, wykorzystując „prawo silniejszego” autobus wyprzedził osobowy, po czym zatrzymał się dla nas przed pasami, zmuszając do tego samego jadące za nim auto.

I jeszcze jedna scena, tym razem anty-stereotypowa: przechodziliśmy nieopodal wypasionego (nie lubię tego słowa, jednak żadne inne nie oddaje w tym miejscu istoty rzeczy) czarnego BMW, ze wszystkimi bajerami jakie możecie sobie wyobrazić i dwoma młodymi chłopakami w środku. Opuszczone maksymalnie szyby ukazywały skrzętnie wygolone głowy kierowcy i pasażera, które to z wyraźnym upodobaniem bujały się do rytmu basu płynącego z ryczących hip-hopem głośników. Nagle, gdy byłam już całkiem blisko, padło jakieś zdanie okraszone kilkoma paniami lekkich obyczajów i nagle… Muzyka ucichła. Gdy tylko znaleźliśmy się kilka kroków za samochodem, melodia (?) popłynęła znów z wcześniejszą intensywnością.

Małe dzieci rzeczywiście są nadzieją dla tego zwariowanego świata.

Le tramway

Naprawdę miałam głębokie postanowienie nie pisania więcej o niedogodnościach ciążowych. Słowo! Traf jednak chciał, że zdarzyło mi się ostatnimi czasy jechać kilka razy tramwajem.

O ile pogoda sprzyja, staram się wszędzie docierać drepterem, popularnie zwanym nogami, gdyż to tani, zdrowy i zgodny z naturą sposób podróżowania. Gdy jednak w grę wchodzi odległość większa niż 6 km, kapituluję i korzystam z transportu publicznego. Tak też było w ciągu kilku deszczowych dni na początku tygodnia. Bardzo szybko spostrzegłam nietypowe zjawisko: ośmiomiesięczny brzuszek, który przyciąga nie tylko wzrok, ale i bardziej lub mniej życzliwe reakcje przechodniów na ulicy, w momencie wchodzenia do tramwaju ulega kompletnemu zanikowi! Abrakadabra! Jestem szczupłą, gibką kobietą, która bez problemu może przestać pół godziny (+/- 3min) pośród napierających zewsząd plecaków, toreb z zakupami, zapachu zapiekanek z sosem czosnkowym oraz spoconych pach dzielnych studentów AWF-u.

W mojej naturze nigdy nie leżało domaganie się czegoś, co mi się należy. Zanim zaszłam w ciążę miałam w zwyczaju wcale nie siadać w tramwaju, w razie gdyby pojawił się ktoś starszy/ niepełnosprawny, żeby ominąć zawstydzającą część, w której mówię „Przepraszam, tu jest wolne”. W kolejce do kasy dla osób uprzywilejowanych w IKEA zamiast torować sobie drogę brzuchem pokrzykując przy tym „Z DROGI! JESTEM W CIĄŻY!”, staję grzecznie na końcu ogonka i czekam na swoją kolej (jeszcze się nie zdarzyło, żeby ktoś mnie przepuścił, nawet do kasy uprzywilejowanej!). Nie domagam się specjalnego traktowania, bo, Bogu dzięki, jestem wystarczająco zdrowa aby normalnie funkcjonować w normalnym stanie fizjologicznym jakim dla kobiety w wieku reprodukcyjnym jest ciąża. A jednak raz na jakiś czas czuję się zmęczona dźwiganiem dodatkowych kilogramów, długie stanie w jednej pozycji (że o dodatkowych efektach aromaterapii tramwajowej nie wspomnę) często powoduje, że robi mi się słabo i naprawdę miło byłoby, gdybym właśnie wtedy została dostrzeżona.

Przez długi czas tłumaczyłam sobie, że przecież mojej ciąży jeszcze nie widać. Że inni przecież też są zmęczeni, nawet bardziej niż ja. Teraz, w ósmym miesiącu, mojej ciąży nie da się ukryć, o czym świadczą dobitnie ochroniarze w sklepach, którzy pilnie mnie obserwują (może wypchałam sobie brzuch ukradzionym towarem) oraz pełne dezaprobaty westchnienia osób, które wymijają powolną i obszerną mnie na ulicy. A co do tych „bardziej zmęczonych osób”, czarę goryczy przelała starsza pani o zaciśniętych ustach, która sprytnie manewrując wyautowała mnie z ostatniego wolnego miejsca w tramwaju gdy poszłam do kasownika, zostawiła swoje rzeczy na siedzeniu, po czym dopiero sama poszła skasować bilet. Wszystko to w tempie zasługującym na medal olimpijski. No cóż… Przecież nie będę walczyć o miejsce z siwą staruszką.

Można by tu się rozpisywać o upadku kultury młodzieży gimnazjalnej, która okablowuje się sprzętem elektronicznym, knebluje usta gumą balonową i rozwala się na siedzeniu twarzą w kierunku okna. Można by… Gdyby nie fakt, że w ciągu ośmiu miesięcy od kiedy noszę dziecko pod sercem jeden jedyny raz miejsca ustąpił mi właśnie gimnazjalista, siedzący na plastikowej obudowie z przodu tramwaju. Mężczyźni w sile wieku siedzieli w tym czasie wygodnie rozparci na wyściełanych krzesełkach, bardzo pilnie przyglądając się pierwszym zielonym pąkom na krzewach przy torowisku.

Polska ma ujemny przyrost naturalny. Według rankingu przyrostu naturalnego wikipedii znajdujemy się na 169 miejscu spośród 193 istniejących na świecie niezależnych państw. Polityka prorodzinna państwa sprowadza się do absurdów typu „roczny urlop macierzyński, podczas gdy do żłobka można posłać dopiero dziecko 1,5 roczne”. Młodzi rodzice muszą się zmierzyć z biurokracją, służbą zdrowia, wątpliwymi widokami na powrót na swoje stanowisko pracy po urlopie macierzyńskim oraz własnymi obawami. Czy to za mało? Odrobina życzliwości od przypadkowych nieznajomych naprawdę bardzo by nam pomogła.

people are people

„Kiwi, pragnienie miłości” – made by me, all rights reserved

 Są tacy ludzie. Nie są znani z tego, że są znani, ani też z żadnego innego powodu. Żyją sobie skromnie, po cichu, z dnia na dzień. Niepozorne starowinki kryją pod wypłowiałymi fartuchami skrzydła. Wiem to na pewno. Chociaż czasem może się trafić i taka, która pod fartuchem kryje parasolkę, żeby nią zdzielić przez głowę Bogu ducha winnego przechodnia. To też znam z autopsji. Ale o takich szkoda pisać, bo kto by tam chciał je uwieczniać? Za to są ludzie, których bardzo chcę ocalić od zapomnienia – w odwołaniu do ostatniego wpisu, że przyjaciele nie będą żyć wiecznie.

Na ryneczku na jednym z poznańskich osiedli ma swój sklep urocza starsza dama. Początkowo chciałam Wam opisać dokładnie gdzie ma ten swój sklepik ze wszystkim, ale potem doszłam do wniosku, że lepiej, żebyście sami sobie poszukali. Popatrzcie z uwagą i życzliwością na obsługujące Was sklepowe. Może znajdziecie tę „moją” ukochaną sprzedawczynię, a może inną, „własną”?

Pani, o której mowa, ma szlachetne rysy, srebrne włosy precyzyjnie upięte w fantazyjny kok i najbardziej ciepłe, życzliwe spojrzenie, jakie możecie sobie wyobrazić. Uważnie obsługuje i zapamiętuje swoich klientów. Pierwszy raz wpadłam do niej ot tak, po lody. Wybrałam najdziwniejsze jakie były, wspólnie, z niedowierzaniem, czytałyśmy ulotkę, żeby sprawdzić z czego są robione. Kiedy zjawiłam się po raz drugi, powitała mnie słowami „Czyżby nabrała Pani ochoty na lody?” (duże „P” naprawdę słychać!). Roześmiałam się i wyjaśniłam, że tym razem przyszłam jednak w innym celu. „Czym mnie Pani dzisiaj zadziwi?” – brzmiała jej odpowiedź. I tak mnie teraz zwykła witać. Zawsze ma dla mnie uśmiech, dobre słowo. Nie pogania, nie dąży do realizacji planów wynikowych. Spokojnie doradza ze znawstwem rzeczy i niesłychaną elegancją. Inna epoka, inny czas.

Nierzadko, obserwując starsze osoby, dochodzę do wniosku, że kiedyś ludzie mieli więcej klasy, gracji. Że coś się z nami niedobrego po drodze stało, skoro już tacy nie potrafimy być. Potem jakaś zmęczona czekaniem na tramwaj staruszka zdziela mnie parasolką przez głowę i już jestem otrzeźwiona, już wiem, że to nie kwestia czasu, ale konkretnego człowieka. Na starość chciałabym zostać aniołem.